Jones James - Smak ryzyka

James Jones SMAK RYZYKA (PrzełoŜył: Robert Ginalski) Tytuł oryginału: A Touch of Danger Warszawa 1988 - pdf za darmo

7 downloads 27028 Views 2MB Size

Recommend Stories


WW II by James Jones
AVIBRANT HISTORY, A SEARING MEMOIR- DESTINED TO BECOME ONE OF THE GREATEST WAR BOOKSOF ALL TIME. WWII - pdf za darmo

Lab 1 Miary ryzyka
Laboratorium 1 Miary ryzyka 1. Ze strony http://bossa.pl/notowania/metastock/ Pobierz notowania WIG20 - pdf za darmo

Uzarczyk A. - Ocena ryzyka zawodowego
Uzarczyk A. - Ocena ryzyka zawodowego - pdf za darmo

Robert Sheckley - Cena Ryzyka
Robert Sheckley - Cena Ryzykawww.bookswarez.prv.pl Reader wysunal ostroznie glowe ponad parapet okna. - pdf za darmo

Story Transcript


James Jones SMAK RYZYKA (PrzełoŜył: Robert Ginalski) Tytuł oryginału: A Touch of Danger Warszawa 1988

Chciałbym, aby bogowie i śmiertelnicy porzucili waśnie i gorycz, co sprawia, Ŝe człowiek w gniew rośnie mimo umysłu potęŜnego; tę gorycz gniewu, co jak dym kłębi się w sercu człowieka i staje mu się daleko słodszą niŜ miód. Achilles w Iliadzie Homera

Rozdział 1

Taksówka, którą zabrałem się z ateńskiego „Hiltona” na przystań promu w Pireusie, z wyciem silnika pokonała ostatni ślimak nowej szosy i niczym zdesperowany obrońca wybijający piłkę spod nóg napastnika, wyhamowała ślizgiem przy wysokim krawęŜniku. Omal nie urwało mi głowy. Wgniecione dekle zazgrzytały o chropowaty grecki beton. Jeszcze się nie zatrzymaliśmy na dobre, a juŜ brzuchaty wąsacz wyskoczył zza kierownicy i wymachując rękami pędził na przystań, gdzie zbici w gromadkę oficerowie w białych mundurach odstawiali waŜniaków. Po drodze kazałem mu dodać gazu, tłumacząc, Ŝe jestem ciut spóźniony. Błąd. Licząc na suty napiwek, próbował teraz udawać, Ŝe osobiście wstrzymał odpłynięcie statku, by wsadzić mnie na pokład. Przez chwilę prostowałem kark, po czym wziąłem wysłuŜony trencz, kapelusz i teczkę, wysiadłem i skierowałem się do budki, która udawała kasę biletową. Kiedy rzuciłem: „Tsatsos”, urzędujący w tym piecu starzec wypisał mi bilet na róŜowym blankiecie i pokazał na palcach, ile drachm jestem mu winien. Dookoła nas równina Aten migotała z gorąca. Zdawało się, Ŝe budynki na tyłach przygotowanego pod budowę nowej szosy terenu dyszą ze spiekoty. U moich stóp kwadratowy trawnik, wpasowany w beton, rozpalony i szpetny, wręcz iskrzył się od skwaru. Samych Aten, Aten Sokratesa, Arystofanesa i Jackie Kennedy, nie było stąd widać. Wrócił taksówkarz. - W porządalu. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Szafa gra, szefie. Załatwione. - W bagaŜniku jest jeszcze moja walizka - powiedziałem. Wytrzeszczył oczy. Zapomniał o niej. Po chwili wrócił, krocząc z godnością, i pompatycznie wręczył walizkę cherlawemu starcowi w długim niebieskim fartuchu i niebieskiej czapce, który w oczach frajerów mojego pokroju miał uchodzić za tragarza. Zapłaciłem kierowcy. Dałem mu suty napiwek. Nie potrafię radzić sobie z cwaniaczkami, którzy udają, Ŝe zrobili dla ciebie więcej niŜ w rzeczywistości. NaleŜałoby się wprawdzie spodziewać, Ŝe uparty detektyw prywatny nauczy się, jak załatwiać takie sprawy, ale ja się nie nauczyłem. To pewnie jeden z wielu powodów, dla których stale byłem bez grosza przy duszy. Ruszyłem za starcem dźwigającym moją walizkę, mając nadzieję, Ŝe się z nią nie wykopyrtnie. Statek, przycumowany rufą do molo, łączyła z pomostem rachityczna, zbita ze

