Dolina Baztan 3 Ofiara dla burz - Redondo Dolores

Tytuł oryginału OFRENDA A LA TORMENTA Redakcja Grażyna Mastalerz Projekt okładki Pola Raplewicz Zdjęcie na o - pdf za darmo

5 downloads 18633 Views 2MB Size

Story Transcript


Ty tuł ory ginału OFRENDA A LA TORMENTA Redakcja Graży na Mastalerz Projekt okładki Pola Raplewicz Zdjęcie na okładce © Andrew May ovsky y / Shutterstock Korekta Małgorzata Deny s, Elżbieta Steglińska Redaktor prowadzący Małgorzata Głodowska Copy right © Dolores Redondo, 2014 By Agreement with Pontas Literary & Film Agency Copy right for the Polish edition © by Wy dawnictwo Czarna Owca, 2016 Wy danie I ISBN 978-83-7554-954-6 Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: [email protected] Dział handlowy : tel. 22 616 29 36; e-mail: [email protected] Księgarnia i sklep internetowy : tel. 22 616 12 72; e-mail: [email protected] Konwersję do wersji elektronicznej wy konano w sy stemie Zecer.

Eduardowi, jak wszystko, co czynię. Mojej ciotce Angeli i wszystkim dumnym kobietom z mojego rodu, które zawsze robiły to, co do nich należało. A przede wszystkim Ainarze. Nie mogę sprawić, żeby sprawiedliwości stało się zadość, ale przynajmniej Twoje imię nie zostanie zapomniane.

– Dorianie, nigdy nie jest za późno. Uklęknijmy i spróbujmy sobie przy pomnieć jakąś modlitwę. – Słowa te nie mają już dla mnie żadnego znaczenia. Portret Doriana Graya, Oscar Wilde, przeł. Maria Feldmanowa Wszy stko, co ma imię, istnieje. Wierzenie ludowe z Baztán, przy toczone w dziele Czary i czarownice José Miguela de Barandiarán Trust I seek and I find in you Every day for us something new Open mind for a different view And nothing else matters. Nothing Else Matters, Metallica

1

Lampka stojąca na komodzie oświetlała pokój ciepły m różowawy m światłem, które mieniło się różnokolorowo w miejscach, gdzie przeświecało przez delikatne malunki wróżek ozdabiające abażur. Z półki wiszącej na ścianie kolekcja pluszowy ch zwierzątek obserwowała bły szczący mi koralikowy mi oczkami intruza, który w milczeniu przy glądał się śpiącemu spokojnie niemowlęciu. Uważnie wsłuchał się w głos z telewizora dochodzący z sąsiedniego pokoju i w głośny oddech kobiety, która spała na sofie, oświetlona zimny m poblaskiem ekranu. Rozejrzał się po sy pialni jak w zachwy cie, uważnie badając każdy jej szczegół, jakby w ten sposób mógł sobie przy właszczy ć i na zawsze zachować tę chwilę, jakby się miała stać jego skarbem, który m będzie się mógł wiecznie cieszy ć. Zachłannie i w pełni świadomie starał się wry ć w pamięć deseń pastelowej tapety, widok ramek ze zdjęciami i podróżnej torby z pieluszkami i ubrankami, a potem spojrzał w stronę łóżeczka. Całe jego ciało przeniknęło coś podobnego do nagłego oszołomienia alkoholem, a w jego żołądku zaczęły wzbierać mdłości. Dziewczy nka spała na pleckach, ubrana we frotową piżamkę i po paszki przy kry ta kołderką w kwiecistej poszewce. Odsunął ją na bok, żeby ujrzeć ją całą. Odetchnęła przez sen, z jej różowy ch usteczek wy lało się trochę śliny, spły nęło po policzku i zostawiło mokry ślad. Uniesione po obu stronach głowy pulchne rączki z rozwarty mi dłońmi zadrżały lekko, a potem znów zasty gły w bezruchu. Intruz westchnął, jakby naśladując niemowlę. Zalała go fala czułości, ty lko na chwilę, na sekundę. To wy starczy ło, żeby się poczuł lepiej. Wziął do ręki pluszaka, który siedział w rogu łóżeczka jak milczący strażnik posadzony tam przez kogoś, żeby strzegł dziecka. To by ł duży niedźwiadek o biały m futerku, z czarny mi oczkami i wy pukły m brzuchem. Niedobrana czerwona wstążka zawiązana na szy i zwisała aż po jego ty lne łapki. Pogłaskał go delikatnie po główce, podniósł do twarzy i zagłębił nos w futerku pokry wający m brzuszek, żeby odetchnąć słodkawy m zapachem nowej, drogiej zabawki. Poczuł, że jego serce przy spiesza, a na skórze zaczy na się perlić pot. Nagle ze złością odsunął misia od twarzy i zdecy dowany m ruchem przy cisnął go do twarzy czki niemowlęcia. Przy kry ł nosek i usta. Potem po prostu nacisnął trochę mocniej. Rączki dziewczy nki zady gotały, uniosły się ku niebu. Jeden z jej paluszków lekko musnął jego nadgarstek i już po chwili zdawało się, że zasnęła głębokim, spokojny m snem, jej mięśnie zwiotczały, a rozłożone jak rozgwiazdy dłonie opadły na materac. Podniósł pluszową zabawkę i przy jrzał się buzi dziewczy nki. Nie by ło na niej widać cierpienia, jedy nie na czole, między brwiami, dostrzegł lekkie zaczerwienienie, pewnie ślad po nosie niedźwiadka. Światło ży cia zgasło na jej twarzy. Poczuł wy raźniej, że jest już ty lko próżny m naczy niem. Znów podniósł zabawkę do twarzy, żeby odetchnąć jej zapachem, teraz

