Feliks W Kres 3z3 Klejnot i wachlarz

Feliks W. Kres KLEJNOT I WACHLARZ KLEJNOT I WACHLARZ czyli zdumiewająca i niezwykła historia dotycząca pr - pdf za darmo

9 downloads 76619 Views 1MB Size

Story Transcript


Feliks W. Kres KLEJNOT I WACHLARZ

KLEJNOT I WACHLARZ czyli zdumiewająca i niezwykła historia dotycząca przeklętej przez Boga i ludzi, ogarniętej wojną prowincji Valaquet w roku Pańskim 1630, specjalnie zaś opowieść o losach dwojga ludzi, których czyny odcisnęły swe piętno w historii Zjednoczonych Królestw.

WSTĘP Ponoć w zamierzchłej przeszłości zwano nas Niszczycielami. Służyliśmy pradawnej mrocznej potędze, noszącej imię Egaheer. Choć wcielała się w różne kształty, to jednak nie była istotą – ani żywą z kości i krwi, ani nadprzyrodzoną. Była zjawiskiem, życie. Mogła je zastępować. We wszystkich krajach, które widziałem – a doprawdy widziałem ich wiele – znajdowałem ślady jej obecności. W Valaquet bawiła się starymi kultami, w Saywanee nie pozwoliła umrzeć ostatnim kotom-Mordercom, w Starej Ziemi Heastseg drwiła z samego Boga Ojca. Mogła się nazywać Semena Sa Veres, równie dobrze jak Elena Bon-Arpat albo Elżbieta Molley. Przyjąłem służbę u niej, nie wiedząc, po co właściwie to czynię. Bom był młody. Bo wojna, w której brałem udział, nie miała wcale sensu – książę Harold nie miał słuszności, nie miał jej także król, widziałem to bardzo wyraźnie. Aż przyszła piękna, tajemnicza kobieta i rzekła: „Mości poruczniku, czyżbyś nie chciał służyć jakiejś innej sprawie niźli ta tutaj żałosna awantura? Zyskasz sławę, władzę, bogactwo i zaszczyty, staniesz ponad książętami krwi, będziesz zawierał sojusze z samym Bogiem albo z samym diabłem, przeciw Bogu albo przeciw diabłu. Będziesz wspierał stare kulty i magie bądź tępił je do szczętu na mój rozkaz. Czy przyjmiesz u mnie służbę?". Przyjąłem Nie odbyło się to przecież tak szybko i prosto, jakem pokazał wyżej. Ale wszystkie powody, dla których uczyniłem to, co uczyniłem, zaklęto w owej pokusie: zyskasz sławę, bogactwo, zaszczyty, staniesz ponad książętami krwi. Tak się stało. Przywołując moją panią, sprowadzałem potęgę, zktóre nie chciał walczyć nawet Bóg. Nie rozumiałem dlaczego. Czy dlatego, że – podobnie jak Mordercy z Saywanee – nie należała do świata, który stworzył? Przybyła skądś, może uciekła spod władzy innego stworzyciela, władcy innej ziemi i innego nieba... Wypędzony demon, straszny i potężny, lecz poniekąd chyba użyteczny. Bo żywiła się walkę z każde magię, umiała stawić czoło nawet piekłu i zdawało mi się,że Bóg może takiego żywiołu potrzebować. Choć zapewne tylko do czasu, gdy ów żywioł nabierze zbytniej mocy... Co wtedy? Czy przeznaczeniem Egaheer była wieczna tułaczka od jednego świata do drugiego? Zresztą nie pojmowałem jej istoty i praw, jakim podlegała; wszelkie domysły bardziej były jałowe spekulację niźli rozumowaniem opartym na mocnych podstawach. Wyraźnie widziałem to tylko, że najbardziej Egaheer stanowiła ucieleśniony kaprys, zachciankę. Nie bez kozery zaiste zawsze kryła się w kobiecej, albo chociaż samiczej postaci, gdy – choć rzadko – uciekała w skórę zwierzęcia. „Nigdy dotąd – rzekła, gdym porzucał u niej służbę – nikt ode mnie nie odszedł. To nowe, ciekawe i podniecające. Niemniej jednak zuchwałe i myślę,że powinnam cię zabić. Ale tego nie zrobię, bo nie" – wytłumaczyła leniwie, a było to najobszerniejsze ze wszystkich jej tłumaczeń. „Jesteś wolny. A teraz dobre rady. Jesteś tylko człowiekiem. Doskonale władasz pistoletem i szpadą, zebrałeś niemało doświadczeń, jesteś odważny i rozumny, masz pieniądze, masz wreszcie znane nazwisko. Możesz nie obawiać się bliźnich. Ale ja już nie przybędę na twoje wezwanie. Zostałeś sam, pamiętaj. Czy na pewno chcesz odejść?" Odszedłem.

