Christie Agatha - Godzina zero

Agatha Christie Godzina zero Tytuł oryginału angielskiego „Towards Zero” Przełożył Michał Madaliński Robertowi Gravesowi - pdf za darmo

5 downloads 7522 Views 2MB Size

Story Transcript


Agatha Christie Godzina zero Tytuł oryginału angielskiego „Towards Zero” Przełożył Michał Madaliński

Robertowi Gravesowi Drogi Robercie! Ponieważ byłeś łaskaw powiedzieć kiedyś, że lubisz moje opowieści, postanowiłam zadedykować tę książkę właśnie Tobie. Proszę Cię, abyś — czytając ją — mocno stępił ostrze swojej krytyki, które bez wątpienia ostatnio jest w świetnym stanie wskutek Twoich popisów na tym polu! Masz przed sobą historię napisaną po to, aby sprawiła Ci przyjemność, a nie po to, by była kandydatką do literackiego pręgierza pana Gravesa. Twoja przyjaciółka Agatha Christie

Prolog: 19 listopada Towarzystwo, które zgromadziło się wokół kominka, niemal w całości złożone było z prawników albo tych, którzy prawem się interesowali. Był mecenas Martindale, Rufus Lord, doradca królewski, młody Daniels, który zdobył rozgłos dzięki sprawie Carstairsa, sędzia Cleaver, Lewis z Kancelarii Lewis i Trench oraz stary pan Treves. Pan Treves dobiegał osiemdziesiątki; a była to obfita w doświadczenia osiemdziesiątka. Należał do słynnego zespołu adwokackiego i był jego najsłynniejszym członkiem. Jak niosła wieść gminna, znał więcej zakulisowych spraw niż jakikolwiek inny prawnik w Anglii, a na dodatek był specjalistą kryminologiem. Ludzie nierozsądni uważali, że pan Treves powinien pisać pamiętniki. Pan Treves był innego zdania. Wiedział, że zbyt wiele wie. Aczkolwiek dawno już na emeryturze, cieszył się niezmiernym poważaniem wśród palestry. Gdziekolwiek zabierał głos, zapadała pełna respektu cisza, w której jego cichy, precyzyjny dyszkant rozbrzmiewał bez przeszkód. Rozmowa przy kominku dotyczyła głośnego procesu, który właśnie dziś w Old Bailey zakończył się ogłoszeniem wyroku. Była to sprawa o zabójstwo, a osadzony w areszcie oskarżony został uniewinniony. Towarzystwo wałkowało sprawę jeszcze raz, wymieniając fachowe uwagi. Oskarżyciel popełnił błąd, polegając na jednym ze świadków. Stary Depleach powinien był zdawać sobie sprawę, że wystawia się na łatwy atak obrony. Młody Arthur świetnie zdyskontował zeznania służącej. Bentmore próbował, co prawda, w swym podsumowaniu ustawić sprawy ponownie we właściwej perspektywie, ale szkoda już się stała — ława przysięgłych uwierzyła dziewczynie. Ławnicy są nieobliczalni — nigdy nie wiadomo, co przełkną, a czego nie. A jak już powezmą jakieś przekonanie, nic ani nikt nie potrafi im tego wybić z głowy. Uwierzyli dziewczynie w sprawie tego żelaznego drąga — i tyle. Zrozumienie ekspertyzy medycznej przekraczało ich zdolności umysłowe. Cały ten fachowy bełkot, te wszystkie naukowe terminy — wszystko to sprawia, że 3

