Frazier T. M. - King

Dla Charley i Logana Podziękowania Na początku chciałam podziękować wszystkim moim czytelniczkom za c - pdf za darmo

32 downloads 24468 Views 2MB Size

Recommend Stories


T M Frazier (King 6) Preppy, Part Two (ang)
T.M. FRAZIER Copyright 2017 T.M. FRAZIER Table of Contents Title Page Copyright Page ABOUT THIS BOOK - pdf za darmo

T M Frazier The Dark Light of Day (ang)
THE DARK LIGHT OF DAY T.M. FRAZIER ACKNOWLEDGMENTS THANK YOU FIRST AND FOREMOST to Tess Thompson, if - pdf za darmo

Story Transcript


Dla Charley i Logana

Podziękowania Na początku chciałam podziękować wszystkim moim czytelniczkom za cierpliwość. Kocham Was wszystkie bardzo mocno. Dziękuję za to, że dzięki Wam moje marzenie się spełniło, a rzeczywistość jest cudowniejsza, niż sobie wyobrażałam. Dziękuję, że byłyście ze mną. Chcę podziękować Karli Nellenbach za to, że zadbała, by moje słowa wyglądały ładniej i przede wszystkim miały jakiś sens. Specjalne podziękowania kieruję do Aurory Rose Reynolds za wsparcie i czytanie Kinga od samego początku. Jestem zaszczycona, mogąc mieć taką przyjaciółkę jak Ty. Dziękuję autorom blogów, tych małych i tych dużych, za wspieranie mnie od samego początku. Nie wiem, gdzie bym bez Was była. Jestem wdzięczna Aestas, TRSoR, LitSlave i wielu, wielu innym. Serdeczne podziękowania dla Milasy, mojej książkowej bratniej duszy. Jest jeszcze tyle gorących książek do przeczytania, a tak mało czasu. Dziękuję Joannie Wylde za ofiarowaną mi pomoc i mądrość. Już zawsze będę Ci wdzięczna za dobre rady. Dziękuję mojej agentce, Kimberly Brower, za to, że we mnie uwierzyła i była cierpliwa. Dziękuję bardzo Andree Katicowi, że był fenomenalnym modelem do okładki Kinga, i Chocolate-Eye Photography za zrobienie tego wspaniałego zdjęcia. Dziękuję mojemu cudownemu mężowi i mojej pięknej córeczce. Bez Was nie dałabym sobie rady i nie chciałabym robić tego, co robię.

Prolog King Dwanaście lat temu No chodź, ty pieprzony pedale! Jesteś małym, ciotowatym pedałem! Już nieraz widziałem, jak dzieciaki w mojej szkole znęcały się nad słabszymi, jednak nigdy nie czułem potrzeby, by się wtrącić. Jeśli dzieciak nie miał jaj, żeby się komuś postawić, to zasługiwał na to, co mu się przytrafiło. Tego ranka podjąłem decyzję i na dobre odszedłem z domu. Obecny chłopak mojej matki znów używał jej jako worka treningowego. Tylko że tym razem, gdy się wtrąciłem i chciałem jej pomóc, ona odepchnęła mnie, a w dodatku jeszcze broniła tego gnoja. Powiedziała, że na to zasługiwała. Nawet zaczęła go przepraszać. Nienawidziłem jej za to. Stała się słaba. Pozwoliła, by ją tak traktował. Tak bardzo chciałem się wyżyć na twarzy Johna, że podczas przerwy w szkole siedziałem gdzieś na uboczu, zaciskając i rozluźniając pięści, cały czas na nowo odtwarzając w głowie ten poranek. Może i nie wygrałbym w walce przeciwko dorosłemu mężczyźnie, ale byłem przekonany, że mógłbym mu chociaż wyrządzić znaczną krzywdę. Więc gdy usłyszałem, jak ktoś wykrzykuje te obelgi na boisku, poczułem się tak, jakby mój gniew podjął za mnie decyzję. Zanim się zorientowałem, przebiegłem przez piaskownicę i znalazłem się przy grupie kolegów stojących na uboczu, niedaleko pola kickballowego. Byłem znacznie wyższy niż dzieciaki z mojej klasy, więc z łatwością dostrzegłem ponad ich głowami, co się tam działo. Pośrodku kręgu stał brutal imieniem Tyler. To ciemnowłosy typ, który zawsze nosił koszulki z logosami zespołów i z wystrzępionymi rękawami. Trzymał za kołnierz chudego chłopaka i raz po raz wymierzał mu ciosy w twarz pięścią. Młody jęczał przy każdym uderzeniu. Wtedy koszula chudzielca się uniosła i zobaczyłem jego blady brzuch pokryty siniakami w kolorach fioletu i żółci. Jego żebra wystawały tak bardzo, że mógłbym je policzyć. Z nosa kapała mu krew. Przepchnąłem się między dwiema dziewczynami, które kibicowały Tylerowi. Dzieciaki potrafią być cholernie okrutne. Dorośli również. Skoczyłem i znalazłem się przed Tylerem, zaciskając dłoń w pięść. Powaliłem go jednym ciosem w szczękę. Chłopak upadł tyłkiem na ziemię, a potem uderzył głową o chodnik i stracił przytomność.

