1987-19 - Gorzki los ORP Jastrząb

Zbigniew Damski GORZKI LOS ORP „JASTRZĄB” Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1987 Okładkę projek - pdf za darmo

2 downloads 84816 Views 448KB Size

Recommend Stories


024 - Marynarz ORP Piorun Wojna na Atlantyku
024 - Marynarz ORP Piorun Wojna na Atlantyku - pdf za darmo

9 - Niszczyciel klasy L,M - ORP Orkan
9 - Niszczyciel klasy L,M - ORP Orkan - pdf za darmo

Typy Broni i Uzbrojenia 144-ORP Wodnik
Typy Broni i Uzbrojenia 144-ORP Wodnik - pdf za darmo

Typy Broni i Uzbrojenia 152-ORP Kondor
Typy Broni i Uzbrojenia 152-ORP Kondor - pdf za darmo

4.Stawiacz min ORP Gryf (Mariusz Borowiak)
4.Stawiacz min ORP Gryf (Mariusz Borowiak) - pdf za darmo

LOS! - Janvier-Fevrier 2017
LOS! - Janvier-Fevrier 2017 - pdf za darmo

Story Transcript


Zbigniew Damski

GORZKI LOS ORP „JASTRZĄB”

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1987

Okładkę projektował: Marek Soroka Redaktor: Wanda Włoszczak Redaktor techniczny: Janusz Festur

ROZDZIAŁ I Mały stateczek żeglugi przybrzeżnej ominął kilka zakotwiczonych na rozległej redzie Clyde frachtowców i teraz dziób jego mierzył wprost w ledwo majaczącą w mroku sylwetę dużego statku. Stłoczeni na pokładzie marynarze rozpoznali bez trudu: „pasażer”. — Patrzcie, panowie! Pójdziemy przez ten Atlantyk z fasonem, jak przedwojenni klienci „Orbisu”! Kilku parsknęło śmiechem: dobry żart. Toć za taką wycieczkę trzeba by zapłacić ciężkie pieniądze, a oni — za darmo. Na koszt króla Jerzego. Taki statek zresztą, to dobry początek. Jedynie mat zawodowy Czesław Kędziora nie podzielał ogólnej wesołości: — Dobry początek? Ale dzień, psiakrew, feralny... Zakrzyczeli go: — Nie kracz! Stary chłop, a przesądny jak wiejska baba. Zresztą odpukaj sobie i nie strasz. Rzeczywiście: zbliżał się wieczór 13 września 1941 roku, a oni od rana byli w podróży. Najpierw z Dundee do Greenock, w poprzek przez Szkocję, ze wschodu na zachód. Niby niedaleko, bo Wyspa w tym miejscu wąska, ale w wielkiej bazie Royal Navy w Greenock stanęli dopiero późnym popołudniem. A zanim doczekali się na ten stateczek... O tym zaś, że nastąpią jakieś zmiany, wiedzieli tam, w Dundee, już od kilku tygodni. Ale jakie, tego nikt nawet się nie domyślał. Ich okręt, ORP „Wilk” (na którym większość z nich przyszła do Anglii z Polski) sterał się w patrolach tak doszczętnie, że prawie nie schodził z doku. Ostatni remont ciągnął się od dwóch miesięcy i było już wiadome, że po zakończeniu „Wilk” zostanie okrętem ćwiczebnym. Tymczasem zaś załoga okrętu rozrosła się. Przybyli młodzi marynarze po kursach Szkoły Specjalistów Morskich, zorganizowanej w Devonport na pokładzie ORP „Gdynia”, a potem przeniesionej na ląd do obozu szkolnego ORP „Bałtyk” w Bickleigh, przybyli młodzi oficerowie po pierwszej na obczyźnie promocji Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej. Ośmiu oficerów i 92 podoficerów i marynarzy: tylu ludzi tkwiło