Feliks W Kres Zabity

Zabity Kres Feliks Wiktor Kres Feliks Wiktor Feliks Wiktor Kres (pseudonim, właściwie Witold Chmielecki, u - pdf za darmo

3 downloads 7168 Views 94KB Size

Story Transcript


Zabity

Kres Feliks Wiktor

Kres Feliks Wiktor Feliks Wiktor Kres (pseudonim, właściwie Witold Chmielecki, ur. 1966 w Łodzi) to polski pisarz fantasy. Debiutował w roku 1983 opowiadaniem Mag nadesłanym na konkurs pisma "Fantastyka". Od tamtej pory opublikował osiem powieści i kilkadziesiąt opowiadań. Najbardziej znany jako autor dwóch cykli fantasy "cyklu szererskiego", dziejącego się w świecie zwanym Szererem, gdzie oprócz ludzi inteligencją obdarzone są równieŜ koty i sępy (obecnie, oprócz wczesnych, niezgodnych juŜ z obecną wersją tego świata opowieści cykl składa się jedynie z podcyklu Księga Całości, choć Kres zapowiada kolejne osadzone w tym świecie powieści), oraz Piekło i szpada, mroczne opowieści płaszcza i szpady w alternatywnym XVII wieku, gdzie spotkać moŜna zarówno demony, jak i istoty starsze od samego Szatana. Jego utwory przetłumaczone zostały na język czeski, rosyjski oraz hiszpański. Za wydaną w roku 1992 powieść Król bezmiarów otrzymał Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Od kilku lat prowadzi kącik porad dla młodych pisarzy w czasopismach poświęconych fantastyce - najpierw pod tytułem Kącik złamanych piór w miesięczniku "Fenix", potem w "Magii i Mieczu", zaś obecnie jako Galeria osobliwości w miesięczniku "Science Fiction". W lutym 2005 porady Kresa dla początkujących pisarzy zostały wydane w formie ksiąŜkowej pod tytułem Galeria złamanych piór.

Zabity Zabili mnie tylko raz, na dodatek niezupełnie do końca. Boga, rzecz jasna, po drugiej stronie nie było, a w kaŜdym razie nie czekał, zaś historie o długim tunelu, na którego końcu jest światło, radzę sobie odpuścić. Nie wiem, dokąd i którędy zmierzali ci wszyscy ludzie po śmierci klinicznej, pieprzący potem historie o przejściu na „drugą stronę”, unoszeniu się nad własnym ciałem i inne takie tam... Ja nie zobaczyłem niczego majestatycznego, ani kojącego; w ogóle nic nie widziałem, a z ziemskiego padołu zabrałem z sobą tylko strach i sporo bólu, bo nie umierałem łagodnie. Nie unosiłem się nad swoim ciałem, przepychano mnie skądś dokądś, pod postacią skopanego kłębu mięsa. Zabrałem z sobą świadomość, Ŝe juŜ po wszystkim - nareszcie, a moŜe niestety. Potem przez krótką, bardzo krótką chwilę byłem chyba zupełnie szczęśliwy - mówię „chyba”, bo niczego nie czułem, nadal nie widziałem, nie słyszałem. Zapewne nie mogłem teŜ myśleć, ani odczuwać szczęścia. Lecz zostało mi krótkie, bardzo dziwne, bo róŜne od innych, wspomnienie po tej absolutnej nicości, i to jest dobre wspomnienie. Więc chyba byłem szczęśliwy. Zabili mnie w towarzystwie, towarzystwem była moja Ŝona. Szliśmy sobie pustą ulicą, wieczorem; nie to, Ŝeby jakiś parszywy zaułek, nie prowadzam Ŝony w takie miejsca. Ot, zwyczajna boczna ulica, nawet autobusy nią jeździły. Biłem się dosyć męŜnie, z nadprzeciętną nawet sprawnością, bo okropnie mi zaleŜało, ale pała do bejsbola nauczyła mnie szybko, ile znaczę. MoŜe gdybym miał jakiś pistolet. Ale w Polsce nie wolno mieć broni, bo będą wypadki i rozkwitnie przestępczość, wiadomo. Więc leŜałem spokojnie pod murem, bez broni i bez przestępczości, i zdychałem niestety dość długo, by popatrzeć, co robią mojej Ŝonie. Gdy kopali, zwinęła się w kłębek, głupi odruch jeŜa bez kolców. Tłukli kijem, aŜ złamali jej rękę, którą się zasłaniała. Z upuszczonej torebki wypadły jakieś drobiazgi, kosmetyki, jakieś stare skasowane bilety. I batonik Mars, a moŜe Snickers. I coś jeszcze, ale juŜ nie wiem. I umarłem. I Boga nie było. Lecz potem zabrano mi wszystko, nawet krótką chwilkę tej szczęśliwej nicości. I wróciłem na przeklętą ulicę, i zostałem. Więc jestem, dzień dobry. *** Facet z aureolą i skrzydłami wydał mi się tak niedorzeczny, Ŝe nawet nie było mi do śmiechu. Znaczy - anioł. Przyszedł do mnie anioł. Lecz niegłupi, chwalić jego Szefa. Spojrzał tylko, zgasił aureolę i zręcznie pozbył się skrzydeł. Schował takŜe perukę, upieprzoną w anielskie blond loczki. Kiwnął głową. - No i tyle - powiada. - Wysoki iloraz kumacji prawie zawsze wyklucza skrzydłaka. Szczerze mówiąc, pióra są zbędne. Ale taka wizytówka, rozumiesz. Jak kufajka u budowlańca. Jarzyłem o co mu chodzi. - śebyś ty jeszcze, chłopie, był chociaŜ troszeczkę wierzący. Nic z tych rzeczy? - badał beznadziejnie. - Nic z tych rzeczy - odparłem. - Jak pokaŜesz mi tron Pana Boga, to pomyślę, Ŝe sfiksowałem. Ostatecznie mogę być wariat, ale nie katolik. Przepraszam. - Protestant? Grekokatolik? śyd? Amisz, świadek Jehowy? Powiedz chociaŜ, gdzie ci najbliŜej? - Nigdzie. Odpieprz się ode mnie. Ateista. Nie zraził go mój ton. - Szok pośmiertny - skonstatował. - Zabili cię. - Nie, trochę tylko - powiedziałem.

