Dolina Baztan 2 Swiadectwo kosc - Redondo Dolores

Tytuł oryginału Legado en los huesos Redakcja Grażyna Mastalerz Projekt serii Jordi Gonzáles Castelló Adap - pdf za darmo

11 downloads 43828 Views 2MB Size

Recommend Stories


J&B Brewinski swiadectwo
PrzedsigbiorstwoHandlowo- U3lugowo-Produkcyjne Szczecindnia3l.08.96 r. J&B JerzyBrewhlski 70-332Szczecinul. - pdf za darmo

UK Prime Time swiadectwo
UK Prime Time swiadectwo - pdf za darmo

Story Transcript


Tytuł oryginału Legado en los huesos Redakcja Grażyna Mastalerz Projekt serii Jordi Gonzáles Castelló Adaptacja okładki RMProjekt Rafał Łochina Zdjęcie na okładce © Stephen Carroll /Trevillion Images Korekta Maciej Korbasiński, Piotr Królak Copyright © Dolores Redondo, 2013 By Agreement with Pontas Literary & Film Agency Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015 Wydanie I ISBN 978-83-7554-952-2

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: [email protected] Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: [email protected] Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: [email protected] Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Eduarda, każde słowo

Czy ten człowiek nie zna natury swego rzemiosła? Śpiewa przy kopaniu grobu. William Szekspir, Hamlet, akt V, przeł. Józef Paczkowski Grób często kryje nieświadomie dwa serca w jednej trumnie. Alphonse de Lamartine Bo najgorszy jest ten ból, który zżera nas od środka. Nie pomogą żadne skargi, ból ten nigdy nie zelżeje. Alejandro Sanz, Si hay Dios

Itxusuria Odnalazł miejsce pochówku dzięki bruździe, którą wyryła w ziemi kapiąca z dachu deszczówka. Ukląkł, z zanadrza wyciągnął ogrodniczą łopatkę z motyką i rozgrzebał zwartą powierzchnię ciemnej gleby, która rozpadła się na wilgotne, gąbczaste grudy wydzielające bogaty aromat drewna i mchu. Ostrożnie rozkopywał grób, warstwę po warstwie, aż w głębi dołu dostrzegł ubrudzone ziemią poczerniałe strzępy przegniłej tkaniny. Dalej grzebał już rękami, odsuwał na bok materiał, w którym nadal można było się domyślić zarysów niemowlęcego becika i który rozpadł się pod jego dotykiem, odsłaniając nawoskowane płótno otulające ciało. Sznurek zachował się niemal jedynie w postaci głębokich, wyraźnych wgłębień tam, gdzie przewiązano nim zawiniątko. Rozszarpał zmurszałe resztki i przeciągnął palcami po płótnie, szukając brzegu. Nie patrząc, wyczuł zgrubienie i włożył pod nie palce, po czym jednym gestem, jak nożem, rozerwał całun. Dziecko leżało w grobie jak w kołysce, twarzyczką do dołu. Kosteczki były w dobrym stanie, podobnie jak płótno, choć one też zabarwione były ciemną glebą doliny Baztán. Jedną ręką przycisnął do ziemi ciałko – prawie zmieściło mu się w dłoni – a drugą bez trudu oderwał prawą rękę, łamiąc przy tym maleńki obojczyk. Towarzyszył temu słaby odgłos, jak ciche westchnienie dobiegające z grobu, jak skarga, że go pogwałcono. Nagle odsunął się, onieśmielony. Wstał, schował kości do kieszeni i po raz ostatni spojrzał na mogiłkę, a potem narzucił na nią ziemię nogami.

