King Stephen - Rose Madder

Stephen King Rose Madder Rose Madder Przełożył Zbigniew A. Królicki Stephen King uchodzi za najpopularniejszego wsp - pdf za darmo

9 downloads 77564 Views 2MB Size

Story Transcript


Stephen King

Rose Madder Rose Madder Przełożył Zbigniew A. Królicki

Stephen King uchodzi za najpopularniejszego współczesnego autora powieści i opowiadań z gatunku horroru. Urodził się w 1947 roku w Portland, w stanie Maine. Po ukończeniu studiów na University of Maine podjął pracę jako nauczyciel języka angielskiego. Jako pisarz debiutował pod koniec lat sześćdziesiątych opowiadaniami w Startling Mystery Stories. W 1973 roku ogromny sukces komercyjny i literacki odniosła jego pierwsza powieść „Carrie”; znacznym powodzeniem cieszyła się także jej filmowa adaptacja dokonana trzy lata później przez Briana de Palmę. Kolejne powieści Kinga, jak m.in. „Miasteczko Salem” (1975), „Lśnienie” (1977), „Strefa śmierci” (1979), „Cujo” (1981), „Christine” (1983), „To!” (1986), „Misery” (1987), The Tommyknockers (1988), „Sklepik z marzeniami” (1991), „Gra Geralda” (1992), „Dolores Claiborne” (1993) sprzedano w wielomilionowych nakładach i przełożono na kilkanaście języków. W połowie lat osiemdziesiątych King osiągnął status najbardziej popularnego, a zarazem najbogatszego współczesnego amerykańskiego pisarza. Jego najnowsze książki to zbiór opowiadań zatytułowany „Marzenia i koszmary” (1993) oraz powieści Insomnia („Bezsenność”) (1994) i Rose Madder (1995). W 1996 roku ukażą się Desperation („Desperacja”) i (pod pseudonimem Richard Bachman) The Regulators („Regulatorzy”). O swojej twórczości pisarz mówi: „Choć piszę o własnych lękach, własne książki mnie nie przerażają. Ich fabuły wymyślam nie w środku ciemnej nocy, ale za dnia, na przykład gdy jadę autostradą w piękny, słoneczny dzień”. King jest autorem niezwykle płodnym: na swoim koncie ma dwadzieścia cztery powieści wydane pod własnym nazwiskiem i kilka pod pseudonimem Richard Bachman, a także zbiory opowiadań, scenariusze filmowe i sztuki teatralne. Większość powieści Kinga została przeniesiona na ekran filmowy. Do najbardziej znanych ekranizacji należą „Lśnienie” Stanleya Kubricka (z Jackiem Nicholsonem w roli głównej), „Christine” Johna Carpentera, „Strefa śmierci” Davida Cronenberga, „Cujo” Levisa Teague, „Misery” Roba Reinera (Oscar dla odtwórczyni głównej roli, Cathy Bates), „Dolores Claiborne” Taylora Hackforda oraz „Skazani na Shawshank” Franka Darabonta (siedem nominacji do Oscara w 1995 roku). Wraz z żoną Tabithą (także pisarką) i trójką dzieci pisarz mieszka w domu nad brzegiem jeziora w Bahgor, w stanie Maine.

Ta książka jest dla Joan Marks I’m really Rosie And Fm Rosie Real You better believe me I’m a great big deal… Maurice Sendak Krwawe żółtko jaja. Dziura wypalona w prześcieradle. Rozgniewana róża grożąca rozkwitem. May Swenson

