Graham Masterton-Dziecko ciemności.pdf

GRAHAM MASTERTON DZIECKO CIEMNOSCI Przełożył MICHA£ WROCZYńSKI PRIMA Tytuł oryginału: THE CHOSEN CHILD - pdf za darmo

14 downloads 19552 Views 2MB Size

Story Transcript


GRAHAM

MASTERTON DZIECKO CIEMNOSCI Przełożył MICHA£ WROCZYńSKI

PRIMA Tytuł oryginału: THE CHOSEN CHILD Rozdzial pierwszy - Ostatniego buziaka -- powiedział, kiedy jej autobus ze zgrzytem kół zatrzymał się na przystanku. Wcią ż jeszcze nie dowierzał własnemu szczęściu. Roześmiała się i szybko cmoknęła go w policzek. Już ruszała w stronę otwartych drzwi autobusu, ale chwycił ją za rękę i próbował na chwilę zatrzymać przy sobie. - No, dosyć tych czułości! — warkną ł kierowca. — Nie będę tu stać całą noc! Drzwi zamknęły się z ostrym sykiem sprężonego powietrza. Jan został na krawężniku, a otoczony chmurą spalin autobus z rykiem ruszył w stronę Mokotowa. Przez ułamek

5/960

sekundy Kamiński widział jeszcze machają cą mu ręką Hankę, lecz autobus szybko włą czył się w ruch uliczny i zasłoniły go inne samochody. Na przystanek przyczłapała ciężkim krokiem niska, tęga, spocona i zasapana kobieta w chustce na głowie. - Sto trzydzieści jeden odjechało? -- zapytała z pretensją , jakby to z winy Kamińskiego autobus odjechał bez niej. - Niech pani się nie martwi. Za pięć, dziesięć minut będzie następny. - £atwo panu mówić! — zaoponowała. — Jest gorzej niż za komuny! Położył jej dłoń na ramieniu i rozcią gną ł usta w olśniewają cym uśmiechu gwiazdora filmowego. - Doką d pani jedzie? — zapytał. - Na Czerniakowską . Co to pana obchodzi?

6/960

Odwrócił się do niej plecami, przykucną ł, wycią gną ł za siebie ręce i powiedział: - Niech pani wskakuje. Zaniosę panią na barana. To kobiecinę rozwścieczyło jeszcze bardziej. - Idiota!* — parsknęła. — Za kogo mnie pan masz? Już ja panu wskoczę! Ale tego wieczoru Jan Kamiński był w tak doskonałym nastroju, że nic nie mogło zburzyć pogody jego ducha. Zostawił pieklą cą się kobietę na przystanku i pewnym siebie, niespiesznym krokiem kogoś, komu wszystko w życiu układa się nad podziw dobrze, ruszył Marszałkowską na pomoc. Minęła dziewią ta, nastał ciepły choć wietrzny sierpniowy wieczór, centrum Warszawy było zatłoczone, gwarne i rzęsiście oświetlone. Jezdnią pędziły taksówki o rozklekotanych zawieszeniach, niezbyt zatłoczone autobusy wypuszczały w wieczorne powietrze kłęby spalin i kierowały się na ¯oliborz, Wolę lub za Wisłę, na Pragę. Wiatr roznosił strzępy gazet, które plą tały

7/960

się pod nogami ludzi posuwają cych się wzdłuż jaskrawo oświetlonych witryn sklepowych w Alejach Jerozolimskich. Tego popołudnia producent Zbigniew Dębski poinformował Kamińskiego, że zatwierdzono jego pomysł na nowy cotygodniowy program satyryczny i Radio Syrena zamierza podnieść mu pensję do dziewięciuset pięćdziesięciu złotych miesięcznie. Tak zatem Jan będzie mógł odkładać na samochód, a jednocześnie robić to, co najbardziej lubi i najlepiej umie: pisać zjadliwe, skandalizują ce felietony o aferach politycznych. Zbyszek postawił Kamińskiemu z tej okazji wódkę i kupił całe pudełko herbatników w czekoladzie. Na szczęście nie próbował Janka ściskać i całować, co stanowiło jego ulubiony proceder towarzyski. Dębski miał wą sy ostre jak krzewy jeżyn i wydzielał trochę świński zapach. Ale najbardziej Kamińskiego uradowała wiadomość, że Hanka zgodziła się w końcu z

