Katzenbach John - Ofiara

OFIARA JOHN KATZENBACH - Chciałby pan usłyszeć pewną opowieść? Bardzo niezwykłą opowieść. - Oczywiści - pdf za darmo

6 downloads 77891 Views 1MB Size

Story Transcript


OFIARA JOHN KATZENBACH

-

Chciałby pan usłyszeć pewną opowieść? Bardzo niezwykłą opowieść. - Oczywiście. - Dobrze. Ale najpierw musi pan coś obiecać. Nigdy pan nie zdradzi, gdzie ją pan usłyszał. A jeśli ją pan sam kiedykolwiek opowie, w jakichkolwiek okolicznościach, w jakimkolwiek miejscu i w jakiejkolwiek postaci, zatai pan tyle, żeby nie można było dotrzeć ani do mnie, ani do ludzi, o których panu opowiem. Nikt nigdy się nie dowie, czy jest prawdziwa, czy nie. Nikt nigdy nie będzie w stanie odnaleźć jej prawdziwego źródła. I wszyscy uznają, że jest tym samym, czym są wszystkie pana opowieści: fikcją. - Brzmi to aż zbyt dramatycznie. Co to za opowieść? - Opowieść o zabijaniu. Wydarzyło się to kilka lat temu. Ale być może w ogóle się nie wydarzyło. Chce pan ją usłyszeć? - Tak. - Więc proszę dać mi słowo. - W porządku. Ma pani moje słowo. Na jej twarzy dostrzegłem dziwny niepokój, w oczach coś poważniejszego niż zakłopotanie. W głosie zabrzmiał ton świadczący o skrywanej obawie. Pochyliła się do przodu i wzięła głęboki oddech. - Można chyba powiedzieć, że wszystko zaczęło się w chwili, kiedy znalazł list miłosny. 1. Profesor historii i dwie kobiety

Kiedy Scott Freeman po raz pierwszy przeczytał list, który znalazł w górnej szufladzie komody swojej córki, mniej więcej dwa tygodnie po jej ostatniej wizycie, zmięty i wciśnięty za jakieś stare sportowe skarpety, natychmiast przyszła mu do głowy myśl, że ktoś zginie. Nie było to doznanie, które potrafiłby od razu dokładnie określić, ale owładnęło nim tak, jak przeczucie zbliżającego się nieuchronnie zagrożenia. Poczuł w środku nagły chłód. Stał jak wryty i wciąż od nowa przebiegał wzrokiem, jedno po drugim, słowa widniejące na kartce: Nikt nigdy nie kochał Cię tak jak ja. Nikt nigdy nie będzie Cię tak kochał. Jesteśmy sobie przeznaczeni i nic nie może nam przeszkodzić. Nic. Będziemy razem na zawsze. Tak czy inaczej. List nie był podpisany. Wydrukowano go na zwykłym papierze i napisano kursywą, co sprawiało wrażenie niedzisiejszej delikatności. Scott nie znalazł koperty, nie miał więc adresu nadawcy, nie mógł też sprawdzić stempla pocztowego. Położył list na komodzie i próbował rozprostować załamania nadające kawałkowi papieru taki wygląd, jakby rozstano się z nim w gniewie i pośpiechu. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem tekst, usiłując przekonać samego siebie, że są to niewinne słowa. Że to tylko szczeniackie wyznania miłości, dowód chwilowego zauroczenia jakiegoś kolegi Ashley ze studiów i że ukryła go, nie mając po temu żadnego poważniejszego powodu, może po prostu wstydząc się takiej irytującej, romantycznej głupoty. Jesteś naprawdę przewrażliwiony, powiedział do siebie. Jednak żadne z tych wyjaśnień nie pomagało i lodowaty chłód usadowiony gdzieś w głębi nie ustępował. Scott Freeman niełatwo wpadał w gniew, nie podejmował też nigdy nieprzemyślanych decyzji. Lubił rozpatrywać każdą sytuację ze wszystkich stron, przyglądał się różnym aspektom swojego życia jak zeszlifowanym krawędziom brylantu pod mikroskopem. Był naukowcem zarówno z wyboru, jak i z natury; nosił długie włosy przypominające mu młodość w latach sześćdziesiątych, lubił chodzić w dżinsach, adidasach i w