Od razu poczułem się lepiej, chociaż potrzeba przemocy zawsze była jak szczur, który przegryzał się przez wszystkie moje myśli i emocje – uderzenie Tylera tylko częściowo przytłumiło mój gniew. Zmieniło ogień w mały płomyk. Spojrzałem na chudego dzieciaka, który leżał na ziemi i trzymał się za krwawiący nos. Odsunął ręce od twarzy i uniósł głowę, uśmiechając się do mnie szeroko i głupkowato. Jego pokryte krwią zęby były zbyt duże w stosunku do twarzy. Nie takiej reakcji spodziewałem się po kimś, kto właśnie został pobity. – Nie musiałeś mnie ratować. Po prostu pozwalałem mu zadać kilka ciosów, zanim sam bym mu przyłożył. – Jego głos załamał się na tym kłamstwie. Po twarzy spłynęły mu łzy, zatrzymały się na zakrwawionych ustach. Dzieciaki stojące w kręgu zaczęły się rozchodzić, wróciły do grania w kickball. – Nie uratowałem cię – odparłem i obszedłem go, a potem ruszyłem przed siebie. Dogonił mnie, gdy byłem już przy piaskownicy. – Oczywiście, że nie. Bez problemu dałbym sobie z nim radę. Ale, cholera, gościu, ten pieprzony kretyn ma coś nie tak z głową – oznajmił, wyrzucając ręce w powietrze. Musiał truchtać, by nadążyć za moimi długimi krokami. – Och, naprawdę? A to dlaczego? – zapytałem. – Bo chciał, żebym zrobił za niego wszystkie ćwiczenia z matematyki. Ale coś ci powiem, nie jestem niczyją suką. Więc kazałem mu się odpierdolić – stwierdził przytłumionym głosem, bo wciąż trzymał się za nos, próbując zatamować krwawienie. – Powiedziałeś mu, żeby się odpierdolił, i wtedy zaczął cię bić? – zapytałem, chociaż nie było mi ciężko w to uwierzyć. Poza sytuacją między mną a Johnem zazwyczaj to drobiazgi wyprowadzały mnie z równowagi, a wtedy pięść aż mnie świerzbiła, bo tak bardzo chciałem w coś uderzyć. Dzieciak prychnął pod nosem. – Cóż, najpierw powiedziałem to… a potem wspomniałem coś o tym, jaka to wspaniała okoliczność, że jego ojciec nie ma nic przeciwko, iż jego syn i kasjer z Price Martu są podobni do siebie jak dwie krople wody. – Otrzepał łokcie z brudu, po czym wytarł dłonie o swoje pomięte spodnie khaki. – Nazywam się Samuel Clearwater. A ty? Zatrzymałem się i obróciłem w jego stronę. Wyciągał w moją stronę dłoń, więc ją uścisnąłem. Jak na tyczkowatego gościa w moim wieku ubierał się i zachowywał jak ordynarny dziadek, ktoś zbyt stary, by przejmować się czymś takim jak cenzurowanie swoich wypowiedzi. A poza tym jaki jedenastolatek chciał komuś ściskać dłoń? Najwyraźniej taki jak Samuel Clearwater. – Brantley King – odparłem. – Masz dużo przyjaciół, Brantleyu King? – Niesforne włosy Samuela w kolorze piaskowy blond opadły na jego czoło, a on odgarnął je brudnymi

