Jay Kristoff - Wojna lotosowa 01 - Tancerze burzy

Kristoff Jay Tancerze Burzy Wojny Lotosowe Księga Pierwsza Naszym prapoczątkiem była Otchłań. Nieskończoność możliwo - pdf za darmo

11 downloads 8576 Views 2MB Size

Story Transcript


Kristoff Jay

Tancerze Burzy Wojny Lotosowe Księga Pierwsza

Naszym prapoczątkiem była Otchłań. Nieskończoność możliwości, nim życie wydało z siebie pierwsze tchnienie. W nicości zjawiło się tych dwoje: świetlisty pan Izanagi, Stwórca i Ojciec, i jego umiłowana małżonka, wielka Pani Izanami, Matka Wszechrzeczy. A z ich małżeńskiego szczęścia narodziło się ośmioro cudownych dzieci: Wyspy Shima. Księga Dziesięciu Tysięcy Dni yumo Widząc żelazną bojową pałkę spadającą na jej głowę, Yukiko wbrew sobie pożałowała, że nie posłuchała ojca. Odturlała się, gdy cios roztrzaskał na szczapy jej osłonę; płatki azalii opadały na ramiona oniego* niczym pachnący śnieg. Demon górował nad nią, wysoki na dwanaście stóp, od okutych żelazem kłów po długie ostre paznokcie. Cuchnął otwartym grobem i płonącymi włosami, jego skóra lśniła granatowo, pogrzebowe świece oczu zalewały las migotliwym blaskiem. Pałka, którą trzymał w ręku, była dwakroć dłuższa od samej Yukiko. Wystarczy jedno trafienie i już nigdy nie ujrzy samuraja o zielonych jak morze oczach. „Naprawdę to świetny pomysł w takiej chwili myśleć o chłopakach”, upomniała samą siebie. W pierś grzmotnął ją zawilgły od śliny ryk, płosząc chmarę wróbli z ruin świątyni za jej plecami. Błyskawica musnęła * Ważniejsze japońskie nazwy i terminy niewytłumaczone w tekście są objaśnione w słowniczku na końcu książki (przypis red. polskiej). chmury i w jej oślepiającym, momentalnym blasku Yukiko ujrzała całą scenę: niekończącą się dziką knieję, zagubioną szesnastolatkę i demona z Otchłani, gotowego roztrzaskać jej czaszkę. Odwróciła się i uciekła. Las ciągnął się we wszystkie strony: parujący gąszcz korzeni i poszycia, śmierdzący zgnilizną. Gałęzie smagały jej twarz i szarpały ubranie, deszcz i pot ściekały po skórze. Dotknęła pokrywającego prawą rękę tatuażu lisa, przesuwając w modlitwie palcami wzdłuż jego dziewięciu ogonów. Demon ryknął, widząc, jak mu umyka po korzeniach i pod konarami, coraz głębiej w dławiący upał. Krzyczała, wzywając ojca. Wołając Kasumi bądź Akihito. Kogokolwiek. Ale nikt się nie zjawił. Drzewa przed nią eksplodowały i runęły na boki, rozszczepione na pół cięciem olbrzymiego, długiego na dziesięć piędzi miecza. W deszczu wirujących liści pojawił się drugi oni. Twarz miał jak grobową maskę, w przekłutych wargach tkwiły zardzewiałe żelazne

