Jacek Komuda Galeony Wojny Tom 1

===b1hsWGpc COPYRIGHT © BY Jacek Komuda COPYRIGHT © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2007 WYDANIE II - pdf za darmo

7 downloads 76592 Views 3MB Size

Story Transcript


===b1hsWGpc

COPYRIGHT © BY Jacek Komuda COPYRIGHT © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2007 WYDANIE II ISBN 978-83-7574-512-2

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba GRAFIKA NA OKŁADCE © Kovalenko Inna | Fotolia.com © Cevdet Gökhan Palas | istockphoto.com © Felix Möckel | istockphoto.com ILUSTRACJE Hubert Czajkowski REDAKCJA Dorota Pacyńska KONSULTACJA MERYTORYCZNA Tomisław „Rodion” Kucharzak WYDAWCA Fabryka Słów sp. z o.o. 20-607 Lublin, ul. Wallenroda 4c tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]

Plik cyfrowy został przygotowany na platformie wydawniczej Inpingo. Warszawa 2012 ===b1hsWGpc

Spis treści

Motto Dedykacja Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Przypisy Metryczka książki ===b1hsWGpc

Jeszcze nie jest pobity świetny okręt Rzeczpospolitej... Jacek Kowalski Psalm rodowodowy ===b1hsWGpc

Pamięci Augustyna Necla, znanego jako Chrysty Globus, bez którego kaszubskich baśni nigdy nie zostałbym pisarzem. Jacek Lech Komuda ===b1hsWGpc

Rozdział I Maszoperia Dahla

Statek na strądzie • Diabelska fluita • Krew na pokładzie • Pocałunek śmierci • Wizerunek niepospolity Zachariasza Knadego • Dwór pełen łotrów • Ich wszystkie kłamstwa i zdrady • Coelesti iungimur arcu, czyli złota Wenecja Północy

Wiosenny sztorm cichł, rozpadał się na pojedyncze porywy bezsilnego gniewu. Wiatr niosący grube krople dżdżu siekł twarze deszczem, zrywał kłęby piany ze szczytów fal piętrzących się niczym górskie zbocza, szamotał się wśród drzew na stromym brzegu. Ogromne bałwany rozbijały się z szumem i łoskotem na zdziczałym wybrzeżu Osetnika1. Przewalały się z hukiem na wąskim pasku plaży, za którą wznosił się, jak potężny mur, poszarpany uskok wybrzeża zarośniętego prastarym bukowym borem następnie przechodzącym w las przetykany prześwitami i polanami, na których plewiły się osty, turzyce i bodiaki. Jost wpatrzył się w morze, przesłonił ręką oczy, by nie raził go blask ognia rozpalonego na stromym brzegu, jego wzrok przemknął nad roztańczonymi grzywa mi fal. Daleko, wśród szarych zwałów chmur przedzierała się wąska czerwonawa łuna zachodzącego słońca. Na tle dalekiego

poblasku dostrzegł to, czego cała maszoperia2 wypatrywała niczym Dnia Zbawienia – wysmukły kształt rozpruwający fale obłym dziobem. Statek! Jost rzuciłby na szalę wagi Fortuny swojego parta i dołożyłby roczny połów bantek3, że była to flamandzka fluita. Ogromny stos rzucał migotliwy poblask; choć maszop stał tyłem do ognia, ciągle miał przed oczyma czerwonawą poświatę płomieni. Nie widział rzecz oczywista pawęży rufowej, jednak silnie zwężające się burty i trzy wysmukłe maszty pozwalały sądzić, że statek nie był galeonem, krejerem ani pinką – gdyż Jost nie dostrzegał ostro ściętej dziobnicy. Zapewne szyper płynął z Rygi lub Narwy, może z Königsbergu, choć maszop nie oddałby za to głowy. Fluita zbliżała się do brzegu gnana wiatrem i falami – zapewne pilot lub sternik brał ogień rozpalony przez maszoperię za światło wskazujące początek wodnego szoru, wiodącego aż do portu w Łebie i chwała za to Panu. Błądzenie było rzeczą ludzką, a w takich ciemnościach mógł zgubić drogę nawet bardzo doświadczony szyper. Jednak w tym wypadku cena pomyłki była równie wysoka, jak podniesione do ciosu topory kaszubskich piratów. Statek wszedł na mieliznę. Maszop nie widział, co działo się na pokładzie, bo fale i deszcz przesłaniały zdobycz przed jego drapieżnym wzrokiem. Jednak bez trudu mógł domyślić się wszystkiego. Strądowanie4 na Osetniku zawsze wyglądało tak samo. Pierwszy wstrząs... Później chwila przerwy. Stępka statku szoruje po mieliźnie, wiatr wpycha go coraz głębiej na piaszczystą łachę. Pokład dygoce wstrząsany paroksyzmami agonii, gdy fluita desperacko walczy o przetrwanie, ludzie walą się z nóg, źle przymocowane beczki toczą się po pokładzie, pęka maszt – lecą na pokład reje, liny i stengi. Jost polecił boskiej opiece dusze załogi. Zdawało mu się, że słyszy krzyki przerażenia, lamenty i modlitwy, gdy kadłub zadygotał, a klepki poszycia zatrzeszczały pod ciężarem statku.

