Adler Elizabeth Lato w Toskanii

Adler Elizabeth Lato w Toskanii Piękna miłość pod błękitnym niebem Italii w powieści jednej z najsła - pdf za darmo

4 downloads 65217 Views 1MB Size

Recommend Stories


Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Story Transcript


Adler Elizabeth Lato w Toskanii Piękna miłość pod błękitnym niebem Italii w powieści jednej z najsławniejszych na świecie autorek literatury kobiecej. Doktor Gemma jest bez reszty oddana pracy w izbie przyjęć nowojorskiego szpitala, aż pewnego dnia otrzymuje tajemniczy list z Włoch z jeszcze bardziej tajemniczą wiadomością o spadku. Nieoczekiwanie Gemma postanawia rzucić wszystko i wyjechać do Toskanii. Na miejscu czeka ją jednak przykra niespodzianka: jeszcze ktoś rości sobie prawo do jej własności, pięknej starej willi. Ktoś bogaty, wpływowy i niebezpiecznie przystojny...

Toskania... Porośnięte winnicami wzgórza, srebrzyste gaje oliwne, pola olśniewających słoneczników, stare wille w pastelowych kolorach, starożytne kamienne wsie, chłodne sklepione przejścia rozświetlane tylko słońcem. I w końcu wioska Bella Piacere* na szczycie wzgórza. Raj... * Wioska Bella Piacere została tak nazwana w XVI wieku przez Angielkę, która znała tylko kilka słów po włosku. Na szczęście, choć nie do końca gramatycznie, te dwa słowa wyrażały uczucia, jakich doświadczyła na widok uroczej wioski położonej na toskańskich wzgórzach - Piękna Przyjemność. A poza tym brzmiało to lepiej niż Bel Piacere...

Rozdział 1 Gemma Powiedzmy to sobie na samym wstępie - nie chcielibyście mnie poznać. Zwłaszcza w sobotnią noc. Dlaczego? Bo właśnie wtedy jest najciężej na ostrym dyżurze. A trafić na mnie moglibyście tylko wtedy, jeśli by was tam wwieziono na łóżku. Potem pojawiłaby się moja twarz w oślepiającym białym świetle i zapytałabym: „Jak się nazywasz?... Gdzie cię boli?... Kto to zrobił?..." Nazywam się Gemma Jericho i „dowodzę" na urazówce w nowojorskim szpitalu Bellevue, a sobotnia noc to prawdziwe piekło. Waśnie mam na głowie zwykłą cotygodniową porcję ran ciętych i postrzałowych, ofiary wypadków drogowych, zawodzące kobiety, zabiedzonych pijaków, narkomanów, którzy przedawkowali, i biedne bezwładne dziecko w ramionach szalejącej z niepokoju matki. Totalny chaos. Jestem na adrenalinowym haju, chodzę od jednego poszkodowanego do drugiego i wydaję polecenia: intubacja, tomografia komputerowa, jeszcze jeden zastrzyk z efedryny, zajrzeć do tego dziecka w śpiączce, zadzwonić na pager do chirurga dziecięcego. Czasami pytam sama siebie: Co ja tutaj robię? Jak tu trafiłam? Dlaczego tak spędzam większość sobotnich nocy? Gdzie jest moje życie? Potem spoglądam na siebie i już znam odpowiedź. Noszę

sterylne

ubranie,

na

włosach

mam

odpowiednik

plastikowego czepka kąpielowego, do tego adidasy i biały fartuch.