biegli są bardzo kiepskimi świadkami. Nigdy jednoznaczni, te ich wszystkie: „w pewnych okolicznościach ewentualnie mogło mieć miejsce” i te de... wprowadzają tylko zamęt. Powoli wszyscy się wygadali, a w miarę jak konwersacja zamierała, rosło w zebranych poczucie, że czegoś ważnego w niej zabrakło. Głowy, jedna po drugiej, zwracały się w kierunku pana Trevesa, który nie brał dotąd udziału w dyskusji. Stało się oczywiste, że całe towarzystwo oczekuje teraz jakiegoś podsumowania ze strony swojego najszacowniejszego kolegi. Pan Treves, oparty wygodnie w fotelu, machinalnie przecierał swoje okulary. Cisza, która zapadła, kazała mu rozejrzeć się uważnie. — No i co? O czym mówicie? Mam wam coś powiedzieć? Odezwał się młody Lewis: — Omawialiśmy sprawę Lamorne’a, proszę pana. Zamilkł w oczekiwaniu. — Tak, tak — rzekł pan Treves. — Myślałem o tym. Rozległ się pełen szacunku szmer. — Ale obawiam się — pan Treves nadal polerował okulary — że uznacie mnie za dziwaka. Tak, dziwaka. To sprawa lat, jak sądzę. W moim wieku można sobie pozwolić na dziwactwa. — Tak, proszę pana — młody Lewis miał zakłopotaną minę. — Tak sobie myślałem raczej nie o aspektach prawnych tej sprawy, chociaż były ciekawe, bardzo ciekawe — jeżeli wyrok byłby skazujący, byłoby na czym oprzeć wniosek apelacyjny. Myślałem, cóż, o ludziach związanych z tą sprawą. Wszystkich ogarnęło zdziwienie. Ludzi rozpatrywali wyłącznie w kategoriach wiarygodności — jako świadków. Nikt nie pozwalał sobie na najmniejszą spekulację na temat, czy osądzony jest winny, czy niewinny, skoro sąd uznał go za takiego prawomocnym wyrokiem. — Ludzie — powiedział pan Treves w zamyśleniu — istoty ludzkie. Różni, rozmaici. Niektórzy rozumni, większość nie. Przybyli ze wszystkich stron, z Lancashire, ze Szkocji, ten właściciel restauracji — z Włoch, a ta nauczycielka gdzieś ze Środkowego Zachodu. Wszyscy zamieszani i wplątani w tę sprawę w końcu spotykają się pewnego szarego listopadowego dnia przed sądem w Londynie. Każdy wnosi do niej swoją małą cząstkę. Wszystko to znajduje punkt kulminacyjny w procesie o morderstwo. Zamilkł i zaczął bębnić delikatnie palcami w kolano. — Lubię dobre kryminały — ciągnął. — Ale, wiecie, zawsze zaczynają się nie w tym miejscu, co trzeba! Zaczynają się od morderstwa, a morderstwo to rezultat. Jego historia zaczyna się wcześniej, czasami wiele lat wcześniej. Tam tkwią korzenie tych wszystkich związków przyczynowo-skutkowych, które doprowadzają określonych ludzi w okre4

ślone miejsca o określonej porze określonego dnia. Popatrzcie na tę młodą służącą: gdyby kucharka nie sprzątnęła jej chłopaka sprzed nosa, nigdy nie porzuciłaby pracy i nie najęła się do Lamorne’ów i nie byłaby głównym świadkiem obrony. A ten Giuseppe Antonelli — przyjechał zastąpić przez miesiąc brata. Brat jest ślepy jak kret. Nie zobaczyłby tego wszystkiego, co dojrzały sokole oczy Giuseppe. Gdyby posterunkowy nie robił słodkich oczu do kucharki spod numeru 48, nie spóźniłby się na obchód i... Wszystko zmierza do określonego punktu... I wtedy, kiedy nadchodzi czas: bach! godzina zero. Tak, wszystkie ścieżki zbiegają się, kiedy nadchodzi godzina zero — pokiwał łagodnie głową. — Kiedy nadchodzi godzina zero... Nagle zadrżał lekko. — Zimno panu, prosimy bliżej do kominka. — Nie, nie. Po prostu przeszedł mnie dreszcz. No, cóż, będę się zbierał do domu. Skłonił się towarzystwu przyjaźnie i powolnym, ale pewnym krokiem opuścił pokój. Na moment zapanowała pełna wahania cisza, po czym Rufus Lord, doradca królewski, stwierdził, że poczciwy stary Treves posunął się ostatnio. — Cóż za wspaniały umysł, niewiarygodnie wspaniały umysł, ale cóż, lata robią swoje — dodał sir William Cleaver. — I serce ma sfatygowane — dorzucił Lord. — Zdaje się, że w każdej chwili może stać się to najgorsze. — Bardzo uważa na siebie — zauważył młody Lewis. Tymczasem pan Treves ostrożnie sadowił się we wnętrzu swojego niezawodnego daimlera. Auto dowiozło go pod dom położony przy cichym skwerku. Troskliwy kamerdyner pomógł mu zdjąć płaszcz. Pan Treves udał się do gabinetu, gdzie płonął węglowy kominek. Sypialnia mieściła się obok, na parterze. Pan Treves bowiem z obawy o stan swojego serca, nigdy nie używał schodów. Usiadł naprzeciw ognia i przysunął tacę z listami. Nadal błądził myślami wokół swojej teorii, którą przedstawił w klubie. Nawet w tym momencie — pomyślał — jakiś dramat, jakieś morderstwo in spe jest już w trakcie przygotowań. Gdybym pisał teraz pasjonujący krwawy kryminał, zacząłbym od opisu dżentelmena w podeszłym wieku, który siedzi przed kominkiem i zabiera się do lektury korespondencji, zmierzając, choć sam tego nie wie, ku godzinie zero. Rozdarł pierwszą kopertę i, nadal trochę bujając w obłokach, zaczął przebiegać oczami treść listu. Nagle mina mu zrzedła. Wrócił na ziemię. — Boże mój — powiedział do siebie — co za przykra niespodzianka. Prawdziwe strapienie. Po tylu latach! Będę musiał zmienić plany.

