Elizabeth Adler Spotkanie w Wenecji

Adler Elizabeth Spotkanie w Wenecji „ Jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc. Błagam, spotkaj się - pdf za darmo

5 downloads 30402 Views 931KB Size

Recommend Stories


Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Adler Elizabeth W rytmie serca
Adler Elizabeth W rytmie serca Ed Vincent, znany biznesmen i miliarder, zostaje postrzelony. Walczy - pdf za darmo

Story Transcript


Adler Elizabeth

Spotkanie w Wenecji

„ Jestem w niebezpieczeństwie. Musisz mi pomóc. Błagam, spotkaj się ze mną w Wenecji” . Właścicielka paryskiego antykwariatu jest zaskoczona rozpaczliwym telefonem od obcej kobiety. Tym bardziej, że nieznajoma twierdzi, że wie coś o jej narzeczonym, który dzień przed planowanym ślubem zniknął bez słowa wyjaśnienia... Z niepokojem, ale i z nadzieją Pershy wyrusza do Wenecji. Nie podejrzewa, że została uwikłana w sieć kłamstw, podstępów i zbrodni.

Prolog Ana Yuan, młoda kobieta w niebieskiej sukience i sandałkach, nie przeczuwała niebezpieczeństwa, gdy wsiadała do dwupoziomowego pociągu jadącego z Szanghaju do Suzhou nad jeziorem Taihu. Za oknem widać było senne krajobrazy, mnóstwo wody i niskie wzgórza otoczone przez pola uprawne. Starożytne miasto przecinały liczne kanały, nad którymi wznosiły się łagodne łuki mostów. Jego urok tworzyły cieniste alejki, stuletnie pawilony i słynne ogrody, które przetrwały cztery dynastie. Nic dziwnego, że Marco Polo nazwał Suzhou Wenecją Wschodu. Podróż trwała zaledwie półtorej godziny, ale na miejscu Ana z przykrością stwierdziła, że pada. Na szczęście, przyzwyczajona do nagłych zmian pogody, zabrała ze sobą parasolkę. Żeby nie zniszczyć niebieskiej sukienki i sandałków, pobiegła do taksówki. Kiedy dojechała na miejsce, zapłaciła kierowcy, wysiadła, rozłożyła parasolkę i ruszyła wzdłuż kanału alejką wyłożoną kocimi łbami. Było późno i pusto. Deszcz padał coraz mocniej, a ciemne chmury, mrok i grafitowa woda w połączeniu z gęstymi zaroślami otaczającymi alejkę sprawiały, że w ciemności poczuła się bardzo samotna. Zaniepokojona rozejrzała się nerwowo, ale nikogo nie dostrzegła. Jej sandałki stukały głośno na mokrym bruku, gdy szła na miejsce spotkania. Skulona pod parasolką, drżąca z zimna, nie zauważyła napastnika, który skradał się za nią, ukryty wśród drzew. Zatrzymała się przy mostku, skonstruowanym jak mosty weneckie, rozejrzała się i uśmiechnęła lekko. Nie słyszała, jak mężczyzna zbliża się cichym krokiem. Podciął jej nogi tak, że runęła na ziemię. Uderzyła głową w kamień, oczy uciekły jej w głąb czaszki, straciła przytomność. Zaciągnął ją nad brzeg kanału i zepchnął do wody. Panującą wokoło ciszę zakłócił głośny plusk, a potem głuchy odgłos jego oddalających się kroków. Deszcz zmył z bruku ślady krwi. Morderstwo doskonałe. Następnego ranka znaleziono ciało Any, w ślicznej niebieskiej sukience, zaplątane w przybrzeżne trzciny rosnące nieco dalej w głębi kanału. Uznano, że jej śmierć to tragiczny wypadek; poślizgnęła się na mokrym bruku, uderzyła w głowę, nieprzytomna wpadła do wody i utonęła. Pochowano ją z wielką pompą w grobowcu bogatej rodziny Yuan w Szanghaju. Jej przystojny mąż, Amerykanin Bennett Yuan, szlochał zrozpaczony, ale chińscy krewni, choć załamani, zachowali spokój i godność. Co za tragedia, szeptali żałobnicy. Taka miła dziewczyna, dopiero co wyszła za mąż, miała całe życie przed sobą. Ale właściwie po co w ogóle pojechała do Suzhou?