Usiadł na koszu na śmieci (byliśmy, byłbym zapomniał, na przystanku autobusowym) i wyglądał zupełnie normalnie. Jakieś dŜinsy, sweter, plastikowa reklamówka z gołą babą, a moŜe najnowszym ferrari. Nałogowiec. Palił Marlboro. - No dobra - powiedział. - ZałóŜ, Ŝe to sen. Albo brednie pourazowe. Dostałeś w łeb, leŜysz w bramie, coś ci się plącze pod kopułą. Pasuje? - Racjonalne. Jasne, pasuje. - Dobra. Z wami najgorzej. No, agnostycy - wyjaśnił. - Ledwie taki kopnie w kalendarz, a juŜ nie wiadomo, co z nim zrobić. - A co moŜna zrobić? - To zaleŜy. Sukinsynów puszcza się tam, gdzie ich miejsce. Nie chciałbyś tam trafić, i prawdę mówiąc, wcale na to nie zasługujesz. - A tych... niesukinsynów? - To juŜ sobie odpuść. Bo rozumiesz, złapałem cię za łeb, tylko Ŝe trochę za słabo - wyznał, ale bez skruchy. - Wierzgałeś, chłopie, nie myślałem, Ŝe aŜ tak będziesz wierzgał. Uparłeś się umrzeć po swojemu, no i prawie ci się udało. I co teraz? - zapytał retorycznie. - Co, wypadłem z maszynki? - Bystrzacha. - To znaczy, Ŝe nie pójdę tam, gdzie moje miejsce? Tam, gdzie niby nie chciałbym trafić? - To nie jest twoje miejsce. - A gdzie jest? - Mówię ci, odpuść to sobie. Nigdzie. Właściwie to nigdzie. Tacy jak ty umierają porządnie, raz na zawsze. Niebyt, chłopie. - No. Na to liczyłem. - AŜ tak bardzo nie lubiłeś Ŝyć? Źle ci było na świecie? - Świetnie, kurwa, mi było. No, nie licząc finału. - I co? Nie poŜyłbyś jeszcze? Dajmy na to wiecznie? - Zdaje się, Ŝe warunkiem jest wiara? Wzruszył ramionami. - Ech, w mordę - powiedział. - No, poniekąd istotnie jest warunkiem. A zwłaszcza w twoim przypadku. To się zdarza raz na tysiąc lat, albo nie wiem, jakoś raz na bardzo rzadko. Utkwiłeś - wytłumaczył. - Przyzwoitych niewierzących puszcza się tam, gdzie chcą iść. Czarna dziura, niebyt, niepamięć. Ale czasem ktoś szarpnie takiego do siebie. Przez pomyłkę, albo... Są powody. Ja w kaŜdym razie szarpnąłem. Ale zakleszczyłeś się, chłopie. Jak szwagier Ali-Baby w drzwiach Sezamu. Jak nie wciągniesz brzucha, to cię nie przepchniemy. Ani tu, ani tam. Do Nieba, albo... będziesz tu siedział. Wybieraj. Chyba trzeba będzie uwierzyć. - A mój niebyt? Znaczy czarna dziura? - Przykro mi. - Dlaczego nie mogę tam iść? - Bo jesteśmy w twojej dziurze, przykro mi. Bo widzisz, złapałem cię, no i... Prawdę mówiąc, to raczej ty szarpnąłeś mnie za sobą, niŜ odwrotnie. Jaki niebyt? Jaka niepamięć, skoro pamiętasz o szarpaniu, a pewnie i tabliczkę mnoŜenia. Czarna dziura to czarna dziura. A ty przywlokłeś do niej tyle, Ŝe juŜ nawet moja skromna osoba nic nie zmieni. - Nie moja wina. - Pewnie, Ŝe nie twoja! Chcesz mi dać po ryju? Proszę bardzo - wstał i odłoŜył reklamówkę, wyjął z kieszeni swetra okulary, teŜ odłoŜył. - Ale twojej czarnej dziury nie ma. Podarta, przykro mi. Zabili cię, nie Ŝyjesz - objaśniał. - Jak mam cię wepchnąć do tej dziury? Zabić zabitego? PrzecieŜ to śmierć wtrąca cię w nieistnienie, w twój ukochany niebyt, śmierć gasi pamięć, zmysły. Przekraczasz granicę mroku i jesteś w czarnej dziurze, no tak? - tłumaczył cierpliwie. - Ale ty przekroczyłeś granicę mroku i zapaliłeś światło. No dobrze, ja zapaliłem,

