13. Kraszewski J. I. 1880 - Dzieje Polski 10. Syn Jazdona

Józef Ignacy Kraszewski Syn Jazdona Cykl Powieści Historycznych Obejmujących Dzieje Polski Tom 10 Po - pdf za darmo

7 downloads 72752 Views 2MB Size

Story Transcript


Józef Ignacy Kraszewski Syn Jazdona Cykl Powieści Historycznych Obejmujących Dzieje Polski Tom 10 Powieść Historyczna z Czasów Bolesława Wstydliwego i Leszka Czarnego.

Doktorowi W EIGLOWI,

WICEPREZYDENTOWI MIASTA KRAKOWA, na pamiątkę z Nim odbytej podróży ofiaruje Autor. Drezno, Listopad, 1879.

Tom pierwszy. Prolog.

Rozdział 1.

Szaro było na ziemi i niebo oponą się

szarą oblokło. Nad źródliskami ciepłymi ledwie gdzie wątła, blada majaczyła zieloność niby wiosenna, ponad którą sterczały zeschłe, trupie badyle i wymokłe trawy przeszłego lata. U strumieni stojące wierzby już się okrywały puchem, jak by nim przyszłe liście od chłodu otulić chciały, lecz liści jeszcze nie było i pączki stały szczelnie otulone i zamknięte. Wcześnie przybyłe bociany smętne włóczyły się po dolinach, stały u moczarów strzepując skrzydłami, zmęczonymi długą podróżą.

Ponad rolami ulatywał skowronek, patrzał w niebo, a piosnkę mu chłód w dzióbku tłumił i oczy próżno niebios lazurowych w górze szukały. Smutno było po świecie, tylko stada kruków unosiły się w powietrzu, gwarliwe, krzykliwe, wesołe jakimś strasznym naigrawaniem się tej żałobie. Co przysiadły na suchych drzew gałęziach, to się zrywały kołować w powietrzu. I wirowały niby pijane, to podnosząc się do góry, to spadając, szukając jakiejś pastwy obiecanej. Aby dojrzeć, kędy ona była, zrywały się

tak czasem w obłoki, a nie dojrzawszy jej, spadały na drzewa i ziemię. Ze wszech stron nadciągały one chmurami jak na zawołanie wiecowe, jak po wiciach do wojny. Gdy się spuściły na łąkę, czerniała od nich, ruszała się, jakby potwora legła na niej; a gdy się zerwały w obłoki, wiły się w nich jak smok czarny; a gdy krakały, nie słychać było ani szumu drzew, ani pochwistu wiatru, ani szczebiotania innego ptactwa, ani mruczenia strumieni, które od deszczów i śnieżysk wezbrały.

Na pustej dolinie u skraju lasu chata stała, zamiast płotu obrzucona gałęźmi na kupę nagromadzonymi wysoko, tak wysoko, że ledwie spoza nich dach słomiany, okopcony, z odartym dymnikiem widać było. Sama sobie na ustroniu, wśród puszczy, stała chiżyna niby straż wysunięta, niby zabity kół na znak, że się tu życie poczynać miało ludzkie, gdzie niedawno zwierz i pustynia panowali sami. Ponad dachem dymiło, jak opar szły wszystkimi szczelinami kłęby sine i wisiały nad nim leniwe, a snuły się senne dokoła i kładły aż na dolinie. W górę się im nie chciało, aby wiatr nie

poszarpał na sztuki. Wrota stały otworem, jakby już trzoda wyszła na paszę w las, na młode gałęzie i pączki. Kiedy niekiedy mimo wrót przemknęła biała spódnica niewiasty i znikła. Naprzeciw nich pies kudłaty, duży siedział i patrzał w dal, to ziewając, to burcząc. Na stada krucze co spojrzał, to drgnął, zrywał się, jakby na nie chciał rzucić, ale rozum jego psi powiadał mu, że przeciw nim niemocen był. Ciągnął powietrze nosem.