palcami. – Nie. – Żaden dzieciak w tej szkole nie był jak ja. Od pierwszego dnia przedszkola czułem się samotny. Podczas gdy inni uczyli się słów piosenek w stylu Pan McDonald, ja się zastanawiałem, jak długo po zmroku będę musiał czekać, aż wrócę do domu. Gdyby matka przychodziła po mnie za wcześnie, jej ówczesny facet byłby od razu gotowy do awantury. Zawsze siedziałem sam i to wydawało mi się normalne. Z czasem nawet zacząłem lubić samotność. Mimo bycia największym chłopakiem w szkole udawało mi się poruszać niczym duch. A przynajmniej dopóki nie zacząłem wpadać w tarapaty. A potem obaj wpadaliśmy w kłopoty. Preppy i ja. Dwójka uczniów, którzy zachowywali się jak młodzi przestępcy. – Ja też nie. Więcej zachodu, niż są tego, kurwa, warci – odparł Samuel i brzmiał niemal przekonująco. Wsunął swoją za dużą koszulę w spodnie i poprawił szelki, które spadały z jego ramion niemal co chwilę, a potem wyprostował żółtą muszkę w kropki. – Skąd masz tamte siniaki? – zapytałem, wskazując na jego żebra. – Widziałeś je, co? – Na jego twarzy zagościł smutek, jednak po chwili chyba przestał o tym myśleć i wydął wargi. – Ojczym z piekła rodem, ma problem, odkąd zmarła moja mama. A właściwie to dwa problemy, mnie i piwo. Ale piwo przynajmniej lubi. Mnie? Nie bardzo. Rozumiałem go. Chociaż sam nie miałem ojczyma, co najwyżej nieustanną paradę mężczyzn, którzy przychodzili do mojego domu i z niego wychodzili. Mieli inne imiona, twarze, ale poza tym nie różnili się specjalnie. – Cóż, nie sądzę, by Tyler znowu cię dręczył. – Ruszyłem, kierując się do mojego miejsca z boku budynku, gdzie mogłem być sam. Kątem oka dostrzegłem, że Tyler kuśtyka w stronę schodów prowadzących do szkoły, zaciskając mocno szczękę. Pizda. – I to wszystko? – Samuel podążył za mną, depcząc mi po piętach. – A co jeszcze zostało? – Pochyliłem się pod nisko wiszącą gałęzią drzewa. Samuel był mniejszy ode mnie przynajmniej o trzydzieści centymetrów, więc przeszedł pod nią z łatwością. Kiedy oddaliliśmy się wystarczająco od innych dzieciaków, zapaliłem połówkę papierosa, którego trzymałem w kieszonce plecaka. Użyłem do tego ostatniej zapałki z pudełka ukrytego w bucie. – Mogę spróbować? – Wzdrygnąłem się, zaskoczony nie tyle pytaniem, co bliską obecnością Samuela. Podałem mu papierosa, a on zaciągnął się głęboko. Potem przez dobrych pięć minut krztusił się dymem. Odłożyłem peta na podeszwę mojego buta i patrzyłem, jak twarz mojego towarzysza przybiera dziwny purpurowy odcień, a potem znów robi się blada, pokryta piegami i krwią.

– Kurwa, naprawdę niezłe, ale ja wolę mentolowe. Wybuchnąłem śmiechem, zginając się wpół. Samuel zignorował moją reakcję i mówił dalej. – Gdzie mieszkasz? – Tu i tam. – Tak naprawdę nie mieszkałem nigdzie. Nie miałem zamiaru wracać do domu. Już nigdy. Za dnia chodziłem do szkoły. Przed lekcjami będę się zakradał do szatni, by wziąć prysznic, a potem korzystał z darmowych śniadań, które oferowali w budzie. Wszystko, co posiadałem, trzymałem w swoim plecaku. Był dość lekki. – Ja mieszkam w Sunny Isles Park. Pieprzone zadupie. Kiedy dorosnę, kupię sobie jeden z tych wielkich domów na wodzie, które stoją w niej na długich nogach. Taki dom, co wygląda jak ze Star Wars. – Chodzi ci o palafit? – Tak, pieprzony dom na wodzie jak ze Star Wars, ale tutaj, tuż obok zatoki. – Ten chłopak mieszkał w przyczepie kempingowej, gdzie bił go ojczym, a stał tutaj i śnił o swojej przyszłości. Ja nie potrafiłem nawet się domyślić, co czeka mnie za tydzień, a co dopiero za dziesięć lat. – A ty, stary? – Co ze mną? – Wyjąłem scyzoryk z kieszeni dżinsów i użyłem go, by wydłubać odpadający tynk ze ściany budynku. – Co będziesz robić, gdy dorośniesz? Byłem pewny tylko tego, czego nie chciałem robić. – Nie myślałem o tym. Wiem tylko, że nie chcę dla nikogo pracować. Nigdy nie lubiłem, gdy ktoś mi mówił, c...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.