a co miałem zrobić? Siedzieć tu po ciemku razem z tobą? No więc, to ja wszystko spieprzyłem, lepiej ci? Nie da się po raz drugi przekroczyć granicy mroku, bo nie da się dwa razy zabić. Nie da się zakatrupić cholernego trupa. Idziemy do Nieba, kolega pozwoli przodem. - Jakieś inne moŜliwości? - śadnych. - Kraina Wiecznych Łowów? - spróbowałem; chyba chciałem zyskać na czasie. - Tylko w Boga chrześcijan wolno mi uwierzyć? - Tak, bo Indiańce cię do siebie nie ciągnęli, tylko ja. Chłopie, przestań, bo tracę cierpliwość. Dawaj do nas, dobrze ci radzę. W Niebie nie śpiewa się psalmów, to nie jest takie nudne i koszmarne miejsce, jak Ŝeś sobie wyobraŜał. Idziemy? - A czyściec? - Czyściec wymyślili na jakimś soborze czy synodzie, w średniowieczu, albo nie wiem kiedy - zdenerwował się. - Czy Jezus informował o czyśćcu? Co, zapomniał? W Niepokalane Poczęcie teŜ wierzysz? W regułę celibatu, nieomylność papieŜa i w skrzaty? Tam jest Niebo i Stwórca, nie Kościół i hierarchowie. Ze względu na powagę miejsca, staramy się unikać rzeczy infantylnych. - Unikać infantylnych?... Dobra. A twoje słuŜbowe ubranie? - Skrzydła? Tam ich nie noszę. A tak szczerze, to czy bez skrzydeł pokapowałbyś, tak z miejsca, kto ja jestem? No więc, trochę się jednak przydają. Czasem trzeba pasować do wyobraŜeń o... A zresztą, z tobą teŜ gadam inaczej, niŜ gadałbym ze Stephenem Hawkingiem. Bez urazy. - Nie ma hierarchów? - zwątpiłem (jak dla mnie, facet mówił zbyt wiele i zbyt szybko). - W Niebie? - Znaczy tych... biskupów? - przyhamował. - Są jacyś. Ale w cywilu. Nie musisz pić z biskupami. Dawaj, chłopie, do Nieba. Pomilczałem trochę, pomedytowałem. - Tylko jedno pytanie, ostatnie. - Ostatnie? - Ostatnie - przyrzekłem. - Wal, chłopie. - Czy ona tam jest? Zmartwił się. - Twoja Ŝona? Nie. Nie ma. - A gdzie jest? - No... ateistka. Wiadomo. - Nic juŜ nie wiadomo - powiedziałem. - Na chuj mi to twoje Niebo? - Czekaj. - Idź juŜ. Idź, bo kopnę cię w dupę, przysięgam. Ujął nos w dwa palce i przez chwilę coś kombinował. - No dobra - powiedział wreszcie. - Czasu mamy od cholery i trochę. No dobra, przyjdę później. Nie zamierzał znikać ani frunąć. Odszedł zupełnie normalnie. Ale jeszcze przystanął i powiedział: - Chłopie, ja cię przepraszam. Zupełnie niepotrzebnie się wciąłem. - Co prawda, t...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.