Wiatr mu różne wieści przynosił, psisko się od nich zżymało, rozumiejąc tę mowę woni, która doń przylatywała z daleka. Dla niego były w niej i od zwierza w lesie wiadomości, i od ludzi wieści, i od obcych włóczęgów swędy, i z góry od niebios przestrogi, i z dołu ziemskie języki. Dlatego pies nosa nastawiał, a głową rzucał. Dużo mu przychodziło, nie wszystko rozumiał; zżymał się coraz więcej, coraz mocniej, aż wstał, zerwał się jak do chodu i siadł znowu, i rzucił się ze szczekaniem naprzód - i cofnął, głowę

opuszczając, zadumany. Dziewczę się wyśliznęło z chaty, przyszło go pogłaskać. Odwrócił łeb, polizał rękę, ale na straży pozostał; miał poczucie obowiązku. Uszy mu się jeżyły i sierść na grzbiecie pręgiem długim rosła do góry. Wiatr znużony przypadł gdzieś w lesie, zrobiło się cicho. Kruków stado pociągnęło nad lasy, puszcza szumiała teraz sama głucho i posępnie. Wśród milczenia tętent i krzyki rozeznać

było można, tętent jakby pędzonej trzody, krzyk jakby ludzki, urywany, to szyderski, to przelękły - poza nim śmiech i hukanie. Pies stał i trząsł się cały, zerwał się, odbiegł naprzód kroków kilkanaście, a czując się bezsilnym, przysiadł, pysk do góry podniósł - zawył. Wył urywano, bo słuchał razem, oczy mu się iskrzyły, sierść już jeżyła cała. Z drugiej strony doliny, przesmykiem z lasu biegła ku chacie pędem, rozbita, rozproszona trzoda owiec burych, czarnych i białych. Przodem bydło z ogonami poddartymi

do góry. Po dolinie rozsypało się to na wszystkie strony w popłochu, jak szalone dróg szukając ku chacie. Tuż za trzodą, za bydłem, za krzyczącymi pastuszkami przemknął się konny człek, z nim dwu jeszcze i psów zgraja. Psy się niosły za owcami, dusząc je, chwytając, kalecząc, a co który zgniótł i do ziemi przybił barana, z koni się odzywały wesołe okrzyki. Tętnienie i wrzawa obudziły ludzi w chacie, wszystko wybiegło ku wrotom. Stary z włosy siwymi, niewiasta w

zawiciu białym, dzieweczka w wianku z kosami długimi, chłopię małe, na pół nagie. Pies jak wściekły ujadał, ale bezsilny cofał się też ku wrotom i wył. Tuż bydło spłoszone, co przodem biegło, poczęło, nie bacząc na ludzi, jak szalone cisnąć się we wrota. Owce, które uszły psich zębów, jak pijane na podwórko wpadły. Tuż za nimi ogromne molosy z pokrwawionymi paszczękami gnały, za nimi na koniach trzech jeźdźców. Gonili weseląc się, śmiejąc, hukając.

Pierwszy, co przodem jechał, panem był albo pańskim synem, bo i koń pod nim ubrany a piękny, z nozdrzami rozdartymi, z oczyma pałającymi, czuł, że dźwigał na sobie takiego, co wszystko rozbijać ma prawo. Paniątko, co na nim siedziało, ledwie z lat dziecięcych do młodzieńczych dochodziło. Wyrostek był smukły, giętki, silny, twarz cała ze zmęczenia aż krwawa, oczy czarne a ogniste, włos na ramionach długi, nad czołem kołpaczek z piórami, na nim suknia cała bramowana, cała szyta, obwieszana w sznury, róg przez ramiona pozłocisty, łuk kowany, pas

nabijany, nóż u boku świecący. Cała ta ozdoba nie stała za nic przy obliczu chłopaka tak zuchwałym, tak rozpalonym radością dziką, szałem jakimś, iż zdawało się świat do boju wyzywać. W ręku żylastym podnosił do góry oszczepek i machał nim, psy swe zagrzewając. - A huź! Z otwartych ust jego zęby białe, choć się śmiały, zdały się kąsać, wargi krwawe trzęsły się, na młodych policzkach drgała krew rozszalała - pijany był sobą i młodością.

Dwaj towarzysze jego lecieli za nim też bez głów, krzykiem jego jak psy zagrzewani, ale wśród tego szału, gdy spojrzeli po sobie, przebiegał ich jakiś strach, nagle im coś usta zatykało, obawa czy litość. Psy, jeźdźcy, trzoda, wszystko razem niemal ścisnęło się we wrotach, które starzec na próżno chciał zamknąć. Rzucił je w końcu. I on, i niewiasty zbiegać poczęli przerażeni do chaty. Dziewczę tylko, wyrostek, któremu owiec żal było, a strach nogi podciął, zawięzło w progu.