w połowie sierpnia 1941 roku na pokładzie remontowanego okrętu i w bazie. Raczej bezczynnie. Owszem, wielu nie narzekało. Wszyscy zresztą zdążyli się już zadomowić w uroczym Dundee. „Wilk” bazował tu od dłuższego czasu i polscy marynarze cieszyli się wielką sympatią mieszkańców tego szkockiego, bardzo katolickiego miasta. Szczególny zaś mir mieli — co oczywiste — u płci pięknej. Ogromnie podobało się raczej nie znane tutaj całowanie rączek, szarmanckie maniery, szeroki gest. W kilku przypadkach skończyło się to małżeństwem... Ale była przecież wojna. Drugi polski okręt podwodny, ORP „Sokół” — przekazany polskiej Marynarce Wojennej przez Admiralicję Brytyjską 19 stycznia 1941 roku — chodził już od kilku miesięcy na patrole z bazy w Portsmouth. Obsadzono go również w części oficerami i marynarzami z „Wilka”. Ci przyjeżdżali czasem na krótkie urlopy do Dundee. Opowiadali o blokadzie Brestu, w której „Sokół” brał udział, o patrolach w Zatoce Biskajskiej, o swoim nowym okręcie. Starsi podwodnicy zazdrościli, ale nawet ci, którym specjalnie nie ciążyła przymusowa bezczynność w dokach Dundee, rozumieli, że musi przyjść jakaś odmiana. Szybko, bo przecież i w Royal Navy brak załóg. Na ćwiczebnym „Wilku” pozostanie tylu ludzi, ilu trzeba, a reszta... Nowy okręt. Wieści o nim chodziły już od dawna. Były pogłoski, że wszyscy zejdą ze zmordowanego „Wilka” i obsadzą trzy małe, nowe okręty podwodne. Ale nadzieje te rozwiały się. I dopiero pod koniec sierpnia zaczęło się coś dziać. Najpierw „poczta pantoflowa” doniosła, że zastępca dowódcy „Wilka”, kapitan Jerzy Koziołkowski, podzielił już załogę, sporządzając specjalną listę — na okręcie podwodnym nic się nie ukryje. Dokonał tego pod nieobecność dowódcy okrętu, komandora porucznika Brunona Jabłońskiego, którego wezwano akurat do Londynu, do Kierownictwa Marynarki Wojennej. Nie ulegało wątpliwości: będzie nowy okręt! Starsi podoficerowie i marynarze na próżno jednak dociekali, kto znalazł się na tej nowej liście, bo rzecz wciąż owiana była tajemnicą. Pogłębiło ją jeszcze pojawienie się w Dundee zastępcy dowódcy ORP „Sokół”, kapitana Bolesława Romanowskiego... Ale też wtedy sprawa wyjaśniła się szybko — jest nowy okręt! Dowódcą jego będzie właśnie kapitan Romanowski, a z ogłoszonej wreszcie listy załogi wynikało jasno, że wybrano samych najlepszych, 38 podoficerów i marynarzy. Był tylko jeden szkopuł. Otóż po ten okręt trzeba było pójść aż do Stanów Zjednoczonych! Na drugą stronę Atlantyku. Owianego już bardzo ponurą sławą z racji dziesiątkowanych bezlitośnie przez U-booty konwojów, a ponadto bardzo burzliwego o tej porze roku. Stąd i dni poprzedzające wyjazd były nerwowe. Jedni mieli za złe Brytyjczykom, że nie chcą dać okrętu budowanego na miejscu, we własnych stoczniach, inni cieszyli się — wreszcie Ameryka to potęga, więc i amerykański okręt będzie na pewno najwyższej klasy! I bardzo zdziwiliby się ci pierwsi, gdyby poznali