Część 1 Precious

Rozdział 1 Szanghaj pół roku później Lily Song jadła śniadanie w herbaciarni Kanarek, skromnym lokalu w zaułku odchodzącym od ulicy Renmin, nazwanym tak na cześć ptaszków trzymanych w bambusowych klatkach, które umilały posiłek klientom melodyjnym śpiewem. Codziennie jadała w tej knajpce, zawsze o tej samej porze, o ósmej, zawsze to samo – krewetki dim sum, warzywa i zieloną herbatę z ziarnami pszenicy, które pęczniały jak miniaturowe kule armatnie i smakowały jak śliski śrut. Poza niąw lokalu znajdowali się sami mężczyźni, ale to jej nie przeszkadzało; gazety i makaron absorbowały ich do tego stopnia, że nie zwracali na nią uwagi, choć była atrakcyjną kobietą. Drobna i bardzo szczupła, miała lśniące czarne włosy do ramion i brązowe oczy, tak ciemne, że i one wydawały się czarne. Odziedziczyła jasną karnację po europejskiej matce i płaski nos chińskiego ojca, a ubierała się albo w konserwatywne europejskie kreacje kupowane w ekskluzywnych butikach przy ulicy Nanking, albo w tradycyjne brokatowe szaty, quipao, w odcieniach szarości, które szył dla niej świetny krawiec w malutkim zakładzie przy ulicy Bijącej Studni. Choć nie piękna, wyglądała na atrakcyjną kobietę sukcesu. I w pewnym sensie nią była. Tego ranka jednak włożyła wąskie czarne spodnie i czarną koszulę. Związała włosy z tyłu głowy, ukryła oczy za ciemnymi okularami. W szanghajskim tłumie nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Podniosła wzrok, gdy do herbaciarni wszedł mężczyzna, zatrzymał się i rozejrzał. Cudzoziemiec, starszy, elegancki, w beżowym garniturze, ze skórzaną aktówką. Lily skinęła ręką, przywołując go. Podszedł i usiadł naprzeciwko niej. Burknął coś na powitanie, kładąc aktówkę na stole. Dyskretny kelner przyjął zamówienie Lily dla jej gościa – zwykła zielona herbata. Zapytała, czy jest głodny, ale zaprzeczył z grymasem niesmaku na twarzy. Był Szwajcarem i konserwatystą, nie odpowiadała mu chińska kuchnia. Nie umówiłby się też na spotkanie w herbaciarni, ale to Lily dyktowała warunki w tej rozgrywce. – Mój klient jest zainteresowany wszystkim, co może mu pani pokazać. – Od razu przeszedł do rzeczy. – Oczywiście pod warunkiem, że jest pani w stanie udowodnić autentyczność towaru. Lily robiła już z nim interesy. Nie znała nazwiska jego klienta, co bardzo jej odpowiadało. Dzięki temu nie musiała się męczyć z kapryśnymi bogaczami, którym się wydaje, że wiedzą więcej od niej. Antyki, zwłaszcza kradzione, to jej dziedzina, odkąd skończyła szesnaście lat, i znała się na swoim fachu. – Mam coś, co zainteresuje pana klienta – zaczęła cicho, bo nigdy nie wiadomo, kto może usłyszeć prywatną rozmowę. – W najbliższym czasie spodziewam się sporej dostawy zastawy stołowej... – Kiedy? – Przyglądał się jej badawczo, sprawdzał, czy nie blefuje. – Nienawidziła go za to, ale niczego po sobie nie pokazała. Uśmiechnęła się tylko. – Za kilka tygodni. A tymczasem mogę zaoferować coś naprawdę wyjątkowego, najcenniejszą, najważniejszą rzecz, jaka kiedykolwiek trafiła w moje ręce. Sięgnęła do torebki, wyjęła z niej zdjęcie i podała mężczyźnie. Przyjrzał się uważnie fotografii. – Mojego klienta nie interesuje biżuteria – odparł krótko. – Sądzę, że zmieni zdanie, kiedy pozna historię tego przedmiotu. – Lily upiła łyk zielonej herbaty