pierścienie. Yukiko zanurkowała w bok, gdy olbrzymi miecz świsnął jej nad głową, ścinając część warkocza. Na suche liście powoli opadły kosmyki długich, czarnych włosów. Przeturlała się i właśnie zrywała z ziemi, gdy chwycił ją oni, szybszy niż mucha. Ohydny uchwyt sprawił, że krzyknęła. Teraz mogła odczytać bluźniercze symbole kanji wyryte na jego naszyjniku. Poczuła gorąco promieniujące z ciała. Pierwszy oni dołączył do nich, rycząc z radości. Ten, który ją schwytał, otworzył szeroko paszczę. Między zębami wił się czarny robak języka. Yukiko dobyła tantó i dźgnęła dłoń demona, wbijając w nią aż po rękojeść sześć cali skuwanej stali. Bryznęła czarna krew, która wrzała na jej skórze. Oni ryknął i cisnął dziewczyną o pobliski cedr. Czaszka Yukiko uderzyła z trzaskiem o pień i dziewczyna runęła na ziemię, bezwładna niczym szmaciana lalka. Zakrwawiony nóż wysunął się jej z palców. Ciemność sięgnęła, by ją pochłonąć, a ona rozpaczliwie ją odpychała. „Nie tak. Nie w ten sposób”. Śmiech pierwszego demona brzmiał w jej uszach niczym krzyki dzieci płonących na stosach Gildii na rynku. Jego ranny towarzysz warknął coś w mrocznej karykaturze języka, po czym ruszył naprzód, unosząc miecz, żeby z nią skończyć. Na ostrzu zalśniła błyskawica. Czas zwolnił biegu, gdy miecz zaczął opadać. Yukiko znów pomyślała o ojcu, z całych sił żałując, że choć raz w życiu nie zrobiła tego, co jej kazał. Niebem wstrząsnął grzmot. Z poszycia wypadło coś białego i wylądowało na plecach oniego. Wyglądało jak wir ostrych jak brzytwy szponów, metalicznych błękitnych iskier i bijących skrzydeł. Demon wrzasnął, gdy bestia rozdarła mu ramiona, śliskim od krwi dziobem wyrywając kawały mięsa. Pierwszy oni warknął i zamachnął się pałką, zataczając nią ze świstem szeroki łuk. Napastnik wyprysnął w powietrze, wokół rytmicznie uderzających skrzydeł tańczyły maleńkie wiry suchych liści i śnieżnobiałych płatków. Tetsubo demona trafiło jego towarzysza prosto w kark. Od uderzenia bojowej pałki pękła kość” kręgosłup oniego trzasnął niczym ciemne, mokre szkło. Demon runął na ziemię. Jego ostatni oddech, bryzgający parującymi czarnymi kroplami, owionął przerażoną twarz Yukiko. Bestia wylądowała niezgrabnie, wbijając w ziemię zakrwawione szpony. Oni zerknął na truchło towarzysza i przerzucił pałkę z ręki do ręki. Zawył, rzucając wyzwanie, uniósł broń i zaatakował. Zderzyli się, bestia i demon, razem runęli na ziemię i przeturlali się po niej w chaosie piór, płatków i krzyków. Yukiko otarła z oczu lepką czarną ciecz i próbowała zamrugać kilka razy, walcząc ze skutkami wstrząsu. Widziała rozmazane sylwetki tarzające się wśród suchych liści. Białe

kwiaty azalii pokryły ciemne plamy. Potem usłyszała chrzęst i zdławiony gulgot. Nagle zapadła całkowita, wszechogarniająca cisza. Znów zamrugała w gęstniejącym mroku. Krew pulsowała jej w oczodołach. Bestia wyłoniła się z cienia. Pióra miała zbryzgane czarną krwią. Zbliżyła się ku niej i pochyliła głowę, w jej gardle wzbierał warkot. Yukiko zaczęła macać na oślep w błocie i wśród mokrych liści, szukając swojego tantó. Świat wokół pociemniał. Mrok wzywał, rozkładając szeroko ramiona i obiecując koniec wszelkich strachów. Znów połączyłaby się z bratem. Porzuciłaby konającą wyspę i jej zatrute niebo. Po dziesięciu latach ukrywania, kim i czym jest, mogłaby w spokoju położyć się i w końcu zasnąć. Zamknęła oczy i pożałowała, że nie leży w ciepłym, bezpiecznym domu, opatulona w koce i nie wdycha sinoczarnego dymu z fajki ojca. Bestia otworzyła dziób i ryknęła. Huragan jej krzyku porwał ze sobą światło i wspomnienia. Zapadła ciemność. Dwa tygodnie wcześniej upalnym rankiem Yoritomonomiya, Seji Taishigun wysp Shima, wyłonił się ze swojej sypialni, ziewnął i oznajmił, że pragnie gryfa. Jego. leciwy majordomus Tora Hideo zastygł bez ruchu. Pędzelek do kaligrafii zawisł nad nakazami aresztowania piętrzącymi się w stosie na biurku. Dym z krwawego lotosu wznosił się smużką z kościanej fajki, którą trzymał w lewej dłoni. Poprzez jego mgiełkę Hideo, mrużąc oczy, spojrzał na swego pana. Mimo siedmiu lat spędzonych na stanowisku najwyższego mistrza Yoritomo zdarzały się chwile, gdy nie potrafił przeniknąć zamiarów szoguna. Ma się roześmiać czy też nie? Oto jest pytanie. - Panie mój? - odważył się w końcu zagadnąć. - Słyszałeś. Gryfa. - Mój pan ma na myśli posąg? Może pomnik, aby uczcić dwustulecie sławetnej Dynastii Kazumitsu? - Nie. Prawdziwego. Brew Hideo uniosła się zdradziecko. - Ależ panie mój... - Starzec odchrząknął. - Tygrysy gromu wymarły. Przez wysokie drzwi balkonowe do salonu przenikało brudne, opalizujące światło. W dołe ciągnęły się olbrzymie ogrody, pełne drzew, skarlałych i słabych mimo dziesiątków sług, którzy codziennie się przy nich krzątali. Z zieleni niczym mgła wznosił się słaby ptasi świergot: żałosne głosy legionu wróbli. Na prośbę szoguna ptaki dostarczano co miesiąc z północy, przycinając im skrzydełka, by nie mogły umknąć przed smrodem.