PROLOG ZŁOWIESZCZE POCAŁUNKI Siedzi w kącie, usiłując nabrać powietrza, którego w tym pokoju zaledwie kilka minut temu wydawało się mnóstwo, a teraz widocznie nie ma wcale. Jak gdyby z daleka słyszy słabe chrr–chrr i wie, że to powietrze wpadające do jej gardła, a potem wydostające się z powrotem licznymi gwałtownymi sapnięciami, a jednak wciąż się jej wydaje, iż tonie tutaj, w rogu swojej bawialni, spoglądając na poszarpane resztki powieści w miękkich okładkach, książki, którą czytała, kiedy mąż wrócił do domu. Niewiele ją to obchodzi. Ból jest zbyt silny, aby martwić się o taki drobiazg, jak oddychanie, zastanawiać się nad tym, dlaczego powietrze, które wciąga do płuc, zdaje się pozbawione tlenu. Ból połknął ją, podobnie jak ów biblijny wieloryb pochłonął Jonasza, tego świątobliwego męża uchylającego się od poboru. Pulsuje jak zdradzieckie słońce, płonące głęboko w jej ciele, w miejscu, gdzie do dziś wieczór było tylko spokojne uczucie rosnącego życia. Jeszcze nigdy nie zaznała takiego bólu, a przynajmniej nie pamiętała nic podobnego. Kiedy miała trzynaście lat, skręciła rowerem omijając dziurę i wywaliła się, uderzając głową o asfalt, tak że rana wymagała dokładnie jedenastu szwów. Zapamiętała tylko srebrzysty rozbłysk bólu, a po nim rozgwieżdżony mrok zdziwienia, które w rzeczywistości było krótkim omdleniem… lecz tamtego bólu nie dało się porównać z tą męczarnią. Z tą straszliwą udręką. Jej ręka na brzuchu czuje ciało, które teraz wcale nie przypomina ciała; jakby rozpięto zamek błyskawiczny i żywe dziecko zastąpiono gorącym kamieniem. Och, Boże, proszę — myśli. — Proszę, niech dziecku nic nie będzie. Kiedy jej oddech w końcu uspokaja się trochę, pojmuje, że dziecku coś jest, że on jednak postarał się o to. W czwartym miesiącu ciąży dziecko wciąż jest bardziej cząstką matki niż sobą, a gdy się siedzi w kącie, z kosmykami włosów przylepionymi do wilgotnych policzków, z uczuciem, jakby się połknęło gorący kamień… Coś składa złowieszcze, śliskie pocałunki na wewnętrznych stronach jej ud. — Nie — szepcze — nie. Och, dobry słodki Boże, nie. Dobry Boże, słodki Boże, mój Boże, nie. Niech to będzie pot — błaga w myślach. — Niech to będzie pot… a może zmoczyłam się. Tak, to pewnie to. Bolało tak bardzo, kiedy uderzył mnie trzeci raz, że zmoczyłam się i nawet tego nie czułam. Na pewno. Tyle że to nie pot ani mocz. To krew. Siedzi tam w kącie bawialni, patrząc na porwaną książkę, której część leży na sofie, a część pod ławą, i czuje, że jej macica jest gotowa oddać dziecko, które do tej pory nosiła bez sprzeciwu i bez żadnych problemów. — Nie — jęczy — nie. Boże, proszę, powiedz nie. Widzi cień męża, wykrzywiony i wydłużony jak strach na wróble albo cień wisielca, tańczący i podskakujący na ścianie korytarza wiodącego z bawialni do kuchni. Widzi cień telefonu, przyciśnięty do cienia ucha, i długi korkociąg przewodu. Widzi nawet cienie palców prostujących zwoje kabla, przytrzymujących go przez chwilę, a potem puszczających, żeby wrócił do poprzedniego kształtu — jak paskudny nawyk, którego nie można się pozbyć. W pierwszej chwili pomyślała, że telefonuje na policję. Zabawne oczywiście, przecież policja to on. — Tak, to nagły wypadek — słyszy. — Masz cholerną rację, ślicznotko, ona jest w ciąży. Milczy, przesuwając przewód między palcami, a kiedy ponownie się odzywa, w jego głosie słychać irytację. To lekkie rozdrażnienie wystarcza, aby znów poczuła przerażenie i metaliczny smak w ustach. Kto naraziłby się mu, któż by się sprzeciwił? Och, kto byłby tak