i spojrzała mężczyźnie w oczy. – Pański klient na pewno słyszał o Smoczycy Cixi, Wielkiej Regentce Chin? Przeliterowała imię i zaznaczyła, że wymawia się CziSzi, chcąc, żeby wszystko poprawnie zanotował. – Cixi zaczynała jako konkubina, ale z czasem przejęła władzę i mówi się, że była potężniejsza niż jej europejska rówieśniczka, królowa Wiktoria. Cesarzowa żyła w wielkim przepychu w Zakazanym Mieście, sama wybudowała sobie imponujący grobowiec, ogromny kompleks świątyń, wrót i pawilonów, mieniący się złotem i klejnotami. W końcu spoczęła tam, w koronie i cesarskich szatach, cała w klejnotach i ozdobach. Zanim zamknięto trumnę, zgodnie z cesarską tradycją, wsunięto jej w usta ogromną, bardzo rzadką perłę wielkości ptasiego jaja. Wierzono, że uchroni cesarskie ciało od rozkładu. Lily zamilkła na chwilę i przyglądała się mężczyźnie. Patrzył na fotografię. Widać było, że opowieść go zaintrygowała, choć udawał, że jest inaczej. Chodzi o pieniądze, pomyślała cynicznie. Ale czy zawsze nie chodzi o to samo? – Dwadzieścia lat później – podjęła – oddziały rewolucjonistów wysadziły wejście do grobowca Cixi. Żołnierze złupili świątynię, zabrali skarby i otworzyli trumnę cesarzowej. Zdarli z niej cesarskie szaty, ściągnęli koronę i cisnęli nagie zwłoki w błoto. Urwała. Mężczyzna szukał jej wzroku, ciekaw, co było dalej. – Podobno ciało było nietknięte – powiedziała cicho. – Wyjęli jej z ust tę wielką, rzadką perłę. Jasną jak światło księżyca i zimną jak śmierć. Mężczyzna znów spojrzał na zdjęcie. Lily się uśmiechnęła; teraz na dobre go zaintrygowała. – Tak – szepnęła. – To ta sama perła. Mówi się, że istnieje jeszcze jedna, wyjęta z korony cesarzowej. Podobno trafiła w ręce Czang Kajszeka i zdobiła pantofle jego żony, słynnej Sung MaiLing. Reszta klejnotów cesarzowej przepadła bez śladu w prywatnych kolekcjach. Znowu urwała; niech trochę poczeka. – Aż nagle, jakieś sześćdziesiąt lat temu, pojawił się naszyjnik, wysadzany brylantami, rubinami, szmaragdami ijadeitem, które otaczały słynną perłę. Podobno wszystkie klejnoty pochodziły z grobowca Cixi. Z uśmiechem obserwowała, jak słucha z zapartym tchem. – Chce pani powiedzieć, że jest w posiadaniu tego naszyjnika? – zapytał w końcu. Opuściła wzrok. – Powiedzmy, że wiem, jak go zdobyć. – Zdawała sobie sprawę, że istnienie naszyjnika musi pozostać tajemnicą, że jeśli władze się o nim dowiedzą, ona znajdzie się w niebezpieczeństwie. – A cena? – Jak zawsze do negocjacji. Oczywiście nie jest to tani klejnot. A historia równie mroczna jak ta też ma swoją cenę. Wielu chciałoby dotknąć perły z ust martwej cesarzowej, która zaczynała jako słynna konkubina. Taki klejnot wzbudza specyficzny dreszcz. – Z uśmiechem sięgnęła po torebkę. – Jestem przekonana, że dojdziemy do porozumienia – powiedziała, podając mu rękę. Radosny śpiew kanarków odprowadził ją do drzwi.

Rozdział 2

Paryż Prawie dziesięć tysięcy kilometrów od Szanghaju kuzynka Lily, Precious Rafferty, siedziała w zatłoczonej kafejce na paryskim Lewym Brzegu, niedaleko nie de Buci. Dochodziła dziesiąta rano w deszczowy sobotni ranek. Precious sączyła cafe creme, jadła ciepłą bagietkę i obserwowała, jak ludzie przyspieszają kroku na ulicznym targu, rozkładają parasolki i obojętnie mijają stoiska pełne warzyw i owoców, pachnących ziół i smakowitych serów. Tłum kupujących rzedniał; deszczowa sobota to kiepski czas na robienie zakupów, choć na szczęście jej sklep, Antyki Rafferty, nie zależał od kaprysów przechodniów. Dopiła kawę i skinęła na kelnera, który dobrze ją znał; mieszkała – niedaleko i od lat jadała tu śniadanie. Z trudem przepychała się między licznymi stolikami. W drzwiach zatrzymała się, żeby zawiązać na głowie niebieską chustę, która miała ochronić jasne włosy przed deszczem, i przy okazji spojrzała n...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.