Chattam, Maxime - Inny swiat 01 - Maxime Chattam

MAXIME CHATTAM PRZYMIERZE TROJGA L’Alliance des Trois INNY ŚWIAT, 01 Z języka francuskiego przełożyła Joanna Kluza - pdf za darmo

5 downloads 52231 Views 1MB Size

Story Transcript


MAXIME CHATTAM

PRZYMIERZE TROJGA L’Alliance des Trois INNY ŚWIAT, 01

Z języka francuskiego przełożyła Joanna Kluza

Clémentine i Antoine’owi. I naszym rodzicom, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność kochania nas. Istnieją na Ziemi miejsca, gdzie świat nie jest już taki, jaki znamy. Miejsca, gdzie wszystko staje się możliwe. Nawet to, co niewyobrażalne. Tajemnicze sklepy pełne książek czy dziwacznych bibelotów, jak ten, od którego rozpoczyna się nasza opowieść, ciasne uliczki, w które nikt nie ośmiela się zapuszczać, niekiedy nawet przestrzeń między dwoma krzakami w lesie. Wystarczy umieć patrzeć. I pozwolić działać magii. Książka ta jest bowiem księgą czarów. Strzeż się jednak, jeśli zdecydujesz się przewrócić kartkę, będziesz potrzebować czarodziejskiej różdżki: duszy marzyciela. Którą wielu ludzi zatraca, kiedy stają się dorośli. Czy nadal ją masz? Razem otwórzmy więc drzwi do tego... nowego świata. Maxime Chattam, Edgecombe, 2 maja 2007 roku

CZĘŚĆ PIERWSZA BURZA

1 PIERWSZY ZNAK Matt Carter po raz pierwszy doznał wrażenia, że coś jest nie tak, tuż przed feriami Bożego Narodzenia. Tamtego dnia powinien był się domyślić, że świat przestał się kręcić, że zaraz wydarzy się c o ś istotnego. Jednak nawet gdyby potraktował to zjawisko poważnie, co mógłby zrobić? Czy był w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo wszystko się zmieni? Mógłby temu zapobiec? Z pewnością nie. Nie mógłby nic zrobić, co najwyżej się przestraszyć, a to by było jeszcze gorsze. Było czwartkowe popołudnie, przedostatni dzień szkoły Matt udał się wraz z Tobiasem i Newtonem do Smoczej Jaskini, sklepu specjalizującego się w RPG-ach, grach wojennych i karciankach. Po wyjściu ze szkoły podążali długimi ulicami nowojorskiego Manhattanu. Matt, czternastolatek, który ze względu na wzrost wyglądał na dwa lata starszego, uwielbiał spacerować po tym mieście, po kanionach utworzonych przez lśniące drapacze chmur. Zawsze miał bujną fantazję, kiedy zaś popuszczał jej wodze, wyobrażał sobie, że Manhattan to forteca ze stali i szkła, a setki wieżowców ochronią mieszkańców przez zagrożeniem z zewnątrz. Siebie z kolei widział jako jednego z rycerzy, czekającego na dzień, gdy przygoda wezwie go do wykorzystania własnych talentów, ani przez chwilę nie przypuszczając, że przybierze ona nieoczekiwaną postać, równie nieubłaganą jak groźną. – Zauważyliście, że jak na grudzień wcale nie jest zimno? – zapytał Tobias. Tobias był raczej niskim czarnoskórym chłopcem, który nie potrafił siedzieć bezczynnie: jeśli akurat nie tupał ani nie poruszał palcami, mówił. Lekarz powiedział mu pewnego dnia, że jest „bardzo nadpobudliwy”, ale Tobias w to nie wierzył, po prostu tryskał energią i tyle. Był o rok młodszy od kolegów, ponieważ posiadał tak wielkie zdolności do nauki, że przeskoczył jedną klasę. I po raz kolejny miał rację: typowe dla tej pory roku zamiecie wcale się nie pojawiły, temperatura zaś nie chciała spaść poniżej zera. – W czasie ferii pojedziemy ze skautami na obóz do Rockland. Obóz w środku grudnia! – Przestań nas zanudzać tymi swoimi skautami – zaprotestował Newton. Z kolei Newton był wysoki i dobrze zbudowany jak na swój wiek, na dodatek nie grzeszył subtelnością, za bardzo się bowiem skupiał na własnej osobie. Jednakże dzięki wyobraźni i zdolności do logicznego myślenia był nieocenionym towarzyszem RPG-ów. – Przecież to prawda! – upierał się Tobias. – Już od dwóch lat prawie nie