wzbogacony m przez aromat dziecięcej duszy czki. Doznanie by ło tak słodkie i wspaniałe, że oczy napełniły mu się łzami. Westchnął w podzięce, poprawił przekręconą wstążkę i odstawił zabawkę na miejsce, w nogi łóżeczka. Nagle poczuł, że musi się spieszy ć, jakby nagle zdał sobie sprawę, że zby t długo tam stoi. Wy chodząc, odwrócił się ty lko raz. Światło lampki zalśniło w kilkunastu parach oczu pluszowy ch zwierzątek, które patrzy ły na niego z półki ze zgrozą.

2

Amaia już od dwudziestu minut siedziała w samochodzie i obserwowała dom. Silnik by ł wy łączony i wewnętrzną stronę szy b pokry wała mgiełka, co w połączeniu z padający m deszczem sprawiało, że zary s fasady o ciemny m belkowaniu przedstawiał się dość niewy raźnie. Przed drzwiami zatrzy mał się mały samochód. Wy siadł z niego młody chłopak. Rozłoży ł parasol, nachy lił się nad siedzeniem pasażera, wziął z niego zeszy t, coś w nim sprawdził i wrzucił go z powrotem do środka. Przeszedł na ty ł, otworzy ł bagażnik, wy ciągnął z niego płaski pakunek i ruszy ł do wejścia. Podbiegła do niego w chwili, gdy naciskał dzwonek. – Przepraszam, kim pan jest? – Opieka społeczna. Przy wozimy mu codziennie obiad i kolację – odparł, wskazując na plasty kową tackę owiniętą w folię. – Nie wy chodzi z domu i nie ma nikogo, kto mógłby się nim zająć – wy jaśnił. – Pani jest z rodziny ? – zapy tał z nadzieją. – Nie – odparła. – Jestem z Policji Statutowej. – Aha – powiedział, całkiem tracąc zainteresowanie. Znów nacisnął dzwonek i zbliżając usta do szpary w drzwiach, krzy knął: – Panie Yáñez, to ja, Mikel, z opieki społecznej, pamięta mnie pan?! Przy wiozłem obiad! Drzwi się uchy liły, zanim skończy ł. Pokazała się wy mizerowana, poszarzała twarz Yáñeza. – No jasne, że pamiętam, jeszcze nie zdziecinniałem… I dlaczego, do diabła, pan tak głośno krzy czy ? Głuchy też nie jestem – burknął ze złością. – Oczy wiście, że nie, panie Yáñez – odparł z uśmiechem chłopak, napierając na drzwi i mijając go, żeby wejść do środka. Amaia włoży ła rękę do kieszeni i wy ciągnęła odznakę. – Nie ma potrzeby – powiedział Yáñez. Rozpoznał ją. Odsunął się trochę, żeby ją przepuścić. By ł ubrany w płócienne spodnie i gruby sweter. Narzucił na niego włochaty szlafrok. W niewy raźny m świetle ledwie przenikający m przez opuszczone żaluzje i dochodzący m do sieni Amaia nie by ła w stanie określić jego koloru. Poszła za nim do kuchni. Świetlówka zamigotała kilka razy i zapłonęła blady m światłem. – Ależ, panie Yáñez! – wy krzy knął chłopak zby t głośno. – Nie zjadł pan wczoraj kolacji! – Stał przed otwartą lodówką i wkładał do niej owinięte folią pojemniki z jedzeniem. – Wie pan, że będę to musiał odnotować w raporcie. Jeśli potem lekarz będzie na pana krzy czał, proszę nie mieć do mnie pretensji. – Mówił tak, jak zwy kło się przemawiać do mały ch dzieci. – Odnotuj to sobie, gdzie ci się podoba – wy mamrotał Yáñez. – Nie lubi pan morszczuka w sosie? – Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: – Dzisiaj

