Antologia. Jeszcze nie zginela - Andrzej Pilipiuk, Andrzej W. Sa

Andrzej Pilipiuk, Andrzej W. Sawicki, i inni... Jeszcze nie zginęła Antologia 2010r. Wydanie polskie D - pdf za darmo

12 downloads 73121 Views 1MB Size

Story Transcript


Andrzej Pilipiuk, Andrzej W. Sawicki, i inni...

Jeszcze nie zginęła Antologia 2010r.

Wydanie polskie Data wydania: 2010 Wydawca:Fabryka Słów sp. z o.o.www.fabryka.pl e-mail: [email protected] ISBN 978-83-7574-178-0 Wydanie elektroniczne Trident eBooks [email protected]

Rafał Dębski Rocznik ‘69, autor kilkudziesięciu opowiadań i dziesięciu powieści, w tym czterech wpisujących się w nurt literatury fantastycznej. Z wykształcenia i wykonywanego zawodu psycholog, pracuje w gimnazjum, zmagając się ze skutkami lekkomyślnej reformy oświaty. Poza pisaniem jego wielką pasją jest historia, którą traktuje jednak nie jako suchą naukę o wydarzeniach, ale woli dostrzegać w jej krzywym zwierciadle ludzi – ich postawy, emocje, motywacje. W życiu chciałby osiągnąć wiele. Bardzo wiele. Ale przede wszystkim żyć tak, aby nie żałować... No, ogólnie nie żałować niczego. Jest również – o zgrozo – genetycznym leniem. Może właśnie dlatego bardzo dużo pracuje – żeby mieć jak najszybciej z głowy to, co tak czy inaczej musi wykonać. I – jak to często się dzieje w przypadku ludzi naprawdę leniwych – robota bardzo go kocha i zawsze potrafi odnaleźć. Czy raczej należałoby powiedzieć – dopaść. Może właśnie dlatego został redaktorem naczelnym „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Rafał Dębski

Pocałunek lasu Nienawidziłem tego wszystkiego. Kurwa mać, jak ja nienawidziłem tego kraju, tych ludzi, tej całej bieganiny! A najbardziej ze wszystkiego nie cierpiałem brać udziału w obławach. Żołnierz powinien albo siedzieć i grzać dupę w koszarach, albo oddawać życie za ojczyznę w okopie na froncie, w ataku przez pole minowe, w walce na bagnety, pod ciężkim ostrzałem wreszcie. Z sensem. A siedzenie w lesie i czekanie, z której strony padnie strzał, nie jest zajęciem godnym munduru. W dodatku dumnego munduru grenadiera. Wolałbym już chyba, żeby wysłali mnie na front wschodni. Tam przynajmniej służyłbym tak, jak mnie do tego przygotowywano – patrząc wrogowi w oczy, a jeśli już zwalczając partyzantów, to tylko przy okazji innych działań. Chociaż czy ja wiem? Tak mi się zdawało wtedy, kiedy stałem na straży obozu w lasach pod Wąchockiem. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jakim koszmarem był tak naprawdę wyjazd do Rosji. Jednak dzisiaj, kiedy na to patrzę, chyba jednak lepiej by było zostać wsadzonym do eszelonu i przetransportowanym na jakiś front, nawet pod Moskwę czy Leningrad. Dla grenadiera zawsze znajdzie się odpowiedniejsze zajęcie niż straszenie okolicznych chłopków. Stwierdziłem, że najbardziej nie cierpiałem obław? Źle. Największą odrazę czułem do tych przeklętych bandytów kryjących się po lasach i kąsających kostki niemieckiego olbrzyma. Po jaką nagłą cholerę z nami wojowali? Siedzieliby cicho po chałupach, a najlepiej pojechali dobrowolnie na jakieś roboty do Reichu czy Austrii, włos by im z głowy nie spadł. Ale nie, oni musieli do nas strzelać, musieli batożyć wykonujących swoją pracę zarządców, zabierać pieniądze treuhanderom, rozbijać więzienia, wysadzać pociągi, na wszelkie sposoby przeszkadzać w prowadzeniu wojny. W dodatku byli święcie przekonani, że ich mizerny opór stanowi jakiś problem dla wielkiej Rzeszy. Stanowił, owszem, lecz nie dla kraju, ale dla mnie i moich towarzyszy. – Heini! – usłyszałem nagle za plecami. Odwróciłem się, kładąc automatycznie palec na