Wreszcie fluita stanęła, lekko pochylona na bok. Zamarła daleko od brzegu, otoczona wieńcem fal. – Statek na strądzie! – rzekł Jost do reszty maszopów. – Pakowny orlog, fluita albo pinasa. Będzie ze sto łasztów frachtu! Ino załogi nie widzę. – Niech ich Smantk wezmie! Zagasić ogień, we diochle! – rzucił Gust Dahl, szyper i przywódca towarzystwa. Grube dębowe polana i kawały buczyny zasyczały polane wodą. Płomienie zachybotały zasypywane piaskiem; poczęły przygasać, przegrawszy skazaną z góry na porażkę walkę z ludzką przemyślnością. – Zbierać się knepi5! Chyże! Maszopi porwali się na nogi. Wszyscy zawzięci i chmurni jak morze podczas grudniowego sztormu. Jost widział ich ogorzałe gęby, przenosił wzrok z jednej postaci na drugą. Stali przy dogasającym ogniu – wielkie czerstwe chłopy w skórzanych buksach, w wępsach z rękawami, w mokrych świtach i granatowych sekniach; w ociekających deszczem mucach i kapeluszach na głowach. Zbrojni w szable, siekiery, pałasze, a gdyby one nie wystarczyły – w pistolety i półhaki ukrywane przed deszczem pod połami opończy. Szybko ruszyli na wybrzeże; znikli w wykrocie pod pniem buka powalonego w jednym z okrutnych, jesiennych sztormów, gdy niebo i woda łączyły się w szaleństwie na podobieństwo rozwścieczonych bestii. Zeszli ze stromego klifu, poszarpanego kłami morskich żywiołów niczym brzeg znoszonej sukni starego żebraka z Gduńska. A potem chmury rozstąpiły się i wzeszedł księżyc, rozświetlając dziki brzeg. W blasku miesiąca wyglądał niczym wybrzeże przeklętej wyspy, która nagle wynurzyła się z fal na środku legendarnego Morza Sargassowego, w dalekim Nowym Świecie, gdzie rozpadały się rozdarte galeony i karaki obrośnięte wodorostami. Wąski pasek piasku u podnóża wzgórz przypominał pobojowisko po walkach stolemów6, pełne