starych desek kładka, uginająca się przy kaŜdym kroku wsiadających pasaŜerów. Oficerowie z promu pędzili po niej trzódkę Greków, objuczonych papierowymi torbami i kartonami powiązanymi sznurkiem. Jeden z oficerów wziął mój bilet, rzucił na niego okiem i podał go następnemu. Ten zerknął na blankiet, oddarł perforowaną końcówkę i wręczył ją stojącemu za nim rabowi, a bilet przekazał trzeciemu z nich. Ten zaś obejrzał go sobie dokładnie, jak gdyby szukał na nim śladów kontrabandy, i oddał mi go z ponurym spojrzeniem. Tym sposobem stworzyli pracę dla trzech ludzi z czynności, przy której jeden facet miałby kłopoty z zabiciem czasu. Odpowiedziałem im równie ponurym spojrzeniem. Nie byli do tego przyzwyczajeni. Przeszedłem za starcem po chwiejnej kładce, balansując w rytm kołysania desek. Martwiłem się o starego. Ja sam zbyt długo i w zbyt wielu miejscach Ŝyłem na skraju załamania. Ale on był dobry. Trząsł się, lecz zachowywał swój skromny zapas energii. Zdeponował moją walizkę koło relingu, w przejściu i tak juŜ zawalonym dobytkiem innych podróŜnych - papierowymi torbami ociekającymi sokiem z rozpaćkanych owoców i pudełkami przesiąkniętymi od spodu roztopionym z gorąca cukrem. Jemu teŜ dałem suty napiwek. Zawsze byłem naiwny, jeśli chodzi o przesadne napiwki - w teorii powinno się dzięki nim zapaść ludziom w pamięć. Nie zauwaŜyłem jednak, Ŝebym miał z tego tytułu lepszą obsługę czy więcej uśmiechów. Malutka mesa, którą w końcu udało mi się odszukać w ryczącym, wrzeszczącym i szczekającym tłumie dorosłych, dzieci i zwierząt, okazała się całkiem miła. Niestety, opanowała ją grupa młodych, ekstrawagancko ubranych Anglików, którzy wyglądali na pedziowatych scenografów. Pod brezentową plandeką na głównym pokładzie znalazłem sobie zardzewiałe składane krzesło i usiadłem, opierając nogi o reling. Wkrótce syrena okrętowa zahuczała dwukrotnie i wypłynęliśmy. Za rufą port i równina rozmazywały się i zacierały w upalnej mgiełce. Tak zaczęły się moje darmowe miesięczne wakacje. JuŜ wtedy, jeszcze zanim wsiadłem na statek, czułem, Ŝe popełniam błąd, decydując się na tę sześciogodzinną podróŜ na wyspę Tsatsos. - Spodoba ci się tam - oświadczył mi pod koniec rozmowy Freddy Tarkoff, kiedy złapałem go telefonicznie w Nowym Jorku. Freddy Tarkoff był moim klientem. Moim bogatym klientem. Moim jedynym bogatym klientem. Freddy był zadowolony z roboty, którą wykonałem dla niego w Europie. - Włócz się po tawernach, pływaj, smaŜ się na plaŜy. Nic nie rób, bycz się na całego. Słyszałem, Ŝe polujesz pod wodą? - Kiedyś się w to bawiłem - przyznałem.

- To prezent ode mnie. Doceniam to, co zrobiłeś, Lobo. Wszystko juŜ załatwione. Jest tam moja przyjaciółka, która zorganizuje co trzeba i zaopiekuje się tobą osobiście. Hrabina Chantal von Anders. Powtórzyć nazwisko? Ton jego głosu sugerował delikatnie, Ŝe ich znajomość daleko wykracza poza zwykłą przyjaźń. - Poleciłem jej, Ŝeby stosowała się do wszelkich twoich Ŝyczeń. Wynajmie ci dom. I łódź z ekspertem od polowań podwodnych. - Zgoda, jadę. - Trochę się zająknąłem i wypadło to raczej blado, ale teŜ trudno mi było wykrztusić te słowa. Miewam przerosty ambicji. - Spodoba ci się tam - powtórzył. I tak znalazłem się tutaj. Pod wielkim brezentem rozlokowała się grupa hipisów, złoŜona głównie z Amerykanów oraz kilku Anglików. Ledwie odbiliśmy od brzegu, wyciągnęli gitary i z pięćdziesiąt butelek taniego czerwonego wina. Śpiewali ballady, zalewając się i skutecznie odpychając na bok wszystkich pasaŜerów, którzy znaleźli się w pobliŜu. Ich widok sprawił, Ŝe poczułem się stary. Usłyszałem, jak ktoś z nich powiedział, Ŝe teŜ płyną na Tsatsos. Ponuro zapatrywałem się na perspektywę spędzenia sześciu godzin w ich szampańskim towarzystwie. Sześć godzin drogi na Tsatsos. Nie powiem, miałem o czym myśleć. O robocie dla Freddy’ego. O moim Ŝyciu. O niedawnym rozwodzie. Nie chciałem myśleć o tych sprawach. Nie byłem zadowolony z roboty dla Tarkoffa ani w połowie tak jak on. Z róŜnych powodów. Ze swego Ŝycia takŜe nie byłem zadowolony, ale nie miałem pojęcia, co mógłbym w nim zmienić. A jeśli chodzi o rozwód, to sam nie wiedziałem, czy cieszę się z niego, czy nie. Tarkoff był dobrym przyjacielem. Wiedział niemało o moim Ŝyciu osobistym. Pewnie dlatego zorganizował mi te wczasy. Nie podobało mi się, Ŝe ktoś wie tyle o moim Ŝyciu osobistym. Poddałem się urokowi morza. W głębi głównego salonu znajdował się obskurny bar, który obsługiwało dwóch porywczych Greków przypominających Deana Martina i Jerry Lewisa. Zamówiłem tyle whisky, ile udało im się wlać do największej brudnej szklanki, jaką mieli na stanie, wróciłem i znów oparłem nogi o reling. Jak większość męŜczyzn z wielkiej środkowej części kontynentu amerykańskiego, tak i mnie ponosiła irracjonalna namiętność do morza. Opuściłem nogi, bez słowa pozwoliłem odepchnąć się w stronę dziobu bezceremonialnie rozszerzającemu się kręgowi hipisów i ponownie uniosłem stopy.