ma śniegu. Mówię wam, to przez zanieczyszczenie środowiska, które rozregulowało klimat na całej ziemi. – Jasne, a tymczasem co dostaniecie na Gwiazdkę? – zapytał Newton. – Ja czekam na nowego Xboxa! Razem z Oblivionem, uwielbiam tę grę! – Ja zamówiłem taki namiot, który się sam rozkłada – odrzekł Tobias. – Lornetkę do obserwacji ptaków i jeszcze abonament na „World of Warcraft” na przyszły rok. Newton się skrzywił, tak jakby namiot i lornetka były prezentami nie do przyjęcia. – A ty, Matt? – zapytał Tobias. Matt szedł z rękami w kieszeniach targanego wiatrem czarnego płaszcza. Półdługie brązowe włosy opadały mu co chwila na czoło i policzki. – Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – I chyba w tym roku wolę nie wiedzieć. Strasznie lubię niespodzianki, są bardziej... magiczne – powiedział bez przekonania. Tobias i Matt znali się od szkoły podstawowej. Tobias zdawał sobie sprawę, że tegoroczne Boże Narodzenie będzie dla przyjaciela wyjątkowe: rodzice właśnie mu oznajmili, że się rozwodzą. Początkowo, pod koniec listopada, Matt przyjął tę wiadomość ze stoickim spokojem; przecież nic nie może na to poradzić, to decyzja rodziców, w końcu wielu kolegów żyje w ten sposób, pomieszkując trochę u ojca, a za tydzień u matki. W miarę upływu czasu markotniał jednak coraz bardziej na widok kartonów piętrzących się przed drzwiami, gotowych do przeprowadzki, która miała nastąpić na początku przyszłego roku. Nie potrafił się skupić na grze, opuścił się nawet w nauce, chociaż jego oceny wcześniej też nie były nadzwyczajne. Smutna rzeczywistość zaczynała do niego docierać. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, Tobias poklepał przyjaciela serdecznie po ramieniu. Idąc Park Avenue wzdłuż torów kolejowych, które przecinały ją na pół, dotarli do gorzej utrzymanej dzielnicy. Cała trójka doskonale wiedziała, że rodzice nie lubią, kiedy się tu kręcą. Po chodnikach walały się śmieci, mury pokryte były graffiti. Na skrzyżowaniu ze Sto Dziesiątą Ulicą chłopcy skręcili do Jaskini Smoka. Chociaż budynki były tutaj niższe, słońce i tak nie dochodziło do ciasnych chodników. Cienie domów nadawały temu miejscu ponury wygląd. Newton wskazał ręką lepką od brudu wystawę sklepu i ciemną od kurzu szybę. Widoczna była jedynie tabliczka wisząca przy wejściu: BAZAR BALTHAZARA. – No i jak, chłopaki, ciągle macie cykora? Matt i Tobias wymienili szybkie spojrzenia. Gimnazjaliści traktowali