8/960

nim zamieszkać (oczy dziewczyny błyszczały wstydliwie na myśl o tak śmiałej decyzji). W sobotę zamierzał pożyczyć półciężarówkę od Henia, swego znajomego, i przewieźć rzeczy dziewczyny z domu jej rodziców na ulicy Goworka do swego nowego mieszkania, którego okna wychodziły na Wisłę i most ślą sko-Dą browski. Zdawał sobie sprawę, że matka Hanki będzie bardziej niż niezadowolona z takiego obrotu sprawy, bo jej córka oddawała do domu większość zarabianych pieniędzy. Hanka, choć zrobiła doktorat z mikrobiologii, pracowała jako kierowniczka działu odzieżowego w domu towarowym „Sawa" * Kursywą wyróżniono te polskie słowa, które w oryginale autor napisał po polsku. i miesięcznie zarabiała prawie tyle co on: sześćset pięćdziesią t złotych. Matka niechybnie będzie żałować pieniędzy, ale nie może zaprzeczyć, że on i jej córka pasują do siebie jak ulał. Oboje mieli po dwadzieścia

9/960

pięć lat, oboje lubili kapele Biur i REM, lubili tańczyć i bywać w nocnych klubach, uwielbiali pizzę i całonocne rozmowy o tym, co zrobią , kiedy Janek stanie się już sławny. Oboje potrafili z byle powodu wybuchać niepohamowanym śmiechem. Różnili się wyłą cznie płcią i aparycją ; Hanka była blondynką o okrą głej buzi i nieco pulchnej sylwetce, Jan chudym jak tyczka młodzieńcem o ciemnych, krótko obciętych włosach i brwiach przypominają cych namalowane przez dziecko dwa gawrony unoszą ce się nad kartofliskiem. W każdym razie on tak to widział. Nad Marszałkowską sterczał Pałac Kultury i Nauki —- olbrzymi, wysoki na dwieście trzydzieści metrów pomnik stalinowskiej architektury z trzema tysią cami pomieszczeń; zupełnie jakby kucharz przygotowują cy imponują ce torty weselne postanowił zaprojektować rakietę kosmiczną . Budowla w dzień była szara, a w nocy ką pała się w posępnym, bursztynowym świetle.

10/960

Jan dotarł do rogu Królewskiej i przystaną ł przy przejściu dla pieszych. Nie opodal rozrabiała grupa małolatów. Nastolatki przekazywały sobie flaszkę wódki i puszki z 7-Up, a jeden z nich, akompaniują c sobie na gitarze, wą tłym dyszkantem zawodził Born in the USA. Większa część rogu ogrodzona była wysokim płotem z pomalowanych na czerwono desek. Przy Marszałkowskiej postawiono olbrzymią tablicę, na której widniał projekt dwunastopiętrowego hotelu -- wysokiej, smukłej kolumny ze szkła i nierdzewnej stali — a pod nim napis: „Warszawski hotel Senacki. Wspólne Przedsięwzięcie Senate International Hotels i Banku Kredytowego Yistula". Jeszcze przed miesią cem wznosił się w tym miejscu stary orbisowski hotel Załuski, relikt najgorszych lat komunizmu, oferują cy gościom obskurne pokoje, nędzne jedzenie i nieuprzejmą obsługę. W swym cyklicznym programie radiowym Jan nazwał

11/960

go Heartbre-ak Hotel*. Teraz jednak całe centrum Warszawy zostało odrestaurowane, pojawiły się wielkie, eleganckie sklepy z przeszklonymi witrynami i nowe wytworne biurowce. Na placu Trzech Krzyży ukończono niedawno budowę Sheratona; następny miał być hotel Senacki. Zapaliły się zielone światła i Kamiński miał właśnie wkroczyć * Hotel Złamanego Serca — aluzja do tytułu wielkiego przeboju Elvisa Presleya. na jezdnię, kiedy dobiegł go cichy, ale bardzo przenikliwy wrzask. Zatrzymał się, odwrócił i zaczą ł nadsłuchiwać. Rozbawiona grupa małolatów ruszyła hurmem przez jezdnię. — Hej, słyszeliście...? Ale do nich nie dotarło nawet jego wołanie, więc co mówić 0 odległym wrzasku?