głupi, żeby to zrobić? Oczywiście tylko ktoś, kto by go nie znał, ktoś, kto nie znałby go tak, jak ona. — Oczywiście, że nie będę jej ruszał, masz mnie za idiotę? Jej palce pełzną pod sukienkę i w górę uda, do nasiąkniętej, gorącej bawełny majteczek. Proszę — błaga. Ile razy powtórzyła w myślach to słowo, od kiedy wyrwał jej książkę z rąk? Nie wie, lecz słowo powraca znowu: Proszę, niech ten płyn na moich palcach będzie przezroczysty. Proszę, Boże. Niech będzie przezroczysty. Kiedy jednak wyjmuje rękę spod sukienki, czubki jej palców są czerwone od krwi. Przygląda się im i potworny skurcz przechodzi przez jej ciało, szarpiąc niczym ostrze piły. Musi zacisnąć zęby, żeby zdusić krzyk. Wie, że w tym domu lepiej nie krzyczeć. — Dajcie spokój z tymi pierdołami, po prostu przyjeżdżajcie! I to szybko! Z trzaskiem rzuca słuchawkę na widełki. Jego cień pęcznieje i podskakuje na ścianie, a potem on pojawia się w przejściu, kierując ku niej swoją czerwoną i przystojną twarz. Oczy w tej twarzy są pozbawione wyrazu, jak odłamki szkła migoczące przy wiejskiej drodze. — Tylko spójrz na to — mówi, rozkładając na moment ręce, a potem pozwalając im opaść z cichym klaśnięciem. — Spójrz na ten bałagan. Ona wyciąga do niego swoją rękę, pokazując mu zakrwawione czubki palców — jedyne oskarżenie, na jakie może się zdobyć. — Wiem — oznajmia, jakby to, że wie, wszystko wyjaśniało, stawiało całą sprawę w koherentnym, racjonalnym kontekście. Odwraca się i patrzy nieruchomym spojrzeniem na podartą książkę. Podnosi część leżącą na kanapie, potem schyla się po tę pod ławą. Kiedy wyprostowuje się, ona widzi okładkę przedstawiającą kobietę w białej wieśniaczej koszuli, stojącą na dziobie statku. Jej włosy dramatycznie powiewają na wietrze, odsłaniając kremowe ramiona. Tytuł — Podróż Misery — został podkreślony przez jasnoczerwone tło. — Na tym polega problem — oświadcza on i potrząsa resztkami książki, jak człowiek grożący zrolowaną gazetą szczeniakowi, który nasiusiał na podłogę. — Ile razy ci mówiłem, co myślę o takich duperelach? Odpowiedź brzmi nigdy. Ona wie, że siedziałaby w tym kącie roniąc, gdyby nawet po powrocie do domu zastał ją oglądającą wiadomości telewizyjne, przyszywającą guzik do jednej z jego koszul albo drzemiącą na kanapie. Po prostu kiepsko mu szło, niejaka Wendy Yarrow sprawiała mu kłopoty, a jedyne lekarstwo Normana na kłopoty, to podzielić się nimi. „Ile razy ci mówiłem, co myślę o takich duperelach? — wrzasnąłby, bez względu na to, co uznałby za te duperele. A potem, zanim puściłby w ruch pięści: — Chcę z tobą porozmawiać, kochanie. W cztery oczy”. — Nie rozumiesz? — szepcze do niego. — Tracę dziecko! Niewiarygodne, ale on się uśmiecha. — Możesz mieć inne — mówi. Jakby pocieszał malca, który upuścił wafelek z lodami. Potem wynosi podartą książkę do kuchni, gdzie na pewno rzuci ją do śmieci. Ty draniu — myśli ona, nawet nie wiedząc, że tak myśli. Znowu czuje skurcz, tym razem chwyta ją wiele skurczów atakujących jak rój straszliwych owadów, więc odchyla głowę, wciskając ją w kąt, i jęczy. — Ty draniu, jak ja cię nienawidzę. Wraca korytarzem i podchodzi do niej. Ona przebiera nogami, usiłując wcisnąć się w ścianę, patrząc na niego oszalałym wzrokiem. Przez chwilę jest pewna, że tym razem zamierza ją zabić, nie tylko zranić czy pozbawić dziecka, którego pragnęła od tak dawna, ale naprawdę zabić. Jest w nim coś nieludzkiego, gdy tak idzie ku niej z opuszczoną głową, rękami zwisającymi po bokach, prężąc mięśnie długich nóg. Zanim dzieciaki zaczęły nazywać takich jak jej mąż glinami, używały innego słowa i to słowo przychodzi jej na myśl teraz, gdy on kroczy przez pokój, ze spuszczoną głową i dłońmi kołyszącymi się na końcach ramion przypominających mięsiste wahadła, ponieważ właśnie tak wygląda: jak rozjuszony

byk. Ona jęczy, potrząsając głową, i przebiera nogami. Jeden bucik spada i leży n...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.