Chattam Maxime - Inny świat 02 - Królowa Malroncja F

MAXIME CHATTAM INNY ŚWIAT 02 KRÓLOWA MALRONCJA Tytuł oryginału: AUTRE MONDE, MALRONCE Przełożyła - pdf za darmo

7 downloads 67730 Views 1MB Size

Story Transcript


MAXIME CHATTAM INNY ŚWIAT 02

KRÓLOWA MALRONCJA Tytuł oryginału: AUTRE MONDE, MALRONCE Przełożyła z francuskiego Joanna Kluza

Prolog

Wielka sala o kamiennych ścianach tkwiła w połowie pod ziemią. Wąskie okna dachowe nie przepuszczały dziennego światła, latarenki dawały zaś ciepły drżący blask, wydzielając zarazem nieco zjełczały zapach, który pochodził od zasilającego je zwierzęcego tłuszczu. Na każdym okrągłym stole stała duża świeca osadzona w kopcu stopionego wosku, który nieustannie się powiększał, przypominając wulkan pośrodku zastygłej lawy. W głębi, wokół zardzewiałych puszek, w których walczyły ze sobą czarne skorpiony, tłoczyły się grupki mężczyzn. Wszyscy wrzeszczeli, zagrzewali pajęczaki do boju, robili zakłady. Nieco na uboczu trzy postacie, otulone w ciemnozielone płaszcze, rozmawiały sobie spokojnie przy kuflu piwa. – Simon niedawno odkupił jedną! – oświadczył człowiek z ciemną brodą. – Naprawdę? Ile za nią dał? – zapytał jego kolega. Policzek szpeciła mu pokaźna torbiel, zupełnie jakby w kąciku ust przykleił mu się kawałek chleba. – Nie mam pojęcia, ale chyba sporo monet i niemało usług. Ale z tego co słyszałem, jest tego warta! Trzeci z kompanów, bardziej dyskretny, pochylił się ku nim, a wówczas płomień świecy oświetlił mu od dołu twarz pokrytą kilkoma świeżymi bliznami. – Ile ma lat? – Mniej niż dziesięć. Simon wszedł w jej posiadanie, jak tylko oblała test. – Dobrze znosi pępkowy pierścień? – Wygląda na to, że tak. – Mówi? – zapytał mężczyzna z torbielą. Ciemnobrody opróżnił gliniany kufel z drewnianym obrzeżem. – A skąd mam wiedzieć? – westchnął, kończąc wypowiedź głośnym beknięciem. – Podobno Niedźwiemaki ściągają z północy coraz więcej tych dzieciaków – mówił dalej mężczyzna z bliznami. – W tym tempie Poszukiwanie niedługo się zakończy. – Podobno dzieciarnia pozakładała wspólnoty i stawia opór naszym patrolom! –

zdradził ciemnobrody. – Są zorganizowani? – zdumiał się mężczyzna z torbielą. – Nawet w kupie to są nadal tyko maluchy! Popatrz, my wszyscy potrzebowaliśmy zaledwie dwóch miesięcy, żeby się odnaleźć! – Bo królowa wyłoniła się od razu! – przypomniał mężczyzna z torbielą. – Bo kazała zapalić Ognie Zjednoczenia, żeby dym wskazał nam drogę! – Już po trzech miesiącach wprowadziliśmy handel wymienny i walutę! Wśród kamieniołomów i lasów wyrosły nowe miasta! Przeszliśmy ewolucję! Nie tak jak te małe dzikusy! – Tylko że nikt nie jest w stanie sobie przypomnieć, co się działo przed Kataklizmem! – rozzłościł się mężczyzna z torbielą. – Banda dorosłych z amnezją! Ty to nazywasz ewolucją, tak? A jeśli dzieciaki się dowiedzą? Jeśli sobie przypomną, kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Dwaj kompani od piwa nie zdążyli odpowiedzieć, przysunął się bowiem ku nim człowiek siedzący przy sąsiednim stole. Był odziany w szeroką pelerynę z dużym kapturem uszytą z mięsistego aksamitu w szkarłatnym kolorze. – Przyszłość może nam zapewnić nie kto inny jak właśnie te dzieci – odezwał się spod kaptura oschły stanowczy głos. – Ale nie dzięki temu, co wiedzą, tylko kim są. – Kim... Mężczyzna wysunął spod peleryny dwie drobne żylaste dłonie i opuścił kaptur. Miał około pięćdziesiątki, zapadnięte policzki, usta tak wąskie, że prawie niewidoczne, i ostry nos. Siwe krzaczaste brwi nadawały spojrzeniu twardości, zamiast włosów zaś głowę okrywał mu idealnie przylegający stalowy czepiec, który sięgał aż do karku. – Dzieci są przyczyną tego, co się z nami dzieje – ciągnął. – Są dowodem popełnionych przez nas kiedyś błędów, źródłem krzywd! I właśnie dlatego zasługują jedynie na nasz gniew! – Co ty o tym wiesz, starcze? – wtrącił człowiek z bliznami. Mówca rozchylił pelerynę, odsłaniając na skórzanym plastronie czerwono-czarny herb z jabłkiem pośrodku. Herb królowej. Trzej przyjaciele natychmiast zesztywnieli i spuścili wzrok. – Wybacz nam, panie – przemówił mężczyzna z torbielą. – Nie wiedzieliśmy, że jesteś żołnierzem królowej. – Jestem duchowym doradcą jej wysokości Malroncji, panowie, nauczcie się rozpoznawać to nakrycie głowy, które sprawia, że nie można odczytać naszych myśli.

