H E X

Thomas Olde Heuvelt HEX Tytuł oryginału HEX ISBN 978-83-8116-222-7 Copyright © 2016 Thomas Olde Heuvelt, by - pdf za darmo

5 downloads 81416 Views 2MB Size

Recommend Stories


375 -- Pz.Kpfw III Ausf E-H
375 -- Pz.Kpfw III Ausf E-H - pdf za darmo

Osprey X-Planes 06 - Bell X-2
BELL X-2 Peter E. Davies 6 X-PLANES 6 BELL X-2 Peter E. Davies SERIES EDITOR TONY HOLMES CONTENTS C H - pdf za darmo

X 2015
X 2015 - pdf za darmo

Story Transcript


Thomas Olde Heuvelt HEX Tytuł oryginału HEX ISBN 978-83-8116-222-7 Copyright © 2016 Thomas Olde Heuvelt, by arrangement with The Cooke Agency International, BookLab Ltd (Sp. z o.o.) and Uitgeverij Luitingh-Sijthoff, Amsterdam, The Netherlands. Originally published in Dutch bu Uitgeverij Luitingh-Sijthoff, Amsterdam, the Netherlands, and translated into English by Nancy Forest-Flier. All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 [email protected] www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści Okładka Strona tytułowa Strona redakcyjna Dedykacja Część 1 Część 2 Epilog Podziękowania

Dla Jacques’a Posta — mojego literackiego szamana

Część 1 Codzienne dziwactwa 1 Steve Grant obszedł parking za Market & Deli w samą porę, żeby zobaczyć, jak Katherine van Wyler znika pomiędzy kołami starej holenderskiej kataryny. Przez chwilę był przekonany, że padł ofiarą złudzenia optycznego, ponieważ zamiast upaść na ulicę, ciało kobiety jakby stopiło się w jedną całość z drewnianymi ozdobami, anielskimi skrzydłami i chromowanymi piszczałkami urządzenia. To Marty Keller cofnął katarynę, złapawszy ją za uchwyt, po czym, postępując według instrukcji Lucy Everett, zatrzymał mechanizm. Chociaż nie było słychać huku uderzenia, nigdzie też nie było widać śladów krwi, ludzie i tak zaczęli się zbiegać ze wszystkich stron, jak to ludzie z małego miasta, zawsze chętni obejrzeć następstwa nieszczęśliwego wypadku. Nikt jednak nie porzucił torby z zakupami, żeby pomóc kobiecie… ponieważ mieszkańcy Black Spring przede wszystkim hołdowali zasadzie, że nie należy zanadto mieszać się w żadne sprawy Katherine. — Nie zbliżać się! — krzyknął Marty, ostrzegawczo wyciągając rękę w kierunku małej dziewczynki podchodzącej niepewnym krokiem, którą w to miejsce przyciągnął bynajmniej nie dziwaczny wypadek, ale wspaniałość kolosalnej maszyny. Steve nagle zdał sobie sprawę, że to, co przed chwilą widział, w rzeczywistości wcale nie było wypadkiem. W cieniu pomiędzy kołami kataryny zobaczył bowiem dwie brudne stopy, pewnie stojące na trotuarze, i ubrudzony błotem rąbek spódnicy Katherine. Uśmiechnął się pobłażliwie sam do siebie: oczywiście, przywidzenie, iluzja. Dwie sekundy później na parkingu znowu zabrzmiały dźwięki Marsza Radetzkiego. Zwolnił kroku, zmęczony, lecz zadowolony z siebie, gdyż prawie kończył już dzisiaj długą trasę biegową: ponad dwadzieścia kilometrów wzdłuż granicy Parku Stanowego Bear Mountain do Fort Montgomery, a następnie w prawo wzdłuż rzeki Hudson do Akademii Wojskowej w West Point — którą ludzie z okolicznych miejscowości zwali po prostu Pointem — skąd wreszcie mógł zawrócić do domu. Z powrotem do lasu i przez wzgórza. Bieganie sprawiało, że dobrze się czuł, i to nie tylko dlatego, że było idealnym sposobem na pozbycie się z ciała napięcia, które nagromadziło się w nim w ciągu dnia, gdy prowadził lekcje w New York Med w Valhalli. W doskonały nastrój wprawiał go rozkoszny jesienny wiaterek wiejący poza miasteczkiem, tłoczący mu smakowite powietrze do płuc i unoszący zapach jego potu w kierunku zachodnim. Oczywiście trochę

