Adler Elizabeth - Tylko nic nie mów proszę

Adler Elizabeth Tylko nic nie mów, proszę Spokojne samotne życie Fen Dexter na idyllicznym kalifornijskim wybrzeżu zos - pdf za darmo

10 downloads 79183 Views 1MB Size

Story Transcript


Adler Elizabeth Tylko nic nie mów, proszę

Spokojne samotne życie Fen Dexter na idyllicznym kalifornijskim wybrzeżu zostaje zakłócone pewnej burzowej nocy. Do drzwi puka obcy mężczyzna. Na czole ma krew, a w ręce nóż... „Proszę się nie bać” – uspokaja. Miał wypadek, nie może się dostać do szpitala, bo szaleje sztorm… Mimo tak niecodziennych okoliczności od pierwszej chwili między Fen a nieznajomym zaczyna iskrzyć. Ale rano mężczyzna znika. A Fen dowiaduje się od swojej siostrzenicy lekarki, że zeszłej nocy do szpitala przywieziono dziewczynę zaatakowaną brutalnie nożem przez seryjnego zabójcę. I że jej nowy znajomy też był w szpitalu…

Anabelle Adler Avery i Ericowi Avery

Prolog Było zimowe popołudnie, nadciągały burzowe chmury. Czekał właśnie w czarnym range roverze, stojącym w najciemniejszym kącie restauracyjnego parkingu, kiedy znowu poczuł ten ból. Ucisk w piersi i zawrót głowy, choć trwało to tylko kilka sekund. Pierwszy raz poczuł się tak, kiedy podniósł ten stolik, żeby ustawić go w bardziej widocznym miejscu. Głupiec; powinien był wiedzieć lepiej. Musiał naderwać sobie jakiś mięsień w barku i teraz się to na nim mściło, akurat kiedy powinien być w najlepszej formie. Ale zaraz rozjaśniło mu się w głowie, a ból minął. Zapomniał o nim i skupił się na czekającym go zadaniu. Parking był niemal pusty; stało tylko kilka samochodów, które – wiedział o tym – należały do pracowników kuchni. Klienci zawsze parkowali od frontu. Kafejka należała do popularnej w Kalifornii sieci; była tuż przy autostradzie nr 1, na południe od San Francisco. Wiedział dokładnie, o której dziewczyna kończy pracę; wiedział, jak wybiega wtedy przez drzwi dla personelu, roześmiana, z ulgą, że wreszcie może to zrobić, czasami razem z innymi, ale najczęściej sama. Wiedział, że jeździ dziesięcioletnim chevroletem blazerem, który często się psuje i nie jest ubezpieczony, i zawsze stoi w tym samym miejscu na tyłach, żeby żaden wścibski policjant, który wpadnie do kafejki na kawę i naleśniki z podrabianym syropem klonowym, nie zwrócił na niego uwagi i nie zaczął zadawać pytań na temat tego złomu. Wiedział też dokładnie, gdzie mieszka. A nawet, jak wygląda jej mała kawalerka. Był w środku; bez trudu sforsował tani zamek, kiedy wyszła do pracy, rozejrzał się po mieszkaniu, dotykał jej rzeczy, sprawdził małą łazienkę i plastykowy stelaż z plastykową zasłonką, która musiała się lepić do jej nagiego ciała, kiedy brała prysznic. Przesunął językiem po jej szczoteczce do zębów, powąchał majtki, które leżały na podłodze wraz z resztą ubrań, dokładnie tam, gdzie je zostawiła poprzedniego wieczoru. Położył się na nieposłanym łóżku, z głową na jej poduszce, zaskoczony, że pościel jest czysta. Nie była brudną dziewczyną, tylko trochę niechlujną, niedbałą i lekkomyślną. Wybrał ją na swoją ofiarę kiedy wszedł do kafejki a ona spojrzała mu w oczy, gotowa poflirtować trochę z klientem w nadziei na dobry napiwek, choć napiwki, jakie zwykle dostawała, były zapewne niewielkie. Podobała mu się jej czysta świeża skóra, policzki zaróżowione od biegania do kuchni i z powrotem. Pracowała ciężko i była chętna. Na imię miała Elaine. Tak było napisane na plakietce przypiętej do jej bluzki. Była dość ładna, żeby się kwalifikować. Kiedyś nawet do niej zagadał i dowiedział się, że rzuciła college, na którym studiowała – w dodatku biologię. Powiedziała wesoło, że wróci na studia, kiedy będzie ją na to stać, co – o czym oboje wiedzieli – oznaczało nigdy. Tak czy inaczej, podobało mu się jej zaokrąglone ciało, długie brązowe włosy, różowe policzki i dziewczęcy sposób bycia. Zawsze najbardziej podobały mu się takie miłe dziewczyny. Teraz zobaczył, jak wypada przez drzwi dla personelu. Sama. Miała na sobie czarną spódniczkę i trochę przyciasny czarny żakiet. Włożył cienkie, elastyczne rękawiczki z lateksu, wysiadł szybko z samochodu i zawołał ją po imieniu. – Elaine. Odwróciła się, zaskoczona. Wiedział, że w cieniu nie mogła go rozpoznać. – Drzwiczki chyba mi się zacięły, mogłabyś mi pomóc? – zawołał, na tyle głośno, żeby uznała go za znajomego i podeszła. Podobało mu się, że ruszyła w jego stronę tak spiesznie, niemal biegnąc. Długie brązowe włosy opadły jej na twarz, kiedy była już blisko. Jednym płynnym ruchem chwycił je dłonią i brzegiem dłoni uderzył ją mocno w tętnicę szyjną. Zwiotczała, a