12/960

Czekał. Nagle wydało mu się, że słyszy kolejny krzyk i jeszcze następny, ale przejeżdżają cy z rykiem autobus skutecznie wszystko zagłuszył. Kamiński nabrał przekonania, że wołanie dobiega zza pomalowanych na czerwono desek płotu ogradzają cego plac budowy. Przypominało to krzyk kobiety albo dziecka. Ruszył wzdłuż ogrodzenia, próbują c zajrzeć na teren przez szpary. W deskach było wprawdzie kilka dziur po sękach, ale znajdowały się trochę za wysoko i dostrzegł przez nie jedynie lampę łukową , która zapewne miała palić się przez całą noc 1 oświetlać plac budowy. W końcu dotarł do prowizorycznej bramy. Kiedyś prawdopodobnie zamykano ją na kłódkę, teraz jednak skręcono ją kawałkiem bardzo grubego drutu. Jan stał, spoglą dał na bramę i zastanawiał się, co powinien zrobić. Jeśli za płotem rzeczywiście ktoś potrzebuje pomocy, należałoby tam zajrzeć. A może nie? Może wystarczy tylko

13/960

wykręcić numer dziewięćset dziewięćdziesią t siedem i wezwać policję? Jak zwykle w takich wypadkach w zasięgu wzroku nie było ani jednego policjanta. Dostrzegł jedynie zbliżają cego się krępego mężczyznę w niebieskim mundurze, czapce z daszkiem i z aktówką pod pachą . - Przepraszam pana — zaczepił nieznajomego. — Wydaje mi się, że za płotem dzieje się coś niedobrego. Słyszałem krzyk. Mężczyzna przystaną ł i niezdecydowanie dotkną ł dolnej wargi. Sprawiał takie wrażenie, jakby nie rozumiał po polsku. - Dobiegły mnie dwa lub trzy krzyki — wyjaśniał Jan. -Przypominało to wołanie dziecka. Mężczyzna przyłożył do ucha zwiniętą dłoń i po chwili potrzą sną ł głową . — Nic nie słyszę.

14/960

- Nie wiem, co mam robić. Pan nosi mundur... - Pracuję w Pałacu Kultury. Jestem portierem. Oświadczywszy to, odczekał jeszcze chwilę, po czym wzruszył ramionami i odszedł. - Proszę pana! — zawołał za nim Kamiński. — Ja wejdę za bramę... proszę zadzwonić na policję! 8 Nie był nawet pewien, czy mężczyzna go usłyszał. Pracownik Pałacu Kultury, nie zwalniają c kroku, dotarł do skrzyżowania i skręcił w Królewską . Niech cię szlag trafi! — pomyślał Jan. Dzięki za pomoc. Próbował rozkręcić gruby i sztywny drut. Ktokolwiek go tam zamocował, musiał to zrobić za pomocą obcęgów. W pewnej chwili, mozolą c się z rozplataniem drutu, Kamiński rozcią ł sobie

15/960

boleśnie kciuk, ale owiną ł go tylko chusteczką i w dalszym cią gu walczył z bramą . Na chwilę zatrzymało się przy nim kilku przechodniów, popatrzyli, co robi, ale nikt nie zaofiarował mu pomocy. Zainteresował się nim dopiero jakiś młodziak z długimi, sterczą cymi we wszystkie strony włosami oraz sypią cym się bujnie, choć jedwabistym jeszcze, czarnym wą sem. Miał na sobie dżinsy, kurtkę z denimu i palił marlboro. - Marnujesz tylko czas, człowieku — odezwał się nonszalancko. — Już kilka tygodni temu wszystko stą d rozszabrowali. Jan popatrzył w jego stronę. - Wydawało mi się, że kogoś tam słyszałem. Jakieś krzyki. - Zapewne koty. - Może, ale chcę sprawdzić. - Myślałem, że zamierzasz coś zwędzić. Ja tam znalazłem stary mosiężny piecyk. Puściłem go za cztery bańki.

16/960

Jan z godnością wygładził klapy swej zamszowej, butelkowo-zielonej kurtki. - Czy wyglą dam na kogoś, kto zbiera śmieci? - A czy ja wiem? Różni zbierają . Pomóc? Młodziak wycią gną ł duży szwajcarski scyzoryk, wsuną ł grube ostrze miedzy sploty drutu i powoli zaczą ł je rozkręcać. - Dzięki — powiedział Jan. — Wspomnę o tobie w radiu. Młodziak popatrzył na niego ze zdumieniem i Kamiński wycią gną ł rękę. - Pracuję w Radiu Syrena,...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.