zbyt intensywnie sobie to wmawiał. Z powietrzem w Black Spring też było wszystko w porządku, przynajmniej żadne analizy nie wskazywały, że może być inaczej. Muzyka skłoniła kucharza z Ruby’s Ribs do wyjścia zza grilla. Dołączając do pozostałych obserwatorów, popatrzył podejrzliwie na katarynę. Steve obszedł zgromadzonych ludzi, przecierając czoło przedramieniem. Kiedy dostrzegł, że na pięknie polakierowany bok urządzenia składają się szerokie drzwi wahadłowe, nie potrafił już stłumić uśmiechu. Instrument był w środku zupełnie pusty, od jednej osi po drugą. W ciemnym wnętrzu stała natomiast Katherine, aż w końcu Lucy zatrzasnęła drzwi i całkowicie ukryła ją przed wzrokiem ludzi. Teraz kataryna znowu była kataryną. I co najważniejsze, znowu grała. — A więc — powiedział cicho sam do siebie, ciężko oddychając i trzymając ręce oparte wysoko na biodrach — Mulder i Scully znowu naciągają ludzi na pieniądze. Niespodziewanie podszedł do niego Marty i uśmiechnął się. — Ty to powiedziałeś? Wiesz, ile kosztuje to urządzenie? Tyle, że każdy zarobiony cent ma dla nich znaczenie. — Ruchem głowy wskazał na katarynę. — Mimo że to jest absolutna podróbka. Replika kataryny ze Starego Muzeum Holenderskiego w Peekskill. Ale wygląda całkiem porządnie, co? A jednak to jest przecież zwykła przyczepa. Steve był pod wrażeniem. Teraz, gdy dokładnie przyjrzał się katarynie, zauważył, że — jakżeby inaczej — z zewnątrz urządzenie ozdobione jest byle jak rozmieszczonymi, ckliwymi figurkami z porcelany i byle gdzie ponaklejanymi wizerunkami koni stojących na tylnych nogach, no i jest też byle jak pomalowane. Piszczałki nie są powleczone prawdziwym chromem, lecz wykonane z polichlorku winylu w kolorze złotym. Nawet Marsz Radetzkiego zabrzmiał kiepsko: sztuczka dla prostych ludzi, zupełnie pozbawiona rozkosznego jęku wentyli albo trzasku perforowanych kart muzycznych, jakiego można by się spodziewać po instrumencie z minionych lat. Marty odczytał jego myśli i powiedział: — iPod z wielkim głośnikiem. Jeśli ktoś pomyli listy odtwarzania, zaraz usłyszymy heavy metal. — Brzmi jak jeden z pomysłów Grima. — Steve się roześmiał. — Aha. — Myślałem, że chodziło o to, by odwracać od niej uwagę. Marty wzruszył ramionami. — Znasz styl mistrza. — To jest przeznaczone tylko na publiczne występy — powiedziała Lucy. — Na targowisko albo na jakiś festiwal, pod warunkiem że uczestniczy w nim wielu przyjezdnych.