Osoby dramatu 11 stycznia Mężczyzna, ostrożnie poprawił się na szpitalnym łóżku. Syknął z bólu. Dyżurna pielęgniarka poderwała się od stolika i podeszła do niego. Poprawiła poduszki i ułożyła go wygodniej. Angus MacWhirter zmusił się do dziękczynnego chrząknięcia. W jego sercu panowały bunt i gorycz. Miałby to już za sobą. Wszystko miałby z głowy! Diabli nadali to cholerne, kretyńskie drzewo na zboczu klifowego urwiska. Diabli nadali tę natrętną parkę, której zachciało się nadmorskiej randki w tę paskudną zimową noc. Gdyby nie oni (i drzewo), skończyłby ze sobą: skok do lodowatej wody, chwila walki i wreszcie ulga — koniec zmarnowanej, bezużytecznej, bezsensownej egzystencji. A gdzie wylądował? Przykuty do beznadziejnego szpitalnego łóżka, ze złamanym obojczykiem i perspektywą ciągania przez policję pod zarzutem zbrodni targnięcia się na własne życie. Do diabła z tym, przecież to chyba jego własne życie, nie? Gdyby mu się udało, pochowaliby go z nabożnym skupieniem — jako psychicznie chorego. Psychicznie chory, akurat! Nigdy w życiu nie był przy zdrowszych zmysłach. W jego sytuacji samobójstwo było najrozsądniejszym i najlepszym rozwiązaniem. Na bruku, z nadszarpniętym zdrowiem, porzucony przez żonę dla innego mężczyzny. Bez pracy, bez nikogo, na kim mógłby się oprzeć, bez pieniędzy, zdrowia i nadziei — czy rozwiązanie nie nasuwało się samo? Ale się nie udało! W jakiej pożałowania godnej sytuacji znalazł się teraz! Wyobrażał sobie, jak sędzia będzie grzmiał w świętym oburzeniu! Dostanie reprymendę za to, że ze swoją osobistą własnością — swoim życiem — zrobił to, co mu dyktował zdrowy rozsądek. Parsknął rozzłoszczony. Ogarnęła go fala wściekłości. 6

Pielęgniarka znowu podeszła. Była młoda, rudowłosa, o miłej, trochę bez wyrazu twarzy. — Bardzo boli? — Nie. — Dam panu coś na sen. — Obejdzie się. — Ale... — Wydaje się siostrze, że nie jestem w stanie znieść tej odrobiny bólu i bezsenności? Uśmiechnęła się łagodnie z poczuciem wyższości. — Lekarz kazał dać panu coś na sen. — Nie obchodzi mnie, co kazał lekarz. Wygładziła kołdrę i przysunęła bliżej szklankę z piciem. — Przepraszam, jeśli byłem nieuprzejmy — powiedział trochę zawstydzony. — Nie ma za co. Irytowało go, że nie dała się wyprowadzić z równowagi. Nic nie potrafiło się przebić przez tę profesjonalną zbroję pobłażliwej obojętności. Był tylko pacjentem, nie człowiekiem. — Gdyby ci dranie nie wsadzali nosa w cudze sprawy, gdyby nie te cholerne przeszkody... — No, no, ładnie tak mówić? — pogroziła mu p...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.