zostawiam panu mięso z ciecierzy cą i jogurt. Na kolację tortillę i zupę, na deser biszkopt. – Odwrócił się, wrzucił na tackę kilka nietknięty ch pojemników z jedzeniem, schy lił się i wy ciągnął spod zlewu niewielki worek ze śmieciami. Wy dawało się, że jest w nim ty lko kilka pusty ch opakowań. Zawiązał go i skierował się do wy jścia. W progu zatrzy mał się na chwilę i znów się odezwał, znów zby t głośno: – No dobrze, panie Yáñez, to wszy stko. Smacznego i do jutra. Kiwnął głową do Amai i wy szedł. Yáñez poczekał, aż drzwi trzasną, i dopiero wtedy się odezwał. – Jak się to pani podoba? Dzisiaj zresztą zabawił wy jątkowo długo, zwy kle wpada na dwadzieścia sekund i kiedy wchodzi, już marzy ty lko o ty m, żeby wy jść. – Mówiąc to, zgasił świetlówkę i przez chwilę by ło niemal całkiem ciemno. Skierowali się do saloniku. – Kiedy tu wchodzi, ze strachu jeżą mu się włosy na głowie, i nie mam mu tego za złe, bo ten dom istotnie przy pomina cmentarz. Obita pluszem brązowa kanapa by ła częściowo przy kry ta prześcieradłem, leżały na niej też dwa grube koce i poduszka. Amaia domy śliła się, że Yáñez na niej sy pia, że w ogóle na tej kanapie spędza większość czasu. Koce by ły pokry te okruchami i widniały na nich żółtawe, zaschnięte plamy, chy ba od jajek. Yáñez usiadł i oparł się o poduszkę. Amaia przy jrzała mu się uważnie. Minął miesiąc, od kiedy widziała go w komisariacie. Ze względu na podeszły wiek w oczekiwaniu na proces przeby wał w areszcie domowy m. Wy chudł, a jego pociągła, podejrzliwa twarz stała się jeszcze bardziej koścista. Nadawało mu to wy gląd nawiedzonego ascety. Włosy nadal miał krótko obcięte i by ł ogolony, ale spod swetra i szlafroka wy stawała bluza od piżamy. Amaia zaczęła się zastanawiać, od kiedy się nie przebierał. W domu by ło bardzo zimno. Rozpoznała przenikliwy chłód pokojów nieogrzewany ch od wielu dni. Kanapa stała przed wy gasły m kominkiem i dość nowy m, ry walizujący m z nim wielkością telewizorem z przy ciszony m dźwiękiem. Rzucał na pokój lodowatą niebieskawą poświatę. – Czy mogę podnieść żaluzje? – spy tała Amaia, kierując się do okna. – Może pani robić, co pani chce, ale zanim pani wy jdzie, proszę wszy stko zostawić tak, jak by ło. Skinęła głową i przekręciła do pozy cji poziomej żeberka drewniany ch okiennic, żeby do wnętrza mogło zajrzeć wątłe, charaktery sty czne dla doliny Baztán światło. Odwróciła się i stwierdziła, że Yáñez bez reszty skupił się na telewizorze. – Panie Yáñez. Wpatry wał się w ekran, jakby w pokoju nikogo nie by ło. – Panie Yáñez. Spojrzał...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.