Debski Eugeniusz - Krucjata Tom I

EuGeniusz Dębski Ilustracje Jan Marek, Przemysław Wolny fabryka słów Lublin 2007 Prolog. 266 632 dni - pdf za darmo

8 downloads 61394 Views 2MB Size

Story Transcript


EuGeniusz Dębski

Ilustracje Jan Marek, Przemysław Wolny

fabryka słów Lublin 2007

Prolog. 266 632 dni przed Krucjatą. Rok 1978 Dwie pary oczu w napięciu śledziły trochę niezborne ruchy palców nerwowo grzebiących w bezładnej kupce monet spiętrzonych w dolinie lewej dłoni. Jedna para oczu należała do barmana; uważnie wpatrywał się w bilon nie ze strachu, że straci kilka pensów, nie - starał się w ten sposób wyrazić swoją dezaprobatę dla klienta, który z trudnością płacił za trzecią kolejkę. Miał minę, którą można by zatytułować „Kolego, tu piją ludzie, którzy mogą jeszcze pić, a potem stać ich na taksówkę na drugi koniec miasta". Mężczyzna, na którym barman usiłował układem ciała wymóc zakończenie zabawy, zupełnie nie potrafił czytać body language, zerknął tylko na barmana, a w spojrzeniu miał złość wymieszaną z zakłopotaniem. Starając się nie hałasować, położył małą brzęczącą pryzmę na lśniącym blacie kontuaru. Umoczył usta w alkoholu. W kąciku lewego oka, pod białą blizną przecinającą brew, rodził się co kilka minut tik, a wtedy mężczyzna pijący gimlety od trzech godzin przykładał do drgającego miejsca palec i masował niespokojny mięsień, by zaraz wrócić do bezmyślnego sączenia drinka. Gdy kończył, sięgał do ucha, szarpał koniec, jakby dawał umysłowi znak, że zaczyna się zastanawiać, potem liczył pieniądze, w miarę upływu czasu coraz skrupulatniej, i kupował kolejnego drinka. Aktualnie szóstego. Było coś dziwnego w tym kliencie, co - poza tym że bar był jeszcze właściwie pusty powodowało, że spojrzenie Tobiasa, barmana i w jednej trzeciej właściciela baru „Twoja Apteka", co i rusz wędrowało w jego kierunku. Gość miał niedawno umyte i przystrzyżone włosy, przy czym widać było, że fryzjer był wprawny, ale tani, albo niezbyt przykładał się do swojej pracy. Ubranie czyste, ale jakby wyjęte ze szczelnego worka, w którym spoczywało pewnie kilka lat, nawet niezłe gatunkowo, ale kompletnie niemodne. W sumie - jakiś samotny stary kawaler z etatem w biurze, może w księgowości, przywiązany do swojego taniego żywocika - do fryzjera, jadłodajni, chińskiej pralni... Tym razem, nie wiadomo dlaczego, przyszedł do innego niż zazwyczaj, nieznanego sobie baru... Postanowił odmienić swoje życie? Druga para oczu uważnie obserwująca spragnionego klienta należała do siedzącego od dwóch godzin na lewoskrzydłowym hockerze mniej więcej czterdziestoletniego blondyna. Myszowaty blondyn wysączył trzy lekkie piwa - przy pierwszym rozglądał się po klientach, całkowicie

