Diaczenko Marina i Siergiej - Vita Nostra - F

Maria i Siergiej Diaczenko Vita nostra Przełożył Piotr Ogorzałek Stawiguda 2008 Vita nostra tyt. ory - pdf za darmo

6 downloads 23506 Views 2MB Size

Story Transcript


Maria i Siergiej Diaczenko

Vita nostra Przełożył Piotr Ogorzałek

Stawiguda 2008

Vita nostra tyt. oryginału: Vita nostra

Copyright © 2007 by Marina i Siergiej Diaczenko

ISBN 978-83-89951-83-0

Projekt i opracowanie graficzne okładki Tomasz Maroński Redakcja Jacek Inglot Korekta Bogdan Szyma, Aleksandra Przybylska Skład Tadeusz Meszko

Wydanie I

Agencja „Solaris” Małgorzata Piasecka 11-034 Stawiguda, ul. Warszawska 25 A Tel./fax089 5413117 e-mail: [email protected] sprzedaż wysyłkowa: www.solarisnet.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

Te ceny to po prostu koszmar! W końcu mama wynajęła pokoik z oknami na zachód w czteropiętrowym domu dwadzieścia minut od morza. Drugi, identyczny (bo było to mieszkanie dwupokojowe!), zajmował chłopak z dziewczyną. Wszystko było więc wspólne - kuchnia, łazienka i ubikacja. - Ale oni całymi dniami siedzą na plaży - uspokajała właścicielka. - A dużo to młodym trzeba? A morze, o, prawie z okna widać. Istny raj. Właścicielka wyszła, zostawiając dwa klucze; od drzwi wejściowych i od pokoju. Saszka na dnie walizki znalazła kupiony w zeszłym roku, niemal wyblakły kostium kąpielowy i pospiesznie przebrała się w łazience, w której na kaloryferze schły czyjeś majtki. Ogarnął ją świąteczny, radosny niepokój; jeszcze trochę i zanurzy się w morzu. Fale, sól na wargach, głęboka toń barwy khaki; po długiej zimie zapomniała już to uczucie. W przejrzystej fali palce przypominają kolorem białą czereśnię. Płyniesz w stronę horyzontu, czujesz, jak morze omywa brzuch i plecy, potem nurkujesz i na dnie widzisz kamienie, wodorosty i zielonkawe, pstre rybki. - Może najpierw coś zjemy? - zapytała mama. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Podróż w dusznym wagonie z miejscami do leżenia, bieganina w poszukiwaniu mieszkania i niekończące się kłótnie z właścicielkami, wszystko to dało jej w kość. - Przecież przyjechałyśmy nad morze, mamusiu. Mama wyciągnęła się na kanapie, podkładając pod głowę stosik świeżej pościeli.

- Jeśli chcesz, skoczę po pirożki*? - ugodowo zaproponowała Saszka. - A co, będziemy się tu żywić pirożkami? Jest przecież kuchnia. - Ależ mamo! Chociaż się zanurzmy. - Idź. - Mama zamknęła oczy. - Kiedy będziesz wracać, kup przy okazji jajka i kefir. No i chleb i masło. Saszka wprost na kostium kąpielowy włożyła sukienkę na ramiączkach, wsunęła stopy w klapki i biorąc ze sobą ręcznik właścicielki wybiegła z domu, na słońce. Na podwórku kwitły drzewa, których nazw Saszka nie znała; ochrzciła je więc „pawimi”. Za szpalerem nierówno przystrzyżonych krzewów zaczynała się ulica prowadząca do morza. „Ulica Prowadząca do Morza” - właśnie tak zdecydowała się nazywać ją Saszka. Tabliczki z prawdziwą nazwą ulicy, prostą i niepozorną, nie miały żadnego znaczenia. Zdarza się przecież, że pięknym rzeczom nadaje się głupie nazwy i na odwrót. Wymachując torbą poszła - a raczej pobiegła - w dół. Ludzie szli gęstym tłumem, ktoś z nadmuchiwanym materacem, ktoś z wielkim parasolem, ktoś jedynie z plażową torbą. Dzieci tradycyjnie mazały się roztopionymi lodami i matki, sztorcując je, wycierały plamy pogniecionymi chusteczkami. Słońce już dawno minęło zenit i wisiało teraz nad dalekimi górami, jakby szukając miejsca do lądowania. Saszka, uśmiechając się od ucha do ucha, szła w stronę morza, czując przez podeszwy klapek gorący asfalt. Wyrwały się. Niezależnie od braku pieniędzy, niezależnie od kłopotów mamy w pracy. Niezależnie od tego wszystkiego przyjechały nad morze i już za piętnaście, a może nawet za dziesięć minut zanurzy się w błękitnej toni. Ulica zakręcała. Chodnik był niemal całkowicie zagrodzony reklamowymi stojakami małej firmy turystycznej - widniały na nich „Jaskółcze Gniazdo”, Massandra, Nikitskij Ogród Botaniczny, pałac w Ałupce. Dźwięczały i huczały automaty do gier. Żelazna szafa mechanicznym głosem proponowała wróżenie z dłoni. Saszka stanęła na palcach i w końcu zobaczyła morze.