wytartych sztruksowych marynarkach ze skórzanymi łatami na łokciach. Używał jednych okularów do czytania, drugich do jazdy samochodem i zawsze pamiętał, by mieć obie pary przy sobie. Utrzymywał formę dzięki codziennym ćwiczeniom, często biegał, jeśli pogoda na to pozwalała, a w długie, nowoangielskie zimy korzystał z domowej automatycznej bieżni. Robił to po części dlatego, by zrekompensować sobie wyskoki, które mu się czasem zdarzały: potrafił ostro pić do lustra, uzupełniając whisky z lodem skrętem z marihuany. Scott był dumny ze swoich talentów dydaktycznych, dzięki nim mógł codziennie, rozglądając się po pełnym audytorium, stwierdzać od nowa, że jego wykłady budzą żywe zainteresowanie studentów. Kochał swoją dziedzinę nauki i wyczekiwał każdego września z radością zabarwioną tylko niewielką dawką cynizmu, którym przesiąknęło wielu jego kolegów z uczelni. Uważał, że prowadzi ustabilizowane życie i obawiając się, czy nie wyczerpała się zbytnio jego zdolność odczuwania silnych emocji, pozwolił sobie na coś szalonego - kupił dziesięcioletnie porsche 911, którym jeździł codziennie, jeśli tylko nie padał śnieg, z rykiem rock and rolla płynącym z głośników. Do jazdy zimą trzymał zdezelowanego starego pikapa. Miewał przelotne romanse, ale tylko z kobietami w swoim wieku, które były realistkami w swoich oczekiwaniach. Prawdziwie silne uczucia zachowywał dla Red Soksów, Patriotsów, Celticsów, Bruinsów i wszystkich sportowych drużyn własnej uczelni. Miał siebie za człowieka trzymającego się pewnych schematów postępowania i czasami myślał, że przydarzyły mu się w życiu tylko trzy prawdziwe przygody. Gdy pewnego razu z grupą przyjaciół pojechał na spływ kajakowy wzdłuż skalistego wybrzeża Maine, niespodziewana mgła i silny prąd sprawiły, że odłączył się od pozostałych. Przez wiele godzin dryfował w jakiejś szarej zupie w niemal zupełnej ciszy, przerywanej tylko pluskiem wody uderzającej o plastikowe burty kajaka i niekiedy przypominającymi cmokanie odgłosami wynurzających się fok albo morświnów. Otoczyły go zewsząd chłód i wilgoć, podpełzały coraz bliżej i osłabiały jego zdolność widzenia. Wiedział, że znalazł się w niebezpieczeństwie, i to być może znacznie większym, niż wydawało mu się na początku, ale zachował spokój i doczekał chwili, gdy z otulających go oparów wyłoniła się łódź straży przybrzeżnej. Kapitan powiedział mu potem, że od silnego prądu, który najprawdopodobniej zniósłby go na otwarte morze, dzieliło go zaledwie kilka metrów, a wtedy Scott poczuł strach o wiele silniejszy od tego, jakiego doznał, gdy rzeczywiście groziło mu niebezpieczeństwo. To była jedna przygoda. Dwie inne trwały dłużej. Kiedy miał osiemnaście lat, na pierwszym roku studiów w 1968 roku, nie skorzystał z przysługującego studentom odroczenia poboru do wojska. Uważał, że jeśli inni narażają się na niebezpieczeństwo, on też nie powinien go unikać, gdyż jest to nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia. Ta decyzja wydawała mu się szlachetna, gdy ją podejmował, ale jego romantyczny zapał mocno osłabł, kiedy otrzymał list z komisji poborowej. Niezwłocznie powołano go do wojska, przeszkolono i wysłano do jednostki wsparcia bojowego w Wietnamie. Przez sześć miesięcy służył w artylerii. Jego zadanie polegało na przekazywaniu dowódcy baterii współrzędnych otrzymanych drogą radiową, ten oszacowywał wskaźniki, a potem wydawał komendę: „Ognia!” Pociski wylatywały z luf dział z hukiem, który Scottowi zawsze wydawał się dźwiękiem niższym i potężniejszym od łoskotu pioruna. Dręczyły go później koszmary - uczestniczył w zabijaniu ludzi, których nie widział, nawet nie mógł usłyszeć, którzy byli poza jego zasięgiem. Kiedy budził się w środku nocy, zastanawiał się, czy zabił ich dziesiątki, setki czy może nikogo. Po roku wrócił do domu, ani razu nie wystrzeliwszy do kogoś widzianego na własne oczy. Po wyjściu z wojska odciął się od politycznych dyskusji i sporów, jakie rozgorzały w całym kraju, i poświęcił się studiom z determinacją, która zaskoczyła nawet jego samego. Zobaczył wojnę, a przynajmniej jakąś jej część, historia przynosiła więc pociechę i uspokojenie decyzjami podjętymi dawno temu, namiętnościami, których echo pobrzmiewało jedynie w przeszłości. Nie lubił