lekceważąc dwie kobiety (barman dumny z zawodowej wprawy pomyślał: „Pieprzony pedzio!", ale zaraz zrugał sam siebie - geje coraz rzadziej się kryli i stawali się pożądanymi klientami), przy drugim (co też barman dostrzegł) skoncentrował się na mężczyźnie w niemodnym ubraniu. Trzecie piwo zamówił wyraźnie tylko po to, żeby zyskać na czasie. Właściwie już nie odrywał spojrzenia od mężczyzny, chociaż ten niczym szczególnym poza niezdrową bladością twarzy i dłoni się nie wyróżniał. No, może zachłannością, z jaką pił gimlet, i leciutkim uśmieszkiem, który co kilka minut rozciągał jego wypukłe kreolskie wargi, tak niepasujące do bladego oblicza... W barze szemrała muzyka, przez cichy gwar głosów na chwilę przedarł się odrobinę głośniejszy śmiech jednej z kobiet. Ubrana w dziwny czarny kostium niemal ginęła z oczu na tle czarnych w tym świetle ścian, tylko jej kontrastowo biała twarz i szyja wyłaniały się z miękkiego półmroku. Miłośnik gimletu dotarł do połowy porcji, a blondyn zdecydowanym ruchem uniósł kufel, ale chyba nawet nie umoczył ust w piwie. Zsunął się ze stołka i podszedł do bladego mężczyzny. - Wolne? - zapytał, wskazując stołek.- Mężczyzna zerknął przez ramię i natychmiast skinął głową. Tobias upozorował krok w prawo, ale jednocześnie nadstawił ciekawie ucha. - Przepraszam - powiedział blondyn - ale od czterdziestu minut wpatruję się w pana i usiłuję sobie przypomnieć, gdzie i kiedy się poznaliśmy... Strasznie mnie to dręczy, a pamięć mam kiepską. - Rozsiadł się wygodnie na stołku i zerknął na Tobiasa. Przywołał go uniesieniem brwi. Dla mnie szkocką - rzucił. - Mogę panu coś zaproponować? Zagadnięty przez chwilę milczał, jakby dokonywał analizy propozycji, potem jego oczy rozszerzyły się i pojaśniały. Popatrzył na blondyna i nie kryjąc uśmiechu zadowolenia, rzucił szybko: - Zostanę przy gimlecie... Blondyn zaaprobował zamówienie ruchem głowy i zmrużeniem oczu, po czym odwrócił się od barmana. Pożałujesz ty jeszcze, żeś pił darmowy gin, pomyślał Tobias, przygotowując drinki. Jak to było w tym dowcipie? Po whisky dupa mnie boli! - Nazywam się William Barkendorf – powiedział blondyn. - Nie przypomina pan sobie, gdzie mogliśmy się poznać? Zagadnięty najpierw szybko dopił swój gimlet, pokręcił z namysłem głową, jednocześnie przysuwając do siebie szklankę z darmową porcją. Zerknął na Barkendorfa i pokręcił jeszcze raz głową, zrobił to jednak wolno, z namysłem, unikając bezapelacyjnych deklaracji, po których fundator mógłby przestać być miły. Tobias uśmiechnął się w duchu. Ale cyrk, pomyślał, jeden udaje, że go zna, drugi udaje, że nie widzi udawania. Kurwa, co za świat. Ścisnął ścierkę i poszedł na zaplecze.

- Hej! - syknął na pomocnika. - Pedzio przeszedł do konkretów - poinformował. Postawił drinka i krąży wokół zdobyczy. - Roześmiał się cicho przez nos. Chłopak żwawo, ale ostrożnie odsunął kotarę i długą chwilę zerkał na bar. - No... - powiedział, cofając się. - Nie wyglądają, kurcze, na takich, nie? - A ty byś chciał, żeby co: apaszki pod kołnierzem, wdzięczne ruchy i makijaż? obruszył się Tobias. Parsknął przez nos i ruszył do baru. - A znasz dowcip o pedale i pasterzu? - zapytał chłopak, chichocząc cicho. Tobias zatrzymał się, pokręcił głową przecząco. - No? Szybko! - No więc pewien homo jedzie na wakacje, patrzy przy drodze siedzi dość atrakcyjny pasterz, pedzio hamuje, wysiada, zagaduje. Napala się na świeży towar, proponuje napicie się, pasterz się zgadza. No to ten pedzio przynosi butelkę koniaku, spija pasterza i... No, wiesz wykorzystuje go. Zadowolony wsiada do wozu i odjeżdża. A po paru dniach, wracając z wypoczynku, hamuje przy tym samym pasterzu, rozmawia z nim chwilę i czując ochotę na powtórkę, pyta: „Nie napijesz się aby ze mną?" „A chętnie - mówi pasterz - byle nie tego koniaku co ostatnio, bo mnie strasznie po nim dupa boli!" Tobias skrzywił się, trzepnął chłopaka w ramię, wydał z siebie jeszcze jedną serię cichych nosowych chichotów i ruszył na posterunek. Przy kontuarze stał klient, niecierpliwie postukując palcem w blat. - Więc się nie znamy - powiedział Barkendorf. W jego głosie zabrzmiało rozczarowanie, ale niezbyt duże. - Nie sądzę - powiedział jego rozmówca. Zacisnął palce na szklaneczce. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Martin Saintz. - Wyciągnął dłoń do Williama. Wymienili uściski, Barkendorf zmarszczył brwi i chwilę szukał w pamięci. Potem pokręcił głową. - Hhm... Rzeczywiście, nie odzywa się w mojej głowie żadne echo - powiedział, uśmiechając się przepraszająco. - Musi pan być po prostu podobny do kogoś, kogo gdzieś poznałem. Może w pracy... Ale? - William poderwał się i energicznie rozejrzał w poszukiwaniu barmana. - Może przenieśmy się do jakiegoś stolika? Chyba że pan czeka tu na kogoś? Bo ja przyznam szczerze przyszedłem na jednego, ale jakoś nie mam ochoty na samotne sączenie szkockiej... - zawiesił głos. Saintz potrząsnął głową. - Nie czekam na nikogo - oświadczył. - Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia.