1 Duchota w siedzibie sądu była nie do wytrzymania. Opary unoszące się znad wilgotnych od deszczu ubrań mieszały się z oddechami setek ludzi kłębiących się na korytarzach przed salami rozpraw. Rozpinając żakiet, Amaia spostrzegła porucznika Paduę. Zamienił kilka słów z kobietą, która mu towarzyszyła, odprowadził ją do jednego z pokojów i zręcznie omijając oczekujących, podszedł, żeby się przywitać. – Pani inspektor, cieszę się, że panią widzę. Jak się pani czuje? Zastanawiałem się, czy się tu pani dzisiaj zjawi – mówiąc to, spojrzał na jej brzuch. Amaia położyła rękę na wypukłości, która jednoznacznie wskazywała na bardzo zaawansowaną ciążę. – No cóż, na razie się trzymam. Widział pan matkę Johany? – Tak, jest bardzo zdenerwowana. Czeka w środku, z rodziną. Przed chwilą uprzedzono mnie z dołu, że podjechał furgon z Jasónem Mediną – powiedział, kierując się do windy. Amaia weszła do sali rozpraw i zajęła miejsce w jednej z tylnych ławek. Dobrze stamtąd widziała matkę Johany Márquez, w żałobnym stroju i o wiele chudszą niż na pogrzebie dziewczynki. Jak gdyby wyczuwając jej obecność, odwróciła się i skinęła głową w skąpym geście powitania. Amaia bez powodzenia spróbowała się uśmiechnąć i wpatrzyła się w bladą, udręczoną twarz, twarz matki, której nie udało się uchronić córki przed potworem, którego sama sprowadziła do domu. Sekretarz sądowy zaczął czytać na głos nazwiska uczestników rozprawy. Jego uwadze nie umknął skurcz, który przebiegł po twarzy kobiety, gdy padło nazwisko jej męża. – Jasón Medina – powtórzył sekretarz. – Jasón Medina. Do sali wpadł policjant w mundurze. Podszedł do sekretarza i wyszeptał mu coś do ucha. Potem nachylił się nad sędzią. Sędzia go wysłuchał, skinął głową, wezwał prokuratora i obrońcę, przekazał im krótką wiadomość i wstał. – Posiedzenie zostaje odroczone do odwołania – powiedział i wyszedł z sali. Matka Johany krzyknęła rozpaczliwie i odwróciła się do Amai, jakby to od niej żądała wyjaśnień. – Nie, nie! Dlaczego? Towarzyszące jej kobiety obejmowały ją i na próżno usiłowały uspokoić. Jeden z policjantów podszedł do Amai. – Inspektor Salazar, porucznik Padua prosi, żeby pani zeszła do podziemi. Wychodząc z windy, zauważyła, że na korytarzu, przed drzwiami do łazienki, tłoczy się grupka umundurowanych funkcjonariuszy. Policjant, który jej towarzyszył, wpuścił ją do środka. Było tam już kilka osób. Jakiś policjant i konwojent opierali się o ścianę z pobladłymi twarzami. Padua zaglądał do jednej z kabin. Stał na brzegu kałuży krwi. Rozlewała się zza przepierzenia i jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. Gdy zobaczył Amaię, odskoczył na bok. – Powiedział konwojentowi, że musi iść do łazienki. Miał kajdanki, ale jakoś zdołał poderżnąć sobie gardło. Wszystko stało się błyskawicznie. Policjant stał tuż obok, usłyszał rzężenie, otworzył drzwi, ale nic już nie mógł zrobić. Amaia zrobiła krok do przodu, żeby popatrzeć. Jasón Medina siedział na sedesie z głową