Jestem na dyżurze już od ośmiu godzin, a to jeszcze nie koniec. Jestem zmęczona, rozczochrana, zła i muszę wziąć prysznic. No i jeszcze ta twarz, która nigdy nie zdobędzie pierwszego miejsca w konkursie piękności, nawet jeśli moja mama mówi, że jestem podobna do Meg Ryan, aczkolwiek w jej gorszych czasach. Ale to tylko takie gadanie mojej mamy. Oprócz tego, że jestem lekarką na ostrym dyżurze, mam trzydzieści osiem lat, jestem rozwiedziona i wychowuję nastoletnią córkę. I właśnie taka jest rzeczywistość. Poza tym noszę w sobie pewną tajemnicę, której nie zdradzę, straszne poczucie winy, które będzie mnie prześladować przez całe życie. Ale to wyjaśnia, dlaczego uważam, że nikt nie chciałby mnie tak naprawdę poznać. Prawdziwej mnie, która ukrywa się pod fasadą oddanej pracy, szlachetnej lekarki w białym fartuchu. Czasami przed wyjściem do szpitala patrzę w lustro dłużej niż minutę, potrzebną, aby się upewnić, że moja twarz jest ciągle na swoim miejscu, a włosy wreszcie rozczesane, ale nie widzę wtedy rzeczywistości, tylko przenoszę się myślami do czasów szkoły średniej, kiedy uważałam się za całkiem ładną. Gemma Jericho, Królowa Parkietu, to właśnie ja. Wtedy całe moje życie koncentrowało się wokół chłopaków i tabunów przyjaciółek. Pamiętam, że mama próbowała przemówić mi do rozsądku - tak samo jak teraz ja usiłuję dotrzeć do mojej córki powtarzając mi, żebym pomyślała o przyszłości, a nie tylko trwoniła czas na gwiazdę szkolnej drużyny futbolowej. Oczywiście dokładnie to robiłam. Ale to osobna historia.

Czasy, kiedy byłam nastolatką, są już dawno za mną. Trzydzieści osiem lat to cholernie blisko czterdziestki, nie uważacie? Słynne „cztery dychy". Wydaje się to takie odległe, kiedy ma się szesnaście lat. Ile z nas tak naprawdę wtedy myślało, że dobijemy do tego wieku? Na pewno nie ja... a może raczej zdawało mi się, że mnie to nie dotyczy. Tak czy siak, czterdzieści to czterdzieści. I tyle. Trzeba się z tym pogodzić. Na dodatek pewnie dostałabym zero za styl. Jak wyglądam? Okej, należę do chudzielców i jak powtarza mi mama w każdą niedzielę, kiedy idziemy do niej na obiad, mogłabym wyhodować trochę mięsa na moich kościach. Właściwie większe piersi też by nie zaszkodziły. Może powinnam o tym pomyśleć? Kiedy byłam młodsza, wypychałam stanik, ale już dawno dałam sobie z tym spokój. I chociaż mam niezłe, długie nogi i prawie metr osiemdziesiąt, wcale nie jestem dzięki temu ani trochę z klasą. Jestem dość niezgrabna, naprawdę, i jakimś cudem mam talent do wypadków, ale nie w pracy; wtedy jestem jak nakręcany samochodzik. Ostatnim razem, kiedy patrzyłam w lustro, miałam niebieskie oczy. Zwykle schowane są za okularami w rogowych oprawkach. Jestem takim krótkowidzem, że to aż żałosne, i bez okularów muszę poruszać się po omacku. Można by pomyśleć, że skoro jestem lekarzem i tak dalej, mogłabym już dawno poddać się operacji z zastosowaniem lasera, ale kto ma czas na takie rzeczy? Moje włosy, w kolorze przytłumionego naturalnego blond, są krótkie, falujące i źle obcięte (bo w chwilach paniki, kiedy patrzę w tamto lustro w łazience, usiłuję sama się strzyc). Poza tym zdają się

żyć własnym życiem - odstają, tworząc okropną sprężystą aureolę, niezależnie od tego, co robię, i są zawsze w nieładzie, bo kiedy jestem rozgorączkowana, a tak jest przez większość czasu, mam nawyk przeczesywania ich palcami. A co z resztą? Niech pomyślę. No tak, nos mam raczej zwyczajny, z garbkiem - skutek uderzenia rakietą tenisową, kiedy miałam trzynaście lat. Garbek przez lata trochę się powiększył, nadając mi arogancki wygląd, ale mogę was zapewnić, że absolutnie nie jest to sprawiedliwa ocena. Ach, mam też uśmiechnięte usta, których kąciki są uniesione nawet wtedy, kiedy tak naprawdę wcale się nie uśmiecham; ale skoro dzięki temu pacjenci czują się lepiej, to wszystko w porządku. Pozwólcie, że wam opowiem o moim małżeństwie z tym-októrym-lepiej-nawet-nie-wspominać. Domyślacie się już pewnie, że mój były nie jest zbyt popularny. Za moich szkolnych czasów, kiedy uważano mnie za całkiem niezłą laskę i świetną tancerkę, interesowało się mną sporo chłopaków, łącznie z bohaterem futbolu. Wzdycham, kiedy to mówię, bo jak powtarzam teraz własnej córce, coś takiego prowadzi donikąd, no, może jedynie na bal maturalny. W każdym razie prowadzałam się z tym bohaterem szkolnej drużyny i, o Boże, jak ja go uwielbiałam. Całowałabym jego spocone stopy, kiedy ściągał buty po meczu, gdyby tylko tego chciał. Co dziwniejsze, on na mnie naprawdę leciał. Tak bardzo, że pobraliśmy się zaraz po szkole.