Przytłaczające słońce nad brezentem migotało na drobnych falach, rozbijając lustro wody na srebrną mozaikę. Znad powierzchni unosiła się wilgoć, tak gęsta, Ŝe tworzyła w powietrzu opalizującą mgiełkę i zabarwiała na róŜowo mijane statki i wyspy. Silniki promu dudniły przyjemnie w morskiej ciszy. Popijałem whisky. Miałem przed sobą aŜ nadto czasu na rozmyślanie o nieprzyjemnych sprawach. Takich, jak moje Ŝycie. Wsłuchany w dudnienie silników statku odpręŜyłem się, lecz nie powinienem był tego robić. Powinienem chwycić boję, wyskoczyć za burtę, zatrzymać jakiegoś przepływającego w pobliŜu trampa i wrócić do ateńskiego „Hiltona”, a stamtąd na lotnisko.

Rozdział 2

W ciągu tych sześciu godzin minęliśmy około dwudziestu wysepek, zatrzymując się na siedmiu z nich. Zewsząd wyrastały z morza wysokie, błękitne cyple. Bez mapy nie sposób było określić, co jest wyspą, a co górą na kontynencie. Dwa razy wędrowałem jeszcze z moją wielką brudną szklanką po dolewkę. Uznałem, Ŝe whisky zdezynfekuje szkło. Ostatecznie statek wziął kurs na czarny, przypominający grzbiet wieloryba przylądek dokładnie na wprost nas, a hipisi zaczęli pakować gitary i wyrzucać za burtę opakowania po kanapkach i puste butelki po winie. Przyglądałem im się. Dopiero co słyszałem, jak dyskutowali o zanieczyszczaniu środowiska. Jedyną cechą wyróŜniającą Tsatsos była zieleń. Pozostałe wysepki, które minęliśmy, były suche jak harcerski kocher. KaŜdy napotkany Grek zapewniał mnie, Ŝe to nie oni, lecz Turcy powycinali wszystkie lasy w Grecji. Ktokolwiek to zrobił, sprawił się wyśmienicie, choć jakimś cudem przegapił Tsatsos. Kiedy podpłynęliśmy bliŜej, nad brzegiem morza ukazało się śnieŜnobiałe, jedyne na tej wysepce miasteczko. Wznosząca się za nim zieleń jeszcze bardziej podkreślała jego biel. Stetryczała karykatura Anglika poinformowała mnie, Ŝe rozsiane tu i ówdzie białe cętki na wzgórzach to kaplice greckich ortodoksów. KaŜdą z nich zbudowano na miejscu dawnej świątyni pogańskiej. Na jednym skraju miasteczka stała niewielka, lecz urocza latarnia morska - wrzeciono w biało-czarną szachownicę. Na drugim, od zachodu, widać było inny punkt orientacyjny, juŜ nie tak sympatyczny. Na wielkim cyplu ktoś o smaku goryla rozpoczął budowę nowoczesnych segmentów mieszkalnych, której nigdy nie ukończył. Porzucona w trakcie roboty, sprawiała wraŜenie, jak gdyby przerwano ją w pół ruchu kielnią. Stojące w jednej linii pudełkowe segmenty obliczone na cztery lub...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.