rozmawiać o swojej służbie w wojsku, a teraz, jako mężczyzna w średnim wieku z budzącym szacunek stopniem naukowym, wątpił, by któryś z jego kolegów w ogóle wiedział o tym, że Scott Freeman brał udział w wojnie. Prawdę mówiąc, jemu samemu wydawało się to czasem snem, może koszmarem, i w końcu prawie uwierzył, że tego roku chaosu i śmierci tak naprawdę nigdy nie było. Trzecią przygodą była Ashley. Scott wziął do ręki list i usiadł na brzegu łóżka córki. Leżały na nim trzy poduszki, jedną z nich, tę z wyhaftowanym sercem, podarował jej na walentynki ponad dziesięć lat temu. Były tu także dwa pluszowe misie - Alfons i Gaston - i postrzępiona kołderka, którą Ashley dostała zaraz po urodzeniu. Scott spojrzał na nią i przypomniał sobie, że wyszło to wtedy trochę śmiesznie - obie przyszłe babcie podarowały nienarodzonej jeszcze wnuczce kołderki. Ta druga leżała na podobnym łóżku w podobnym pokoju w domu jej matki. Powiódł wzrokiem po pokoju. Popatrzył na zdjęcia Ashley i jej przyjaciół na ścianie; na bibeloty; notatki zapisane zamaszystym pismem nastolatki. Były tu plakaty z wizerunkami sportowców i poetów, oprawiony w ramki wiersz Williama Butlera Yeatsa kończący się słowami: „Całuję twe drobne usteczka, lecz wzdycham przy tym żałośnie, zabraknie mi ciebie, maleńka, kiedy mi wreszcie dorośniesz”*, * W.B. Yeats Kołysanka, przeł. Tomasz Wyżyński. który dał jej na piąte urodziny; często szeptał córce te słowa, kiedy zasypiała. Były zdjęcia jej kolejnych drużyn piłki nożnej i softballu i oprawiona w ramki fotografia z balu maturalnego, zrobiona w tym wyjątkowym momencie nastoletniej doskonałości, kiedy sukienka przylegała szczelnie do nowych krągłych kształtów Ashley, włosy opadały idealnie na nagie ramiona, a skóra lśniła. Scott Freeman uświadomił sobie, że patrzy na kolekcję wspomnień, klasyczną dokumentację dzieciństwa, wnętrze prawdopodobnie nieróżniące się niczym od pokoju innej młodej osoby, ale na swój sposób wyjątkowe. Na archeologię dorastania. Było tam także jedno zdjęcie całej ich trójki zrobione, kiedy Ashley miała sześć lat, może na miesiąc przed tym, jak jej matka od niego odeszła. Spędzali razem wakacje nad morzem. Scott pomyślał, że uśmiechy utrwalone na fotografii mają w sobie jakąś bezradność, z trudem maskują napięcie, które zdominowało ich życie. Ashley budowała tego dnia z matką zamek z piasku. Przypływ i fale niweczyły ich wysiłki; spłukiwały każdą budowlę. Na nic się zdało gorączkowe kopanie fos i usypywanie wałów z piasku. Omiótł wzrokiem ściany, biurko i komodę; nie znalazł niczego, co wyglądałoby choćby trochę nie tak, jak powinno. To zmartwiło go jeszcze bardziej...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.