tajemnice Admiralicji Brytyjskiej: Anglia po prostu nie miała jeszcze w tym czasie odpowiedniej liczby okrętów podwodnych. Nawet dla własnych załóg. Straciła ich bowiem w tym pierwszym okresie wojny tak wiele, że przemysł stoczniowy dochodzący dopiero do „pełnej mocy” nie był w stanie tych braków uzupełnić. Dlatego właśnie i sami Anglicy bardzo liczyli na pomoc USA, na dostawy wszelkich okrętów, także podwodnych. Jak bardzo zaś była im potrzebna ta pomoc, świadczy najlepiej fakt, że przyjęli 50 amerykańskich bardzo stareńkich i wysłużonych kontrtorpedowców. Załogi z miejsca nazwały je (z racji obftego dymienia) „fabrykami dżemu”, ale w służbie konwojowej liczył się każdy okręt. Wszelkie domysły i rozważania uciął wreszcie ostateczny rozkaz: „Wyjazd jutro, 13 września!” Cały dobytek osobisty był już spakowany, pożegnanie krótkie. Każdy przeżywał je zresztą na swój sposób, ale w końcu górę wzięła zwykła nie tylko dla ludzi morza ciekawość. Jakże to będzie? Co spotka mnie tam, po drugiej stronie „wielkiej wody”? Z takimi właśnie odczuciami wspinali się na pokład owego „pasażera”, kiedy ich stateczek dobił już do jego wysokiej, pokrytej łatami wojennego kamuflażu burty. Na osłoniętej redzie Clyde fala była niewielka, więc zaokrętowaniei odbyło się bez trudności, choć statek był starannie zaciemniony. Dopiero we wnętrzu mogli w pełni ocenić, że trafili rzeczywiście na „linera” * dobrej klasy. Na grupę Polaków czekali już smagli Hindusi ze służby intendenckiej. Podoficerowie i marynarze powędrowali po chwili za jednym z nich w głąb statku, oficerów zaś poprowadzono do kabin, niosąc za nimi bagaże. W cieple wygodnej, ze smakiem urządzonej, kabiny poczuł wreszcie kapitan Bolesław Romanowski, jak bardzo jest zmęczony. Napięcie wielu ostatnich dni, wypełnionych bezustanną bieganiną i załatwianiem dziesiątków różnorodnych spraw, dało teraz o sobie znać: zapadł w głęboki fotel. Kiedy się zbudził, wskazówki zegara dawno minęły północ, a statek był w ruchu. Następny dzień zaczął się od naturalnych w takiej sytuacji „odkryć”. Statek nosił nazwę s/s „Cathay” i należał do znanej spółki żeglugowej „P and O Line”. Stosownie do nowej roli został też uzbrojony. O ile jednak wmontowane w pokład armaty przypominały wypożyczone z muzeum zabytki, to rozstawiona licznie na spardekach broń przeciwlotnicza była w dobrym gatunku i skuteczna we wprawnych rękach. Załogę pokładową i hotelową — z wyjątkiem obsady oficerskiej — stanowili Hindusi. Obowiązki swoje spełniali z tak nienaganną elegancją i sumiennością, jakby nie było wojny, a „Cathay” woził nadal w swym luksusowym wnętrzu bogatych handlowców i rozkapryszonych turystów. O tym, że wojna jednak trwa, przypomniał kapitanowi Romanowskiemu widok, jaki tego ranka roztaczał się z pokładu. S/s „Cathay” szedł w konwoju złożonym z ośmiu dużych statków transportowych. Wokół uganiały się cztery spore i nowoczesne niszczyciele, a eskortę uzupełniały krążownik i lotniskowiec, idące w pewnym oddaleniu. Prędkość całej tej armady oceniał kapitan Romanowski na jakieś 15 węzłów. Był to więc konwój specjalny i szybki, czemu zresztą sprzyjał niespodziewanie łagodny stan morza. Resztę dnia wypełniły bezustanne alarmy. Oczywiście ćwiczebne. Najpierw ogłoszono alarm szalupowy i powtórzono go kilka razy, aby każdy zapamiętał drogę do przeznaczonej dla niego łodzi lub tratwy. Potem były alarmy bojowe i przeciwawaryjne, pożarowe i wodne. Kilkakrotnie przypominano też przez rozgłośnię okrętową, że na noc nie wolno rozbierać się i trzeba koniecznie mieć tuż pod ręką pas ratunkowy. Nie było potrzeby dodawać, że na drodze czają się U-booty. Przy okazji tych alarmów okazało się, że s/s „Cathay” wyładowany jest wojskiem od stępki aż po najwyższe pokłady spacerowe. Było tam kilkuset młodych i hałaśliwych lotników RAF **, udających się do specjalnych obozów szkoleniowych i treningowych w Kanadzie, był też duży oddział brytyjskiej piechoty z pełnym, bojowym wyposażeniem. Od jego dowódcy, sprężystego pułkownika z nieodłączną trzcinką pod pachą, kapitan Romanowski dowiedział się później, że ów „skok przez Atlantyk” jest dla niego i jego żołnierzy zaledwie częścią drogi, bo czeka ich jeszcze podróż wokół kontynentu amerykańskiego i przeprawa przez Pacyfik! Taką okrężną drogą mają dotrzeć do Birmy, aby wzmocnić tamtejszą Brytyjską Armię Birmańską generała Huttona. Pułkownik dodał też w zaufaniu, że armia ta składa się zaledwie z jednej dywizji, a zachodzi obawa, że tamtędy właśnie mogą uderzyć Japończycy na Półwysep Malajski. Skoro już przystąpili do osi, łączącej dotąd tylko Berlin i Rzym...

* Liner — (ang.) potoczna nazwa liniowego statku pasażerskiego. ** Royal Air Force — (ang.) Królewskie Siły Powietrzne.

Wśród tego ogromnego tłumu pasażerów znalazła się również grupa marynarzy angielskich pod dowództwem lieutenanta Heslopa. Okazało się, że są także podwodnikami i że udają się do Stanów dokładnie w to samo miejsce i w tym samym celu co Polacy: po odbiór okrętu. Początkowa radość z tego odkrycia szybk...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.