Bazar Balthazara jako sprawdzian odwagi. Samo miejsce wcale nie grzeszyło gościnnością, ale przede wszystkim jego właściciel budził strach. Podobno stary Balthazar nie znosił dzieci i potrafił wyrzucić każdego klienta kopniakiem w tyłek. Z tego powodu na jego temat powstało mnóstwo legend, wkrótce też rozeszły się pogłoski, że Bazar jest nawiedzony! Chociaż nikt w to nie wierzył, starano się go unikać. Po wakacjach jednak Newton udał się tam zupełnie sam. Wyszedł po przepisowych pięciu minutach wymaganych do zdania testu. Cały Newton: musiał koniecznie udowodnić własną odwagę, nawet gdyby to była dziecinada. – Nie boimy się – odrzekł Tobias. – Po prostu cała ta sprawa to kretyństwo. – To sprawdzian odwagi! – odparł Newton. – Jak chcesz dowieść męstwa, jeśli nie przez ten test? – Żeby być odważnym, wcale nie potrzeba takich idiotyzmów – W takim razie idź tam, udowodnij mi, że to głupie, że nie ma się czego bać i że jesteś prawdziwym mężczyzną! – Nie mam czego udowadniać – westchnął Tobias. – To bzdura i tyle. – Wiedziałem, że strach cię obleci – parsknął Newton. Matt postąpił krok do przodu, w kierunku jezdni. – Dobra, pójdę tam razem z Tobiasem. Przyjaciel otworzył szeroko oczy ze zdumienia. – Co... cię napadło? – wybąkał Tobias. – Skoro idziecie we dwóch, musicie stamtąd coś przynieść – stwierdził Newton. Tobias zmarszczył brwi. Sprawy zaczynały przybierać zły obrót. – Co? Jak to? – zaprotestował. – Musicie coś zwinąć Balthazarowi. Nieważne co, po prostu przynieście jakiś przedmiot. Wtedy pokażecie, że jesteście odważni, panowie! Zasłużycie w pełni na mój szacunek. – Bez pojęcia – pokręcił głową Tobias. Matt chwycił go za ramię i pociągnął za sobą na drugą stronę ulicy, do starego sklepiku. – Co ty wyprawiasz? – oburzył się Tobias. – Nie możemy tam pójść! Newton to kretyn, przecież on sobie z nas robi jaja! – Możliwe, ale przynajmniej wtedy przestanie. Chodź, nie ma się czego bać. Tobias szedł obok niego bardzo zakłopotany na myśl, że robi coś, czego nie c z u j e. „Przed rozwodem rodziców Matt nigdy by tak nie postąpił – pomyślał. – Bardzo się zmienił. Zupełnie jak klimat, wszystko bierze w łeb!” Matt zatrzymał się na chwilę przed drzwiami do sklepu, który wyglądał

na tak stary, jakby istniał tu od czasów Indian. Spod łuszczącej się ciemnozielonej farby na fasadzie wyzierało przegniłe drewno. Szyba wystawowa była pokryta tak grubą skorupą szarego brudu, że nie dało się nawet stwierdzić, czy w środku pali się światło. – Zdaje się, że jest zamknięte – powiedział Tobias z nutką nadziei w głosie. Matt pokręcił głową i wziął za klamkę. Kiedy drzwi otworzyły się z piskiem, weszli do środka. *** Wnętrze wyglądało gorzej, niż można było sobie wyobrazić, patrząc z ulicy. Drewniane regały, zasłaniające ściany i ciągnące się we wszystkich możliwych kierunkach, zamieniły pomieszczenie w labirynt. Piętrzyły się tu dziesiątki, nawet setki poupychanych byle jak przedmiotów: bibelotów, figurek pełniących funkcję przycisków do papieru, biżuterii równie starej jak sam sklep, książek oprawionych w popękaną skórę, zasuszonych owadów na szpilkach w przezroczystych pudełkach, poczerniałych obrazów, koślawych mebli, wszystko zaś pokrywała imponująca warstwa kurzu, tak jakby od wieków nikt niczego nie ruszał. W sumie najbardziej zaskakujące było oświetlenie, jak zauważył Matt. Jedna goła żarówka zagubiona pośrodku całej tej graciarni, dająca nader skąpe światło, przez co resztę pomieszczenia spowijał tajemniczy półmrok. – Naprawdę uważam, że powinniśmy stąd wyjść – szepnął Tobias, spoglądając z niepokojem na sufit. Matt bez słowa okrążył pierwszy rząd otwartych szaf, zapełnionych kolekcjami znaczków, motyli i słoików zawierających kolorowe kulki, które nagle przykuły uwagę Tobiasa. Matt omiótł wzrokiem pomieszczenie, nie dostrzegł jednak ani śladu obecności człowieka. Bazar zdawał się nie mieć końca. W pewnej chwili chłopiec wyłowił jakiś szept dochodzący z głębi. Tobias chwycił go za rękę, mówiąc: – Chodź, chyba lepiej stąd wyjść. Wolę, żeby Newton nazwał mnie cykorem, niż coś stąd ukraść. – Nie będziemy niczego kradli – odparł Matt, nawet się nie zatrzymując. – Przecież mnie znasz, nie jestem złodziejem. – Więc co tutaj robisz? – zapytał z rozpaczą Tobias. Matt n...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.