W Lazenne, stolicy Zjednoczonych Królestw, znany byłem pod prawdziwym nazwiskiem kawalera Del Wares. Nie zagrzałem tam miejsca; zrazu, nieprzywykły do bezczynności, odbywałem liczne podróże – alem przestał, ujrzawszy wojnę w Werwalu, a potem drugą, domową, w oddzielonej od korony prowincji Valaquet. Dość miałem wojen i rzezi, obrzydły mi intrygi, rapier i żołnierskie życie w drodze. Może być,że porzuciłem swą służbę tak samo, jak wcześniej na nią wstąpiłem: powodowany impulsem, albo może zwykłym kaprysem. Czyż nie byłem podobny do tej, której służyłem i od której na koniec uciekłem? Tak jak niegdyś łaknąłem przygody, wielkich czynów i sławy – teraz życzyłem sobie dostatniego, spokojnego życia, najlepiej w majątku na wsi. Najbardziej zaś pragnąłem samotności. Bóg zaś, chcąc mnie pokarać za to, że po wielekroć butnie stawałem przeciw Niemu, spełnił moje życzenia. Wkrótce gotów byłem diabłu duszę zaprzedać, byle wyrwać się z przykrej bezczynności. Tak, zaprzedać duszę... Szatana ani żadnych demonów, żadnej magii. Nie bałem się nawet Boga. Czułem natomiast trwogę, wspomniawszy swą dawną panią. I jakże szybko przyszło mi żałować,że nie posłuchałem owej zastarzałej trwogi! Było mi uciekać na kraj świata, gdzie psy zadkami szczekają, miast biernie czekać na tyleż dającą się przewidzieć, co nieuniknioną katastrofę. Zażądano mojego powrotu na niechcianą służbę, a były po temu powody. Jakem to już rzekł wyżej, w Valaquet trwała właśnie wojna domowa, obmierzła i przewlekła, rozpętana przez matkę przeciw córce, może zresztą przez córkę przeciw matce, sam czart nie doszedłby prawdy. Przeklęte spadkobierczynie Świeckiego Zakonu Rycerskiego, który przed wiekami mieczem i do cna splugawionym krzyżem zniszczył połowę świata, szarpały na strzępy schedę po swych dziadach, nieszczęsną prowincję stu tysięcy zbrodni i miliona grobów. Ale nie koniec na tym, bo po władzę sięgnął tam ktoś jeszcze, a mianowicie dziwna i straszna królowa wiecznego mrozu, pani śniegu, czerpiąca swą moc z prastarej potęgi, którą jakże mylnie wzięto za zwykłą magię, pisaną węglem i kredą... Opowieść tę trzeba jednak zacząć od historii jedynegosprawiedliwego w całej prowincji Valaquet: od dostojnego Roberta hrabiego Se Rhame Sar, człowieka tak niezwykłego, że nie spotkałem w życiu nikogo, kto byłby doń jakkolwiek podobny, choć przeżyłem lat dziewięćdziesiąt i siedem, a nie były to puste lata. Człowiekowi temu winien jestem hołd i dobrą pamięć, a dlaczego, to się wkrótce pokaże. Matką hrabiego Roberta była pani z rodu Ayhoe, dostojna Weronika Teresa Del Valaquet hrabina SeAlide Sar, Pierwsza Dama Bractwa Rycerskiego, z woli króla (czy też lepiej: za niechętnym króla przyzwoleniem) namiestniczka Prowincji Valaquet, starszymi siostrami zaś dostojne panie Wanesa i Ranela. Miał hrabia jeszcze dwie młodsze siostry, Annę Jasenę oraz Annę Luizę – przepiękne bliźniaczki, niewiele ustępujące mu w latach. Ojca hrabia nie znał, lub raczej nie pamiętał; niezwykły ten człowiek (zasługujący na osobną opowieść, lecz pozostający bez żadnego wpływu na opisywane tutaj wydarzenia) zginął nieszczęśliwą a tragiczną śmiercią, ledwie zdołał ujrzeć najmłodsze swoje córki – upatrywano w tym nawet zapowiedź nieszczęść, co ziściło się, niestety, najzupełniej. Dorastający Robert żywił szczególną słabość do jednej z młodszych swoich sióstr; wreszcie wyznać trzeba bez ogródek, wbrew prawu naturalnemu durzył się w pięknej Annie Luizie, najpierw jako chłopiec, potem zaś młody mężczyzna – i była to skłonność chętnie odwzajemniania. Lecz ustatkowawszy się, postawił tamę swojej namiętności, wkrótce zaś ożenił się szczęśliwie, bo z wybranką serca, a to przecież jest warunek najzupełniej do szczęścia niezbędny. Niestety! Wyszło niebawem na jaw, że za