Niebo zasnuwały ciężkie dymne opary, wzmagając i tak morderczy upał. Gdy dziewiąty szogun z dynastii Kazumitsu wyszedł na balkon i spojrzał na swoją stolicę, z portu Kigen wystartował lotostatek i rozpoczął długą wędrówkę na północ, ciągnąc za sobą dławiący pióropusz sinoczarnych spalin. - Chodzący w chmurach twierdzą inaczej - oznajmił Yoritomo. Hideo westchnął w duchu i ostrożnie odłożył na bok pędzelek. Dym z jego fajki wznosił się ku sklepieniu: olbrzymiej kopule z obsydianu i pereł, skonstruowanej na podobieństwo czystego nocnego nieba z przeszłości. Jedwabna szata sukotai, którą przywdział, ciążyła mu nieznośnie za przyczyną licznych warstw złota i szkarłatu. Ponownie przeklął w myślach konieczność noszenia tego paskudztwa w czasie upałów. Kolana starca zatrzeszczały, gdy wstawał. Wciągnął w płuca kolejny haust lotosu, wpatrując się w plecy swojego pana. Yoritomo bardzo się zmienił w ciągu siedmiu lat, odkąd jego ojciec, szogun Kaneda, wyruszył odebrać niebiańską nagrodę. Teraz, w dwudziestej wiośnie życia, miał szerokie ramiona, masywną szczękę, długie, czarne włosy związane w męskim stylu. Jak nakazywał zwyczaj wszystkich wielkich rodów Shimy, w dniu trzynastych urodzin ozdobiono go pięknymi tatuażami. Po jego prawej ręce zbiegał potężny, groźny tygrys, na cześć opiekuńczego ducha klanu, na lewej imperialne słońce nad polem krwawego lotosu głosiło, że nosiciel jest szogunem Czterech Tronów Cesarstwa Shimy. Na oczach majordomusa wytatuowany tygrys zamrugał, na skórze swego pana poruszając. Przez wysokie drzwi balkonowe do salonu przenikało brudne, opalizujące światło. W dole ciągnęły się olbrzymie ogrody, pełne drzew, skarlałych i słabych mimo dziesiątków sług, którzy codziennie się przy nich krzątali. Z zieleni niczym mgła wznosił się słaby ptasi świergot: żałosne głosy legionu wróbli. Na prośbę szoguna ptaki dostarczano co miesiąc z północy, przycinając im skrzydełka, by nie mogły umknąć przed smrodem. Niebo zasnuwały ciężkie dymne opary, wzmagając i tak morderczy upał. Gdy dziewiąty szogun z dynastii Kazumitsu wyszedł na balkon i spojrzał na swoją stolicę, z portu Kigen wystartował lotostatek i rozpoczął długą wędrówkę na północ, ciągnąc za sobą dławiący pióropusz sinoczarnych spalin. - Chodzący w chmurach twierdzą inaczej - oznajmił Yoritomo. Hideo westchnął w duchu i ostrożnie odłożył na bok pędzelek. Dym z jego fajki wznosił się ku sklepieniu: olbrzymiej kopule z obsydianu i pereł, skonstruowanej na podobieństwo czystego nocnego nieba z przeszłości. Jedwabna szata sukotai, którą przywdział, ciążyła mu nieznośnie za przyczyną licznych warstw złota i szkarłatu. Ponownie

przeklął w myślach konieczność noszenia tego paskudztwa w czasie upałów. Kolana starca zatrzeszczały, gdy wstawał. Wci...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.