— Cóż, powodzenia — powiedział Steve z uśmiechem, gotowy do kontynuowania biegu. — Może jednak zbierzecie trochę forsy, jak się postaracie. Ostatnie półtora kilometra do domu przy Deep Hollow Road przebył swobodnym truchtem. Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem muzyki, przestał myśleć o kobiecie, którą dostrzegł w ciemności, kobiecie w brzuchu wielkiej kataryny, chociaż Marsz Radetzkiego wciąż rozbrzmiewał mu w głowie w rytm jego kroków. *** Steve wziął prysznic i zszedł na parter. Zobaczył, że Jocelyn siedzi przy stole jadalnym. Zamknęła laptopa. Z subtelnym uśmiechem na ustach, w którym zakochał się dwadzieścia trzy lata temu i który prawdopodobnie nie opuści jej aż do śmierci, mimo że miała już coraz więcej zmarszczek i worki pod oczami (kieszonki czterdziestki z plusem, jak mawiała), powiedziała: — No, dosyć już czasu poświęciłam moim chłopakom. Teraz kolej na mojego męża. Steve uśmiechnął się. — Kto to jest, przypomnij mi. Rafael? — Tak. I Roger. Za to zerwałam z Novakiem. — Jocelyn wstała i objęła go w pasie. — Jak minął dzień? — Jestem wykończony. Pięć godzin zegarowych wykładów i tylko dwudziestominutowa przerwa. Albo poproszę Ulmanna, żeby zmienił mi plan, albo podłączę się do jakiejś baterii. — Biedaczysko. — Jocelyn pocałowała Steve’a w usta, a on przycisnął ją mocno do siebie. — Hej, muszę cię ostrzec, że ktoś nas podgląda, panie rozochocony. Steve cofnął się i zmarszczył czoło. — Babcia — powiedziała Jocelyn. — Babcia? Przylgnąwszy znów do męża, Jocelyn ruchem głowy wskazała za swoje ramię. Steve popatrzył w tym kierunku, ku drzwiom do salonu. Rzeczywiście, w kącie pomiędzy kanapą a kominkiem, tuż przy wieży stereo — Jocelyn nazywała tę wieżę swoim limbo, ponieważ właściwie nie miała pojęcia, po co ją kupiła — stała nieruchomo drobna, zasuszona kobieta, chuda jak tyczka. Sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nie należała do tego pięknego popołudnia, oświetlonego złotym blaskiem słońca. Jej postać była ciemna, brudna, jakby należała już do nocy, która dopiero miała nadejść. Jocelyn okryła głowę staruszki starą ścierką do naczyń, nie można więc było dostrzec jej twarzy. — Babcia — powiedział Steve w zamyśleniu. Ale po chwili zaczął się śmiać. Nie potrafił się powstrzymać: ze ścierką na

głowie stara kobieta wyglądała dziwacznie i śmiesznie. Jocelyn zaczerwieniła się. — Wiesz, że przechodzą mnie ciarki, kiedy ona tak dziwnie na nas patrzy. Oczywiście jest ślepa, ale czasami mam wrażenie, że to bez znaczenia. — Od jak dawna tam stoi? Pytam, ponieważ zupełnie niedawno widziałem ją w mieście. — Od niecałych dwudziestu minut. Zjawiła się krótko przed tobą. — I bądź tu mądry. Widziałem ją na parkingu przy Market & Deli. Prawie włożyli jej na głowę jedną z tych nowych zabawek, pieprzoną katarynę. Ale muzyka chyba jej się nie spodobała. Jocelyn uśmiechnęła się i wydęła usta. — Cóż, mam nadzieję, że lubi Johnny’ego Casha, ponieważ akurat jego płyta była w odtwarzaczu, a wyciąganie ręki ponad nią, żeby włączyć ten sprzęt, to już i tak jest dla mnie zbyt wiele, dzięki. — Jesteś dzielna, madame. — Steve wsunął palce we włosy żony, przeciągnął nimi aż do jej szyi i znów ją pocałował. Otworzyły się drzwi z siatką przeciwko owadom i do jadalni wszedł Tyler. Miał ze sobą dużą plastikową torbę, którą wyraźnie było czuć chińskim jedzeniem na wynos. — Hej, nie chcę widzieć żadnego migdalenia, dobrze? — odezwał się. — Do piętnastego marca jestem jeszcze niepełnoletni i do tego czasu moja wrażliwa dusza nie zniesie widoku podobnych wybryków. Tym bardziej w mojej własnej rodzinie. Steve puścił oko do Jocelyn, która zapytała Tylera: — Czy to dotyczy także ciebie i Laurie? — Wolno mi przecież eksperymentować — odparł Tyler. Położył torbę na stole i ściągnął kurtkę. — Eksperymenty są dozwolone niezależnie od wieku. Tak mówi Wikipedia. — A mówi, jak my powinniśmy się zachowywać, w naszym wieku? — Pracować… gotować… podnosić moje kieszonkowe. Jocelyn szeroko otworzył...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.