spuście szmajsera. To był Lutke, najlepszy tropiciel w oddziale, a podobno nawet w całym pułku. On jeden czuł się w lesie jak w domu. Na widok mojej miny zaśmiał się. – Coś taki wystraszony, chłopie? Musisz być czujniejszy. Tutejsi umieją chodzić w gęstwinie lepiej nawet ode mnie. – Masz szczęście, że do ciebie nie wygarnąłem, idioto! – Narobiłem tyle hałasu, że powinieneś mnie usłyszeć już dawno. Tak to jest, jak się na warcie myśli o dupach zamiast o służbie. – Idź w cholerę, Lutke. Odszedł, zanosząc się tubalnym śmiechem. Na pewno opowie chłopakom, jak to mnie zrobił w konia. Wieczorem przy ognisku nie opędzę się od kpin. Lutkego też nie lubiłem. Może nie był złym kompanem, ale lubił odgrywać błazna, a poza tym miał paskudny bawarski akcent, od którego bolały mnie zęby Literalnie. No i to jego znakomite samopoczucie w przeklętej głuszy mocno działało na nerwy, zresztą nie tylko mnie. Inna rzecz, że parę razy uratował nas od pułapek pozostawionych przez bandytów. Dosłownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Z jednej strony wszyscy zazdrościliśmy mu i podziwialiśmy te umiejętności, ale z drugiej – przynajmniej we mnie – budził nieufność. Może dlatego, że potrafił wyrwać się z każdej trudnej sytuacji, czasem wracał z patrolu zupełnie sam, a oddział grabarzy jechał zbierać trupy mniej sprytnych żołnierzy. Nie wiedziałem nawet, jak miał na imię, bo wszyscy zwracali się do niego tylko i wyłącznie „Lutke”, a dowódcy nie wymieniali nawet jego stopnia w mniej oficjalnych sytuacjach. Zluzował mnie Johann, ponury typ z Tyrolu. Miał bodaj jeszcze gorszy akcent od Lutkego, ale przynajmniej tyle nie gadał. Kiedy dotarłem do ogniska z menażką pełną kapuśniaku, tropiciel był w trakcie opowieści. – To były delicje, mówię wam! Ta głupia dziewucha, zamiast stanąć i zacząć drzeć gębę, co by nas pewnie zniechęciło, bo teren był zagrożony przez bandy, rzuciła się do ucieczki... – O czym on mówi? – Trąciłem Josefa, który swoim zwyczajem żuł prymkę tytoniu, spluwając gęsto co jakiś czas. – Dopadli na patrolu jakąś dziewuchę, chyba od bandytów – wymamrotał cokolwiek niewyraźnie, przekładając kawałek tytoniu z jednej strony gęby do drugiej. – Pewnie łączniczka. – I gdzie jest? Przyprowadzili ją? – Słuchaj, to może się dowiesz. Dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę, że Lutke przerwał opowieść, a wszyscy patrzą na mnie z potępieniem. Wziąłem się więc do jedzenia, a tropiciel podjął: – Gunter z Jurgenem pobiegli bokami, żeby nie skoczyła w jakieś krzaczory, a ja popędziłem prościutko za nią. Dopadłem ją na takiej małej polance. Słoneczko świeciło, drzewka szumiały, a ona jęczała. Nawet nie próbowała krzyczeć ani specjalnie się wyrywać. Chłopaki trzymali ją za nogi. Ale suce dogodziłem – zaśmiał się obleśnie, a mnie zupa utknęła w gardle. – Potem oni też się spuścili jak należy, wzięliśmy tę Polaczkę i do obozu. Ale też był z niej kawał ścierwa. Wyobraźcie sobie, związane miała ręce, tyle że nie na