poskręcanych, połamanych drzew, kamieni i wodorostów przyniesionych falą przyboju. Gałęzie ogromnych buków zwalonych z wysokiego brzegu, podmytego morską falą, wyciągały się nad maszopami niczym kikuty powalonych olbrzymów, mokre i obwieszone wodorostami z niedawnego sztormu, niby kości trupa oblepione zbutwiałymi resztkami odzienia. Spod piasku prześwitywały szczątki kadłubów i klepki poszycia statków, które znalazły swój grób na mieliznach i głębiach Osetnika za sprawą maszoperii Dahla. Pod nogami chrzęściły muszle i kamienie wyrzucone falą przyboju. Bracia Strądowi zwani Stolemami, Mały Jeka, Mostnik i Szulist zepchnęli na wodę dwie łodzie skryte bezpiecznie w jarze. Wskakiwali do nich co tchu, ponaglani krzykami Dahla. Jost zajął miejsce na ławce, między maszopami. Pozostali chwycili za pojazdy7, zgięli się z wysiłku, prężąc ramiona w walce z wodnym żywiołem. Morze wciąż było wzburzone. Ogromna, postrzępiona fala podniosła wysoko w górę dziób pierwszej łodzi, tak iż przez krótką chwilę mierzył w zasnute chmurami niebo. Potem bat8 zwalił się w dół, zjechał po grzbiecie rozpędzonego bałwana w otchłań pełną wodnego pyłu, piany i wodorostów czepiających się burt, aby już za chwilę podźwignąć się z wysiłkiem na kolejnej sztormowej fali. Płynęli do statku. Maszopi napierali na pojazdy, dobywając ostatniego tchu z piersi. Jost sprawdził, czy nie zamokły zatknięte za pasem pistolety, zmacał pałasz przy boku, a potem przeżegnał się. Gdzieś na dnie jego duszy narastał lęk, bo nie miał pewności co do szczęśliwego zakończenia wyprawy, choć przecież nie była to ich pierwsza hanza. Odwiecznym, starodawnym zwyczajem betowizny, respektowanym nawet przez królów polskich, strądowych i wójtów, to, co rzuciła na brzeg fala przyboju, należało do Rebocy9. Tylko, że Dahl i jego maszopi potrafili dopomóc Fortunie; sprawić, by poza jantarem i deskami ze statków, rzucała na mielizny pinki, szkuty, fluity, a czasem

nawet całe galeony. Maszopi byli skrzętni i zapobiegliwi – nikt z ocalałych nie przeżył dotąd wejścia na strąd pod Osetnikiem. Ciała szyprów, majtków i bosmanów powierzali morskiej głębi, która nigdy nie wydawała swoich tajemnic. Jost oczyma duszy już widział to, co stanie się za chwilę; oglądał błysk opadających w dół zakrwawionych toporów, słyszał świst szabel i pałaszy, urywany trzask wystrzałów. Wrzaski, jęki i krzyki załogi, krew tryskającą na deski, rozpaczliwe prośby o miłosierdzie, którego nigdy nie dawali. Wiedząc, co ich czeka, począł modlić się, zrazu cicho, potem coraz głośniej: Boże, Oycze Niebiesky Jajem człowiek grzeszny Tobie ja swe grzechy wyznawam Z nich się winniem dawam

To wszystko miało się stać już za chwilę, gdy pozostali Reboce rzucą kotwiczki i haki, kiedy zaczną wspinać się po linach na pokład. Za nimi był mroczny, urwisty brzeg, a przed nimi... tylko piekło. Litanię Josta podjęli pozostali maszopi. I całe kaszubskoklekowskie towarzystwo wyrzekło jak jeden mąż: Zgrzeszieljem myli Panie Gryze mię me summienie Tak wiele grzechu mojego Jak piasku morskiego Ale te pociechę mam Łaskawego cię znam Przysiągłeś grzechy odpuścić Chto się zechce nawrocić.

Fluita siedziała na mieliźnie niczym nadmorski głaz. Postrzępione bałwany uderzały o burty w bezsilnej złości. Jost zdziwił się tylko, że załoga nie zrzuciła żagli – choć fok i grot

były sprzątnięte, wiatr wciąż szarpał postrzępionymi zrefowanymi marslami; wył wśród sztagów, topenantów i brasów, świszczał na nokach rei, wantach i szotach. – Chyże dreszi10 z Pónem Bogiem! Po szczęście i sławę! Jost przeżegnał się znowu, widząc wyniosły galion pod bukszprytem statku. To była morzeczka, niewiasta z obliczem kobiety, a ogonem ryby – panna wodna. Tak nazywano wiele statków, nawet pinki i galeony z floty królewskiej. Jednak dlaczego zamiast włosów na głowie ondyny wiły się węże szczerzące kły i wysuwające na wszystkie strony świata długie języki? Jost widział coś takiego po raz pierwszy. Poczuł chęć, aby od razu wypalić morskiej pannie w łeb z pistoletu albo przeżegnać się nabożnie. Co też uczynił... Bracia Stolemowie, Szulist i inni maszopi cisnęli linki z kotwicami na pokład fluity. Jost usłyszał głuche dudnienie...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.