wtedy wepchnął ją do samochodu i wrzucił za nią torebkę. W kilka sekund wyjechał z parkingu na autostradę. Spojrzał na nią w lusterku; leżała zwrócona twarzą w dół na plastykowej folii, którą starannie rozłożył na siedzeniu, żeby osłonić skórzaną tapicerkę. Nie ruszała się. Przy następnym zjeździe zatrzymał się w spokojnym miejscu, wysiadł i sprawdził, co się z nią dzieje. Ciągle oddychała. Płytko, nierówno. Uderzył ją dokładnie tak, jak trzeba. Wiedział, co robi. Robił to wszystko już nieraz. Wbił igłę w jej ramię; mały zastrzyk, żeby nie oprzytomniała nagle i go nie zaskoczyła. Jej urywany oddech spowolniał. Wsiadł z powrotem do samochodu i pojechał dalej. Wybrał już miejsce, w które chciał ją zabrać, na skraju pewnego lasu. Kiedy tam dotarł, siedział kilka minut w oczekiwaniu na to, co miało się stać. Jeszcze nie padało, tylko wiatr szarpał drzewami, zwiastując burzę i strącając deszcz liści na niego, samochód i dziewczynę, kiedy otworzył tylne drzwiczki. Był jeszcze dzień, ale w lesie panował już mrok. Wyciągnął lekką czarną torbę, w której była mała kamera wideo, statyw i noktowizor – jego „sprzęt”, jak to nazywał – i przełożył ją przez głowę. Wyciągnął dziewczynę z samochodu i wniósł do lasu… nie za daleko, nie ma takiej potrzeby… nikt tu nigdy nie przyjeżdżał. Serce znowu podskoczyło mu w piersi: dziewczyna była cięższa niż przypuszczał. Była w tym pewna metoda; rytuał, który musiał szanować. Wszystko musi odbywać się w odpowiedniej kolejności. Ułożył ją, z rozpostartymi rękami i nogami, na stercie gnijących liści. Miękkiej i przyjemnej. Pomyślał, że to by się jej spodobało. Potem wyjął statyw i kamerę wideo z torby i postawił je przed nią, upewniając się, że dobrze nastawił ostrość. Wciągnął czarną wełnianą maskę narciarską, zasłaniając twarz. Teraz był gotowy. W jednej chwili rozebrał dziewczynę, ściągając z niej spódnicę, białą bluzkę i bieliznę. Nie miała na sobie stanika, a jej małe piersi wydawały się bardzo białe w gęstym mroku. Wyciągnął nóż ze skórzanej pochwy, zrobionej na zamówienie w Meksyku, którą miał przypiętą do nogi. Był to cienki rzeźnicki nóż, długości mniej więcej dwudziestu centymetrów, taki, jakiego używają kucharze w restauracjach. Czysta, twarda, lśniąca stal. Władza w rękach człowieka, który wiedział dobrze, jak jej używać. Przykląkł nad nią i z chirurgiczną precyzją podciął jej oba nadgarstki, a potem usiadł, patrząc, jak krew i życie wypływają powoli z jej ciała. Nie otworzyła oczu. Najwspanialsza chwila niemal nadeszła. Teraz wystarczy tylko przesunąć ostrzem po jej gardle, miękko jak po maśle. Leżała bezwładnie, nie opierając się, kiedy ją gwałcił, z nożem przy jej szyi, tylko pierwsze małe nacięcie… czekał… czekał… aż jęknął gardłowo, tryumfalnie, przeciągnął ostrzem po jej gardle, krew trysnęła, choć dziewczyna nie była jeszcze martwa… Usiadł, wyczerpany. Nic nie mogło równać się z tą chwilą, tym uczuciem. Z czysto seksualną mocą tego doznania. Zostało już tylko jedno; coś, co musiał zrobić. Wyjął z kieszeni zieloną samoprzylepną karteczkę i lewą ręką napisał wiadomość. Spojrzał na dziewczynę. Miała otwarte usta. Przyciągnął żuchwę do górnej szczęki i przykleił zieloną karteczkę do jej zamkniętych warg. Potem dodał jeszcze kawałek mocnej taśmy izolacyjnej, na wszelki wypadek. Znowu przyłożył nóż do jej szyi; dokładnie wiedział, gdzie jest tętnica. Wydawało mu się, że coś usłyszał. Usiadł, zaalarmowany. Jeszcze nie skończył… jakiś samochód zatrzymał się, potem znowu ruszył. Zdenerwowany, chwycił kamerę i torbę, przykucnął nisko, rzucił się do ucieczki… Ból przeszył jego pierś, serce waliło mu tak mocno, że słyszał jego uderzenia, tysiąc uderzeń na minutę… z bólu zrobiło mu się ciemno przed oczami… i ze strachu, że został przyłapany… strach wygrał… Skoncentrował wszystkie siły na prowadzeniu samochodu. Teraz padał już deszcz…