*

Pirożki - tradycyjne, sprzedawane najczęściej przez uliczne handlarki, drożdżowe bułki z różnorakim nadzieniem (przyp. tłum.)

Ledwie powstrzymała się, by nie rzucić się pędem. Truchtem ruszyła w dół ze zbocza, które stawało się coraz bardziej strome. W stronę przyboju; tam, skąd donosił się uszczęśliwiony dziecięcy pisk i muzyka przybrzeżnych kafejek. Już zaraz... Najbliższa plaża okazała się płatna. Nieszczególnie się tym przejmując Saszka obeszła płot, zeskoczyła z niewysokiej betonowej balustradki i pod jej stopami zachrzęściły otoczaki. Po znalezieniu odrobiny wolnej przestrzeni rzuciła ręcznik i sukienkę na torbę, obok zostawiła klapki i marszcząc się pokuśtykała po kamieniach w kierunku przyboju. Gdy tylko dotarła do wody, opadła na czworaki, zanurzyła się i popłynęła. Pełnia szczęścia. W pierwszej chwili woda wydała się zimna, a w drugiej ciepła jak w wannie. Przy brzegu kołysały się na falach wodorosty i strzępy plastikowych worków, jednak Sasza płynęła wciąż dalej. Wkrótce woda wokół niej oczyściła się i zmieniła kolor, a nadmuchiwane materace i dzieci na jaskrawych kołach do pływania zostały z tyłu; wokół rozpostarło się morze i zabłysła jaskrawoczerwona stożkowata boja - niczym symbol doskonałości zawieszony pomiędzy dwoma błękitnymi płachtami. Saszka zanurkowała, otwarła oczy i zobaczyła całą ławicę szarych, podłużnych ryb. Wracała truchtem - mama się już na pewno naczekała i będzie niezadowolona. Droga w górę wydawała się nieoczekiwanie stroma i długa. W sklepiku skonana ekspedientka sprzedawała zarówno chleb, jak i jajka i ziemniaki, więc ustawiła się pokaźna kolejka. Saszka zapewniła sobie poparcie tęgiej opalonej kobiety („Powie pani, że za nią stoję, dobrze?”) i po Ulicy Prowadzącej do Morza pobiegła na podwórko z „pawimi” drzewami. Mężczyzna stał obok agencji wynajmu mieszkań - zielonej budki z wiecznie zamkniętymi okiennicami. Mimo upału miał na sobie ciemne dżinsowe ubranie. Jego twarz pod daszkiem niebieskiej czapki wydawała się niezdrowo żółta, wręcz woskowa. Ciemne okulary nie przepuszczały nawet promyka światła i nic się w nich nie odbijało. Mimo to Saszka poczuła, że na nią patrzy. Zrobiło się jej nieprzyjemnie. Odwróciła się i nie przyglądając się dłużej temu dziwnemu człowiekowi, weszła do przesiąkniętej zapachem pokoleń kotów bramy, wspięła się na pierwsze piętro i zadzwoniła do obitych czarną dermą drzwi z blaszanym numerem „dwadzieścia pięć”.