Z konia piorunem skoczył panicz i pochwycił ją już wpół, mdlejącą i krzyczącą. Spojrzawszy w oczy załzawione, niebieskie, porwał na konia, który zbywszy pana, otrzęsał się właśnie. Dwaj towarzysze stali osłupieni, gdy już chłopak ze swą zdobyczą mdlejącą a wzywającą ratunku począł znów dosiadać siwego. - Hej, to łup! To łup, na którym ja czyhał dawno! - krzyknął zanosząc się dziko.

- Do lasa z nią! Dziewczyna ręce podnosząc wołała ratunku, lecz drzwi chaty stały zaparte, nikt nie śmiał wybiec na obronę, tylko pies jeden za nogę pochwycił panicza, ale wnet dwa ogary z krwawymi paszczęki padły nań i zdusiły. W podwórku już one dużo nagospodarowały. Młody byczek leżał rozciągnięty na ziemi z oczyma zeszklonymi, a z gardła mu ciekącą krew chciwie chłeptały psy. Kilka owiec dyszało i broczyło. Chłopak śmiał się wielkim głosem: "Do

lasu"! wołając. - Uszłaś ty mi nieraz, gdym cię gnał na jagodach... przyszedł na ciebie czas. Drzwi chaty otwarły się nagle, wypadł z rękami załamanymi siwowłosy. - Zlitujcie się! Zlitujcie! - jęczał. Na krzyk jego psy pańskie przybiegły i

poczęły na nim szarpać odzienie, poczęły kąsać ciało. Nie czuł tego i wołał: - Zlituj się! Młody szaleniec nie słuchał. Dwaj pachołkowie pobledli, z ich twarzy zeszedł szał, strach i groza je ściągnęły. Patrzali na pana, to na siebie. Wahali się. On nie zważał na nic, w silne ręce ująwszy dziewczę, sadzał je już na konia i sam za nim się sadowił.

Stary, którego psy szarpały, wlokąc je za sobą, przybiegł i jęcząc pochwycił go za nogi. Z chaty zawodząca płaczliwie ukazała się niewiasta, ręce łamiąc nad głową i wyjąc nieludzkim jękiem. Wszystkiego tego chłopak nie słyszał, koniowi ściągając wodze i już do wrót się mając z dziewczyną. Wtem we wrotach nagle jeździec się ukazał. Człek był stary, na silnym koniu, w prostej opończy, z głową nie okrytą. Przez plecy miał sznur z trąbą

myśliwską z prostego rogu. Siwe włosy wiatr mu porozrzucał i na ramiona i czoło rozsypał. Twarz bladą miał jak trup, oczy zagasłe a straszne, czoło pomarszczone w grube wały, pierś szeroką, dyszącą. Siłę w nim czuć było wielką i moc jakąś taką, że gdy się jego oczy z wejrzeniem chłopca spotkały, czerwony, oszalały panicz zbladł, zęby mu się ścięły, jakby zgrzytał. - Szatan cię tu przyniósł, Wojusz! - zakrzyczał nagle, wściekając się ze złości i próżno usiłując się wrotami

wymknąć z dziewczyną. Wojusz w poprzek ich stał jak mur, mówić jeszcze nie mogąc, dyszał, a choć nie mówił, oddechem tym był groźny wrzało w nim. - Pawlik! Puść mi wnet dziewczynę! - zakrzyczał wreście głosem ogromnym. Coś było w tym głosie rozkazującym takiego, że ręce, co trzymały pochwycony łup, siłę straciły i dziewczę, skorzystawszy z chwili tej, wyśliznęło się jak wąż, zsunęło na ziemię, padło ku starcowi, który je

pochwycił, a z nim do chaty. Drzwi jej zawarły się z łoskotem ogromnym. Psy, które za uchodzącymi goniły, mordami biły o drzewo; wewnątrz zapadała zapora. Pawlik, gdy mu się zdobycz wymknęła, już nie na nią, ale na Wojusza wściekły, jął się miotać i oczyma błyskać groźno. Ten się nie uląkł. Patrzali tak na siebie, wojując wejrzeniami piorunującymi, aż chłopię głowę spuściło.

Stary Wojusz dyszał zgrozą, rozpaczliwą boleść jakąś widać w nim było. - O, ty niegodny synu Jazdona! - począł głosem grubym i warczącym. - Kto by w tobie poznał...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.