Słyszałem waszą rozmowę i uważam, że zbyt pochopnie dopatrujecie się w tych dzieciakach inteligencji i wiedzy, których one nie posiadają. Nie wolno wam zapominać, że to tylko robactwo! Anarchia! Ledwie zdążyliśmy odzyskać jaką taką równowagę, a te dzieci mogłyby wszystko zepsuć. Nie miejcie więc dla nich żadnej litości! W głębi sali ustały zakłady rozbrzmiały za to okrzyki radości i gniewu. Doradca odczekał chwilę, aż hałas ucichnie, po czym dodał: – Gdyby to ode mnie zależało, na ulicach nie byłoby ani jednego dziecka niewolnika! Niech te, które nie mogą służyć Poszukiwaniu, też zginą! – Tak! – zapalił się mężczyzna z bliznami. – Niech wszystkim im poderżną gardła! – Żadnej litości dla małego robactwa – stwierdził na koniec doradca. – Oszczędzić jednego z nich, choćby ujarzmionego, to oszczędzić ich nadzieję. Wszyscy przytaknęli, ulegając niepokojącej charyzmie osobnika. Kiedy wyszli na ciepłe wieczorne powietrze, ciemnobrody i mężczyzna z bliznami postanowili się udać do wojskowego namiotu u wylotu miasta, gdzie natychmiast wstąpili do armii królowej Malroncji. Tak właśnie było w królestwie ludzi. Wystarczyło podsunąć kilka pewnych stwierdzeń i wskazać wroga, by uspokoić puste albo zmącone niewiedzą umysły. Wówczas wszelkie lęki skupiały się na celu, który należało pokonać. Na razie schwytać tyle dzieci, ile się da. Żeby służyć Poszukiwaniu. Dla królowej.

Część pierwsza

Roślinne imperium

1

Zbyt długa droga

Świat bardzo się zmienił w ciągu zaledwie sześciu miesięcy. Matt Carter spędził czternaście lat swego życia w olbrzymim mieście, jakim jest Nowy Jork. Wśród asfaltu i budowli ze stali i szkła, w kokonie cywilizacji, komforcie elektryczności, regularnych gorących posiłków, pod opieką dorosłych. Dorosłych. Co się teraz działo z tymi, którzy przetrwali Burzę? Jedni stali się krwiożerczymi prymitywnymi stworami, drudzy... Cynikami. Łowcami dzieci. Już od dziesięciu dni wędrował na południe w towarzystwie Amber i Tobiasa. Matt był wysoki jak na swój wiek. Zbyt długie brązowe włosy smagały mu twarz przy każdym powiewie wiatru, przesłaniając ponure zdeterminowane spojrzenie. Amber miała skórę równie białą jak Tobias czarną, zaś jasne loki o rudych refleksach okalały uroczą twarzyczkę, w której tkwiły wielkie zielone oczy. W przeciwieństwie do przyjaciela Tobias, któremu delikatny puszek pod nosem tworzył zaczątek wąsów, uważał, że jest za niski. Stanowili zgrany zespół. Przymierze Trojga. Juki dźwigała Kudłata, pies tak duży jak kucyk. Brakowało pożywienia. Pragnienie gasili w napotkanych rzekach, ale suszonego mięsa i liofilizowanych potraw zostało im już tylko tyle co na dnie plecaka. Minęło dziesięć dni, odkąd opuścili Wyspę Zamków, ich sanktuarium, kryjówkę przyjaciół, pozostałych nastolatków, którzy zwali się Piotrusiami. Dziesięć dni torowania sobie drogi wśród wysokich traw, przedzierania się przez lasy, wspinania się na wzgórza, żeby zaraz zejść z powrotem na dół. Matt spodziewał się ujrzeć zadziwiającą faunę, zwierzęta wokół nich zachowywały jednak dystans: dobiegały ich nieliczne tajemnicze krzyki o zmierzchu, zauważali jakieś uciekające kształty pod osłoną paproci, nic szczególnego jak na krainę, która uległa