Potem poszłam do college'u, on zresztą też - ja na północ, on na południe, choć jestem pewna, że więcej czasu spędzał na bilardzie niż na wykładach. A ja niespodziewanie dostałam fioła na punkcie medycyny. Miałam jasny cel, on nie miał żadnego. Rozchodziliśmy się i schodziliśmy aż do chwili, kiedy, jeszcze na studiach medycznych, zaszłam w ciążę. Wtedy on po prostu odszedł. To było czternaście lat temu. Nie widziałam go od tamtej pory, a on nigdy nie zobaczył swojej córki. Rozwiodłam się z nim i nigdy nie wzięłam od niego ani centa. Nie żeby coś takiego zaproponował. Przebrnęłam przez studia medyczne, jednocześnie ucząc się i pracując, i samodzielnie wychowałam Liwie. Jeśli zapytacie mnie, czy jest coś, z czego jestem dumna, odpowiedź brzmi: tak. Jestem dumna z Liwie. Mam przed oczami jej obraz, rysujący się na tle jasnego słońca: długie, chude nogi, duże stopy w ciężkich butach na platformach, wąskie biodra, szerokie ramiona, długa łabędzia szyja i włosy, które wyglądają, jakby przejechała się po nich kosiarka, zwłaszcza wtedy, kiedy są pofarbowane na zielono jakimś cudownym sprayem, co się czasem zdarza, ale zwykle są po prostu utlenione na bananowy blond. Liwie ma czternaście lat; przechodzi akurat okres buntu i nigdy nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać. Jednak myślę, że wygląd postpunkówy to tylko taki etap i wkrótce z tego wyrośnie. Aczkolwiek zakazałam jej piercingu i tatuaży. Po prostu nie mogłabym siedzieć naprzeciw niej przy obiedzie, wiedząc, że w język ma wbity kolczyk, a na siedzeniu wytatuowaną różę. Na samą myśl

ściska mi się żołądek, a jako lekarzowi serce po prostu podchodzi do gardła, bo wiem, jakie to ryzyko. Trzecim członkiem naszej małej rodziny jest babcia Liwie, moja matka Nonna. Oczywiście nonna to po włosku babcia i dokładnie... jest włoską babcią. Tym się zajmuje. I wkłada w to całą siebie. Nonna mieszka od czterdziestu lat w małej spokojnej dzielnicy na obrzeżach Long Island i właśnie tam się wychowałam. Jej odrapany, stary dom jest w kolorze zaskakującego śródziemnomorskiego błękitu i rzuca się w oczy na tle innych podmiejskich szarych domów jak kawałek letniego nieba w pochmurny dzień. Pomalowała dom na ten kolor, by przypominał jej o Bella Piacere, wiosce w Toskanii, gdzie mieszkała, zanim jej rodzina wyemigrowała do Nowego Jorku. Nigdy tam nie wróciła i wątpię, żeby kiedykolwiek myślała o swojej ojczyźnie czy o starych czasach. Ale ciągle przechowuje fotografie w srebrnych ramkach na mahoniowym kredensie w jadalni, żeby nie zapomnieć. Jest wśród nich zdjęcie moich dziadków, włoskich imigrantów, uwiecznionych na zawsze w zamazanej sepii, jak siedzą na progu wynajętego mieszkania w Bensonhurst. Stoi tam również zdjęcie moje i Liwie, zrobione na meczu Małej Ligi, kiedy Liwie miała jakieś siedem lat. Była wtedy jeszcze prostolinijnym, jasnowłosym dzieckiem, którego jedynym marzeniem było zaliczyć bazę, a ja byłam około trzydziestki, już nie taka prostolinijna...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.