plecach, a z przodu, żeby sobie ryja nie stłukła o korzenie, w razie jakby się potknęła, boby gadać nie mogła. To w pewnej chwili wyrwała bagnet Jurgenowi. Wiecie, że to flejtuch, zapięcie miał zepsute, więc żelazo wylazło łatwo. A ta kurwa na naszych oczach flaki sobie wyprała. Było na co popatrzeć. Jak próbowałem zabrać nóż, to mnie jeszcze o, ugryzła. – Podwinął rękaw, z idiotyczną dumą pokazując ślady zębów na przedramieniu. – Jurgen za brak dbałości o wyposażenie i narażenie Rzeszy Niemieckiej na stratę cennego jeńca dostał nocne dyżury w kuchni. Będzie miał dość obierania kartofli na całe życie! Odechciało mi się jeść. Inni rechotali, dogadywali, a ja myślałem o mojej Marii i o tym, co bym zrobił komuś, kto by ją śmiał tknąć. – Patrzcie – zaśmiał się Josef, wskazując mnie grubym paluchem. – Nasz Romeo jaki się zrobił blady! Myślałby kto, że taki wrażliwy! A jak paliliśmy tę wiochę bandycką, jak jej tam... Michniów, to pierwszy był do podkładania ognia! Pamiętacie? Ze dwieście polskich świń wtedy usmażyliśmy, a jemu nawet brew nie drgnęła. Co ci się stało, chłopie? – Odwal się, durniu – burknąłem. – Nigdy ci się nie chciało rzygać? Coś chyba było nie tak z tą zupą. Wzruszył ramionami, odwrócił się i zaczął wypytywać Lutkego o szczegóły. Nie bardzo wiedziałem dlaczego, ale opowieść tropiciela – przecież jedna z wielu podobnych – wywarła na mnie wyjątkowo przygnębiające wrażenie. A przecież, jak powiedział Tyrolczyk, brałem udział w różnych akcjach. Sam zaliczyłem parę miejscowych kobiet, nie zawsze może wbrew ich woli, ale zasadniczo musiałem najpierw trochę powalczyć. A tutaj coś mnie wzięło. Ciemniejące nad lasem niebo, na którego tle ostro odcinały się korony drzew, nagle wydało mi się obce i groźne. – W zasadzie nie rozumiem, po co siedzimy już drugi dzień i wybieramy z tyłków igliwie, zamiast zrobić swoje i do koszar? – Stary czeka ponoć jeszcze na jakieś wsparcie – odparł zawsze najlepiej poinformowany Michael. – Chyba obawiają się pójść na tego całego Ponurego bez jednostek ss. – Nie podoba mi się to – odezwał się Josef. – Powinniśmy iść z obławą od razu. W końcu po coś przytargaliśmy ze sobą te pancerki. – Naprawdę masz taką ochotę włazić na teren bandytów? – zmrużył oczy Lutke. – Ostatnio narzekałeś, że pchamy się gdzie nie trzeba. – A bo nudno jak w pieprzonym grobie! Ty chociaż pętasz się po okolicy, dupy obracasz, a my co? – A wy gówno – huknął radośnie tropiciel. – Nie umiecie łazić po lesie, to nie zazdrośćcie. Przez cały wieczór byłem przygnębiony, myślałem o ukochanej i czułem narastającą tęsknotę. Pojechałbym teraz na przepustkę do Lipska, wyparzył się w łaźni, kupił tuzin róż i poszedł do niej. Nie spotkałem nigdy przedtem kobiety, która potrafiłaby dać mężczyźnie tyle co ona. Była prawdziwym wulkanem namiętności, tak inna, tak odmienna od dziewczyn w burdelach o twarzach okraszonych fałszywą radością, jęczących mechanicznie, wpatrzonych smętnym wzrokiem w sufit, kiedy mężczyzna się zaspokajał. Od chwili kiedy przyłapałem na tym pewną panienkę, przestałem odwiedzać puff. Wolałem już dopaść jakąś dziewuchę.

Nawet jeśli broniła się rozpaczliwie i była sucha jak pustynia, ujawniała przynajmniej jakieś autentyczne uczucia. Miałem nadzieję, że Maria przyśni mi się tej nocy, lecz spotkał mnie zawód. Całą noc goniłem za czymś nieuchwytnym, groźnym i zarazem niesłychanie godnym pożądania. We śnie wiedziałem, co to jest, ale po przebudzeniu natychmiast wyleciało mi to z głowy, pozostało tylko ulotne doznanie obcowania z tajemnicą.

Obudziłem się ze sztywnym karkiem, łeb bolał mnie niemiłosiernie. Nic dziwnego, skoro leżałem na jakimś pieprzonym korzeniu, gdyż zrolowany płaszcz wysunął mi się spod głowy. Za to też nienawidziłem tego kraju i tego lasu w szczególności. Nawet koszary pod Kielcami były jaki...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.