William radośnie osuszył swoją szklaneczkę. - Jeszcze raz to samo! - oznajmił Tobiasowi. Sięgnął do kieszeni, wyjął zwitek banknotów i wyszarpnął jeden. Martin dopił gimlet, chwycił podsuniętą szklaneczkę z nową porcją i zsunął się ze stołka. Wkrótce siedział z Williamem przy stoliku. - Mam dzisiaj ochotę i okazję... - blondyn poruszył ustami trochę jak zaniepokojony królik. Tak się złożyło, że nie było... Że nie mogę... - umilkł na chwilę, zerknął na Martina. - Krótko mówiąc, nie mam z kim się napić, a potrzeba jest. Mam nadzieję, że nie pokrzyżowałem panu jakichś planów? - Martin, mów mi Martin... - Świetnie, a ty mi Will - ucieszył się Barkendorf. - Cholera, zawsze tak jest - duże miasto, ludzi jak mrówków, jak to się mówi, a gdy człowiek potrzebuje towarzystwa, to akurat nie ma nikogo albo są ci, z którymi nawet stuletnia whisky nie smakuje. Nie wiem, czy rozumiesz, co mam na myśli? - Oczywiście. - Martin uśmiechnął się, jakby chciał ośmielić towarzysza. - Ludzi pełno, nie ma człowieka. Will radośnie przytaknął, energicznie kiwając głową, potem uniósł szklaneczkę, spełniając milczący toast, a Martin skwapliwie zrobił to samo. Powinienem mu powiedzieć, pomyślał Will, że nie jestem pedałem, po co ma się facet męczyć. A z drugiej strony - jeśli liczy właśnie na to? - Miałem do wykonania pewne zadanie - powiedział, żeby zagłuszyć ciszę przy stoliku. Wszyscy uważali, że nic z tego nie wyjdzie, sam nawet wątpiłem w sukces, a tu wzięło i wyszło. Jestem, szczerze mówiąc, podniecony... Musiałem wyjść z domu, bo bym nie wytrzymał. Na dodatek jest sobota i dopiero w poniedziałek mogę się podzielić informacją z zainteresowanymi... - A gdzie pracujesz, to znaczy czym się zajmujesz? - zapytał Martin. - Tak w ogóle to jestem cybernetykiem, wykładałem na tutejszym uniwersytecie, ale od dwóch lat jestem na urlopie i walczę dla pewnej firmy ze specyficznym problemem... - Mówisz, jakby to były jakieś utajnione sprawy - uśmiechnął się Saintz. - Bo, szczerze mówiąc, są. To znaczy żadne tam wojskowe sprawy czy tajemnice państwowe; prywatna firma i zwyczajne utajnienie, żeby ewentualna konkurencja nic nie wywęszyła. Chociaż nie słyszałem, żeby ktokolwiek zajmował się tym, co my. Odetchnął głęboko, dwie szklanki piwa i pierwsza whisky odprężyły go, rozmowa sprawiała mu przyjemność. Rozparł się w fotelu, zakołysał ciemnobursztynową cieczą w szklaneczce.

- A ty, czym się zajmujesz? - zapytał. - Aktualnie niczym - powiedział Martin. Zabrzmiało to, jakby chciał tymi dwoma słowami załatwić całą gamę ewentualnych pytań, ale zaraz dodał: - Byłem księg...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.