przemianie aż do tego stopnia. Przyroda odzyskała swoje prawa z żywotnością, jakiej nigdy dotąd nie przejawiała. Wszystko porastała roślinność, zniknęły najdrobniejsze pozostałości po społeczeństwie ludzi. Zwierzęta uległy transformacji, stały się silniejsze, groźniejsze, po Burzy wyłoniły się nowe gatunki, istoty ludzkie odkrywały na nowo strach, że będą łatwą zdobyczą. Dzień dobiegał końca, gdy trójka wędrowców postanowiła rozbić obóz w szczelinie na zboczu pagórka. Tobias, były skaut, pełnił funkcję strażnika ognia, tymczasem Amber przygotowała posiłek, a Matt posłania. – Nie mamy więcej herbatników – ostrzegła dziewczyna. – Nawet nadal racjonując żywność, wytrzymamy najwyżej dzień, może dwa. – Powtarzam to, co proponowałem wczoraj: zróbmy całodniowy postój, żeby zastawić sidła i zapolować – odrzekł Tobias, który układał właśnie zebrane przed chwilą drewno. – Nie ma czasu – sprzeciwił się Matt. – Właściwie co ci każe narzucać takie tempo? – chciała wiedzieć Amber. – Instynkt. Musimy się spieszyć. Ktoś idzie tuż za nami. Amber i Tobias wymienili niespokojne spojrzenia. – Boisz się tego czegoś... – przemówiła, ściszając głos. – Tego całego Rauperodena, jak go nazywasz? – Właśnie tak ma na imię. Dowiedziałem się tego ze snów. – Sam powiedziałeś, że ze snów, więc może to tylko wytwór twoich lęków i... – Nic z tych rzeczy! – zaprzeczył natychmiast. – On istnieje. Przypomnij sobie, to on napadł na wioskę Piotrusiów na północy, on mnie szuka. To nie jest żywa istota jak ty czy ja, on panuje nad naszym światem i... nad innym, bardziej mrocznym. W każdym razie potrafi tworzyć i przesyłać obrazy, a nawet komunikować się przez sny. Nie wiem dlaczego, ale przeżyłem coś takiego. I c z u j ę, że teraz depcze nam po piętach. – A skąd weźmiemy jedzenie? – zapytał Tobias. – Przecież musimy jeść! – Zdobędziemy. Co powiedziawszy, Matt rzucił płaszcz na śpiwory, które właśnie rozłożył, i opuścił kryjówkę. *** Amber i Tobias spojrzeli po sobie. – Najwyraźniej ta wyprawa mu nie służy, nie uważasz? – odezwał się Tobias. – Źle sypia. Słyszę, jak jęczy w nocy.

Tobias dał wyraz zdziwieniu. Skąd Amber tyle wie o jego przyjacielu? Przecież wszyscy troje śpią obok siebie! „Zdecydowanie ci dwoje dobrali się w korcu maku...” – Słuchaj no, Amber, naprawdę wierzysz, że znajdziemy ten cały Ślepy Las? – Nie martwię się o to, czy go znajdziemy, tylko czy się przez niego przedrzemy... Krążą słuchy, że to miejsce przerażające, nieprzebyte i zamieszkane przez jakieś ohydne stwory. – A jeśli uda nam się przez niego przedostać, co zrobimy, jak już dotrzemy na południe? – Poszukamy odpowiedzi na nasze pytania: Po co Cynicy porywają Piotrusiów? Dlaczego chcą za wszelką cenę dopaść Matta? Przypominam, że sam się zgłosiłeś, by iść z nami! – Tak, wiem, tylko ż...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.