odrzuconą do tyłu. W jego szyi zionęła głęboka ciemna szpara. Przód koszuli był nasączony krwią. Wyglądało to tak, jakby miał na szyi makabryczny czerwony śliniak. Krew barwiła wszystko na swojej drodze i spływała na podłogę. Ciało było jeszcze ciepłe, odór świeżej śmierci zatruwał powietrze. – Czym to zrobił? – spytała Amaia. Nie widziała żadnego narzędzia. – Nożykiem do tapet. Wypadł mu ze słabnących rąk i wleciał do sąsiedniej kabiny – odparł Padua, popychając sąsiednie drzwi. – Jak mu się udało go wnieść? To metal. Wykrywacz musiał go pokazać. – To nie on go tu dostarczył, pani inspektor. Niech pani popatrzy – wskazał na nożyk – na rękojeści jest kawałek taśmy klejącej. Ktoś musiał się postarać, żeby go tu umieścić. Pewnie przykleił go za rezerwuarem, a Medina musiał tylko wyciągnąć go ze schowka. Amaia westchnęła. – A to jeszcze nie wszystko – dodał Padua. Był zdegustowany. – Z kieszeni marynarki wystawało mu to. – Ręką w lateksowej rękawiczce uniósł w górę białą kopertę. – List samobójczy – zasugerowała Amaia. – Niezupełnie. – Padua podał jej rękawiczki. – Koperta jest zaadresowana do pani. – Do mnie? – zdziwiła się Amaia. Włożyła rękawiczki i wzięła kopertę. – Mogę? – Oczywiście. Klej ledwo trzymał i udało jej się otworzyć kopertę, nie rozdzierając jej. W środku był biały kartonik, a na nim, na samym środku, widniało jedno słowo: TARTTALO. Poczuła w brzuchu nagły skurcz i wstrzymała oddech, żeby powstrzymać okrzyk bólu. Odwróciła kartkę, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś na odwrocie, i oddała ją Padui. – Co to ma znaczyć? – Myślałem, że pani mi to powie. – Ale ja nie wiem, o co chodzi, poruczniku Padua. To dla mnie niezrozumiałe. – Amaia była zdezorientowana. – Tarttalo to postać mityczna, prawda? – No, tak… O ile mi wiadomo, to cyklop z mitologii baskijskiej. Cyklopów znali też starożytni Grecy i Rzymianie. Do czego pan zmierza? – Pani rozpracowała sprawę basajauna, który też jest postacią mityczną, a teraz zabójca, który przyznał się do zabójstwa Johany Márquez i który podszywał się pod basajauna, żeby ukryć swoją zbrodnię, popełnia samobójstwo i zostawia list zaadresowany do pani, notkę o treści: Tarttalo. Niech pani przyzna, że to co najmniej dziwne. – Zgadzam się. – Amaia westchnęła. – To dziwne, ale w swoim czasie ustaliliśmy bez najmniejszej wątpliwości, że to Jasón Medina zgwałcił i zamordował swoją pasierbicę, a potem w dość prymitywny sposób usiłował skierować podejrzenia na basajauna. Do tego przyznał się do winy i nie oszczędził nam szczegółowego opisu zbrodni. Sugeruje pan, że to nie on ją popełnił? – Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to on – stwierdził Padua, patrząc z niechęcią na trupa. – Ale jest jeszcze ta sprawa amputacji i kości dziewczyny, które znaleziono w Arri Zahar, a teraz to… Myślałem, że pani będzie mogła…

– Nie. Nie wiem, co to znaczy ani dlaczego ten list napisał do mnie. Padua odetchnął, ale nadal przyglądał jej się uważnie. – Jasne, pani inspektor. Amaia ruszyła do tylnego wyjścia. Nie chciała się natknąć na matkę Johany. Nie wiedziała, co mogłaby jej powiedzieć. Może tylko że wszystko się już skończyło albo że zbrodniarz jak szczur wymknął się na tamten świat, żeby ujść sprawiedliwości. Pokazała strażnikom służbową odznakę i ucieszyła się, że nareszcie opuszcza przygnębiający budynek sądu. Deszcz przestał padać i spoza chmur wyłoniło się ostre słońce, tak typowe dla Pampeluny. Raziło ją w oczy i wywoływało łzawienie. Grzebała w torebce w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych. Kiedy wybierała się do sądu, ledwo znalazła wolną taksówkę. Zawsze ich brakowało, gdy padał deszcz, ale teraz mieszkańcy miasta woleli się przespacerować i na postoju stała kolejka samochodów. Niezdecydowana zatrzymała się przy pierwszym z brzegu. Nie chciało jej się wracać do domu, z niechęcią myślała o Clarice kręcącej się wokół i bombardującej ją pytaniami. Od dwóch tygodni, od kiedy przylecieli jej teściowie, rytm domowego życia został poważnie zakłócony. Rzuciła okiem na zachęcające okna kawiarni naprzeciwko sądu, a potem popatrzyła w głąb ulicy San Roque, na drzewa w parku Media Luna. Obliczyła, że od domu dzieli ją półtora kilometra, i ruszyła pieszo. Jeśli poczuje się zmęczona, zawsze będzie mogła złapać taksówkę. Kiedy zagłębiła się w park i zostawiła za sobą uliczny hałas, natychmiast poczuła ulgę. Świeży zapach mokrej trawy zastąpił smród samochodowych spalin. Odruchowo zwolniła i ruszyła wyłożoną kamieniami ście...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.