znowu chwycił go ten ból… tym razem nie tak silny… i nie czuł go w sercu, bardziej w ramieniu… dokładnie tam, gdzie poprzedniego dnia naciągnął sobie mięsień, kiedy przesuwał ten stół. Czy powinien pojechać do szpitala? Ale po co? Teraz wszystko było już w porządku, oddychał równo, serce miał jak skała. To była tylko mała niedyspozycja i zepsute „wydarzenie”. Sprawdził torbę, która leżała obok na siedzeniu, wymacał kamerę. Była w środku, podobnie jak nóż. Wszystko w porządku, ale niewiele brakowało. Następnym razem będzie ostrożniejszy, znajdzie jakieś bardziej odległe miejsce. Wybrał już swoją następną dziewczynę. Plany na przyszłość dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Obserwował doktor Vivian od tygodni. Teraz jednak musi się stąd jak najszybciej wydostać, napić się i coś zjeść. Po swoich małych „przeżyciach” zawsze był głodny. Będzie unikał autostrady, wybierze mniejsze, boczne drogi. Nie wziął jednak pod uwagę burzy, złej widoczności, śliskiej nawierzchni. A potem w coś uderzył.

Rozdział 1 Big Sur, Kalifornia Dla Fen Dexter ten poranek zaczął się jak każdy inny. Wstała późno – o dziewiątej, czy coś koło tego. To Hector ją obudził, kładąc na łóżku swoją wielką łapę, trącając ją pyskiem i śliniąc się na jej ramię. Labradory zawsze się ślinią i zawsze trzeba je wcześnie wypuszczać na dwór, zanim popuszczą w domu. Dla Hectora dziewiąta też była dość późną porą. Otworzyła drzwi a potem, kiedy skończył, wpuściła go do środka. Wróciła do łóżka, rozleniwiona, i leżała w nim, słuchając ryku fal uderzających w skały u podnóża klifu. Cliff Cottage, mały kalifornijski domek Fen, stał w miejscu, które nazywała „wspaniałym odosobnieniem”, na urwisku między Big Sur i miejscowością Carmel. „Wspaniałe odosobnienie” było tylko żartem, ponieważ od drogi oddzielało domek zaledwie sto metrów, a samemu budynkowi daleko było do „wspaniałości”....

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.