*** Każdego ranka budziły się o czwartej, gdy sąsiedzi, młoda para, wracali z dyskoteki. Hałaśliwie chodzili tam i z powrotem po korytarzu, pili herbatę, skrzypieli tapczanem i w końcu cichli; wówczas Saszka z mamą znów zasypiały i następnym razem budziły się o wpół do ósmej. Saszka zaparzała rozpuszczalną kawę. Wypijały z mamą po filiżance (kuchnia była pełna brudnych naczyń; młodzi sąsiedzi zawsze bardzo przepraszali za bałagan, lecz talerzy mimo to nie myli) i szły na plażę. Po drodze kupowały jogurt w kubkach, ciepłą kukurydzę, szczodrze obsypaną kryształkami soli, lub pierożki z powidłami. Wypożyczały plastikowy leżak, rozkładały na nim ręcznik i biegły się kąpać, potykając się i sycząc z bólu na dużych otoczakach. Pluskały się, nurkowały i nie wychodziły z wody przez pół godziny, a czasem nawet dłużej. Drugiego dnia Saszka się „spiekła” i mama na noc smarowała jej ramiona kefirem. Czwartego dnia wybrały się na morską wycieczkę, jednak morze było niespokojne i obie dostały lekkich torsji. Piątego dnia rozpętał się niemal prawdziwy sztorm, po plaży leniwie włóczyli się półnadzy, opaleni ratownicy i ogłaszali przez megafon, że „kąpiel wzbroniona, bo w wodzie krokodyli tona”, jak przeinaczyła ich ostrzeżenia mama. Saszka bawiła się z falą i raz dość boleśnie oberwała kamieniem po nodze. Zrobił się siniak. Wieczorami w całej miejscowości huczały dyskoteki. Grupki chłopców i dziewcząt, uzbrojonych w papierosy, stały przy kioskach i kasach, wokół starych żeliwnych ławek i prowadziły światowe życie typowe dla młodych ssaków. Saszka niekiedy czuła na sobie oceniające spojrzenia. Ci chłopcy z aroganckimi, wymalowanymi koleżankami wzbudzali jej niechęć, a jednocześnie gryzł ją obrzydliwy robak; wypoczywała z mamą jak jakaś mała dziewczynka, co dla szesnastolatki było powodem do wstydu. Saszka chciała właśnie tak stać, opierając się o ławkę w środku hałaśliwej grupki, i śmiać się razem ze wszystkimi, lub siedzieć w kafejce, pociągając z puszki dżin z colą, albo grać w siatkówkę na placyku pokrytym popękanym jak skóra słonia szarym asfaltem. Przechodziła jednak obok, udając, że spieszy jej się do własnych znacznie ciekawszych spraw, i spędzała wieczory spacerując z mamą po parku i nabrzeżu, oglądając obrazy niezliczonych plażowych malarzy, pytając o ceny polerowanych muszli i glinianych świeczników i ogólnie rzecz biorąc oddając się

miłym sercu zajęciom, które bynajmniej nie były nudne - jednak słysząc wybuchy śmiechu dobiegające od grupek młodzieży, niekiedy wzdychała z tęsknotą. Sztorm ucichł. Woda przestała być mętna, morze znów stało się przejrzyste i Saszka złapała kraba - maleńkiego niczym pajączek. Złapała i od razu wypuściła. Połowa czasu przeznaczonego na wypoczynek minęła nie wiadomo kiedy - wydawało się, że dopiero przyjechały, a już za osiem dni trzeba wracać. Mężczyznę w niebieskiej czapce z daszkiem spotkała na bazarze. Szła, sprawdzając ceny wiśni, obeszła rząd stoisk i nagle zobaczyła go w tłumie. Stał nieopodal, beznamiętnie obserwując ludzi przez ciemne, nie przepuszczające nawet promyka światła okulary. Mimo to Saszka była pewna, że patrzy na nią i tylko na nią. Odwróciła się i skierowała w stronę wyjścia z bazaru. Ostatecznie wiśnie można kupić też na rogu; są tam nieco droższe, ale niewiele. Machając plastykową torbą wyszła na Ulicę Prowadzącą do Morza i ruszyła w górę, w stronę swego czteropiętrowca, starając się jak najdłużej pozostawać w cieniu akacji i lip. Nie dochodząc do pierwszej przecznicy odwróciła się. Mężczyzna w ciemnym dżinsowym ubraniu szedł za nią. Z jakiegoś powodu była przekonana, że został na bazarze. Istniało oczywiście prawdopodobieństwo, że Saszka i ów mężczyzna idą po prostu w tę samą stronę, lecz wydawało jej się kompletnie nie...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.