sprawą rodzinnego klejnotu jego żony została wskrzeszona stara klątwa, przed którą widocznie nie mógł uciec żaden spadkobierca tradycji Świeckiego Zakonu. Artefakt z zamierzchłej przeszłości, diamentowa kolia od dawna będąca w posiadaniu jej rodziny, ale pochodząca nie wiadomo skąd (bo dzikie, pogańskie plemiona Valaquet na pewno nieumiały wytwarzać takich rzeczy) przeobrażała hrabinę w śnieżne monstrum, królową lodu i śniegu, niszczącą wszystko wokół niebywałym mrozem. Odkrywszy to, hrabia uciekł od żony i odnowił tajemny romans z dostojną swoja siostrą; lecz gdy ta zaszła w ciężę – o czym nieszczęsny sprawca nie wiedział – oddalono go z Valaquet. Na rozkaz matki wyjechał do Lazenne, by w stolicy u boku króla spędzić bez mała trzy lata. W tym czasie pani Anna Luiza poroniła owoc swojej zakazanej miłości, a wolno sądzić,że obyło się to nie bez pomocy... O porzuconej hrabinie Helenie, wciąż przecież pełnoprawnej małżonce pana Se Rhame Sar, zapomniano, albo raczej nie chciano pamiętać; zresztą słuch o niej przepadł, mieszkała w swoim hrabstwie niczym na wyspie bezludnej, nigdzie nie bywając i nikogo do siebie nie prosząc. Po powrociez wygnania jedyny syn wicekrólowej niczego już nie znalazł takim, jakie zapamiętał. Księżna Se Potres, najstarsza jego siostra, ambitna po matce, a porywcza po ojcu, wypowiedziała posłuszeństwo dostojnej swej rodzicielce, czarę zaś przepełniły miłostki tej ostatniej; miłostki, dodajmy koniecznie, którym oddawała się z własnym swoim zięciem, Bernardem księciem Se Potres. Wojna domowa, wojna o władzę i mężczyznę, wisiała na cienkim włosku. Hrabia Robert próbował jej zapobiec, nadaremnie. W spiskach i knowaniach wszystkich przeciw wszystkim postradała życie nieszczęśliwa Anna Luiza, wciąż skrycie kochana przez Roberta. Niezasłużenie, bezwinnie przeklęty i odrzucony przez tych, których kochał, hrabia Se Rhame Sar wrócił do swej groźnej małżonki, która jako jedyna wciąż miała dla niego tkliwe ciepło. Lecz, niestety, dla innych miała tylko mróz. Zrodzone z prastarej potęgi zawieje śnieżne i wichry jęły niszczyć całe wioski i miasta, jakby nie dość było wojny domowej i nieszczęść, które ze sobą niosła. Sprawczyni tych kataklizmów nie umiała pomimo starań zapanować nad swymi mocami. Szlachetny hrabia Robert, odzyskawszy żonę, zdołał pokochać ją na nowo, nadto dobrze rozumiał jej mękę i starania, doceniał neutralność, którą zachowała w toczącej się obok wojnie – bo nie chciała władzy dla siebie – lecz nie umiał patrzeć na zagładę setek domów i tysięcy istnień. Wyczerpawszy wszystkie możliwości, półoszalały od wyrzutów sumienia i zgryzoty, uczynił rzecz ostateczną, a mianowicie otruł jedyną istotę, którą jeszcze kochał poranionym przez najbliższych sercem. Wreszcie – doświadczony przez życie...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.