Leclaire Day Smak cytryn

Day Leclaire Smak cytryn PROLOG - Nie interesuje mnie, jak to zrobicie. Moja wnuczka musi wyjść z - pdf za darmo

3 downloads 54801 Views 656KB Size

Story Transcript


Day Leclaire Smak cytryn

PROLOG

- Nie interesuje mnie, jak to zrobicie. Moja wnuczka musi wyjść za mąż za Luciena Kincaida. Shadoe usiadł za stołem. Spod zmarszczonych brwi rzucił krótkie spojrzenie swojej matce, chrząknął i odezwał się nie­ pewnie: - Pani Featherstone... Kobieta nie dała mu skończyć. - Wszyscy zwracają się do mnie Nanna. Albo babcia. Od dawna nie reaguję na żadne inne imiona - sucho poinformowała gości i postawiła przed nimi talerz pełen kruchych ciasteczek owsianych i dwie wielkie szklanice mleka. Był to typowo te­ ksański poczęstunek. Adelajda, być może, potrafiłaby siłą swo­ jej stalowej woli przeciwstawić się starszej pani, Shadoe jednak miał absolutną pewność, że jeśli nie chce narazić się na jej gniew, będzie musiał skonsumować cały swój przydział. - Pani Nanno. Jesteśmy pani bardzo wdzięczni za zaufanie okazane Klubowi Samotnych Serc. Ale czy zdaje sobie pani sprawę z pewnej drobnej niedogodności, jaką jest negatywny stosunek Raine do stanu małżeńskiego? - O czym pan mówi? Raine pragnie wyjść za mąż - ucięła Nanna i wymownym gestem skrzyżowała ramiona na piersi. Była to drobna, lecz dość wysoka kobieta o siwiejących wło­ sach, splecionych w gruby warkocz, który niczym korona ota­ czał jej głowę. Mocna, wyprostowana sylwetka i bystre, jasno­ zielone oczy aż promieniały wewnętrzną siłą. Tak, oczy Raine

6

DAY LECLAIRE

najwyraźniej odziedziczyła po babci. - Każdy, kto chciałby te­ mu zaprzeczyć, jest albo skończonym idiotą, albo kłamcą. Shadoe pokręcił głową. - Szczerze mówiąc, Raine sama to przyznała. - Niewykluczone. I co z tego? To kochana dziewczyna, ale mogło jej się pomieszać w głowie. Już kiedy była podlotkiem, ciągnęło ją do tego Kincaida jak pszczołę do miodu. Adelajda postanowiła przerwać milczenie, które na moment zapadło. - Zdaje sobie pani sprawę, że Klub działa w ukryciu. - Oczywiście! Dlatego wszyscy o was wiedzą. Jedna z wie­ lu tajemnic poliszynela. - Nanna uśmiechnęła się cierpko i pod­ sunęła talerz pod nos Shadoe'a. - Proszę tylko, byście zrobili dla Raine to, czego dokonaliście w przypadku Tess i Emmy. Nic więcej. - Nawet jeśli Raine nie jest zainteresowana? - Ależ ona jest zainteresowana Lucienem, choć nigdy nie przyzna się do tego, nawet sama przed sobą. Uparta jak stado osłów. Idę o zakład, że wystarczy pchnąć ich w tę samą stronę, a natura już zadba o resztę. - Lucien i Raine znają się od lat. Skoro do tej pory, jak pani to nazywa, natura ich nie połączyła, może nie należy podejmo­ wać interwencji z zewnątrz? - Shadoe z żelazną logiką zakwe­ stionował wywód starszej pani. - Trele-morele! Gdyby nie splot pewnych wydarzeń, które negatywnie wpłynęły na naturalny bieg rzeczy, już od dziesięciu lat byliby pożenieni. Ale kiedy Lucien zabił mojego męża... - westchnęła ciężko. Shadoe omal nie udusił się owsianym ciasteczkiem. Adelajda zamarła. - Co?! - wykrzyknęli oboje. - Więc wasze badania nie wykazały tych faktów? - Nanna

SMAK CYTRYN

7

spojrzała na nich zaskoczona, a kiedy pokręcili w osłupieniu głowami, wyjaśniła: - To nie żadna tajemnica. To był tragiczny wypadek. Paps, mój mąż, wdał się w jakąś sprzeczkę z Lucienem. Niestety, dla poparcia swoich argumentów użył strzelby. No i kiedy już było po wszystkim, przy życiu został tylko Lucien. Odtąd stosunki między naszymi rodzinami nieco się ochło­ dziły. - Stoickiemu opanowaniu w głosie starszej pani zadawały kłam łzy, które zalśniły w jej oczach. - Pora już przestać żyć przeszłością i zadbać o przyszłość - dodała stanowczo, pochy­ lając głowę. Shadoe odłożył na talerzyk ciasteczko, które trzymał w dłoni od dziesięciu minut. - Chyba źle zrozumiałem. Chce pani, by Raine wyszła za mąż za człowieka, który zastrzelił jej dziadka? Nanna spojrzała mu prosto w oczy. - Czas leczy rany - powiedziała cicho. W jej oczach poja­ wiła się niezwykła mieszanina uczuć - pogodzenie z losem i bezgraniczna nadzieja. - Widzę, że pani rany zostały zaleczone - odparł Shadoe z cichym podziwem. - Ale co z Raine? Nanna zadziornie uniosła brodę. - Raine zasługuje na szczęście. Przez ostatnich osiem lat pracowała jak stado wołów, by ratować ranczo. Jej życie to jedno wielkie poświęcenie. Pora z tym skończyć. Tylko jedno może ją uratować. - Ślub? - Lucien ją kocha - ciągnęła cicho Nanna. - Nie pozwoli, by poświęciła całe życie dla czegoś tak nieistotnego jak kawałek ziemi. On potrafi ją uszczęśliwić. To dobry chłopak. A co naj­ ważniejsze, da jej tuzin małych, słodkich bobasów. W naszym domu znów zagości radość. Czy jest coś ważniejszego na świe­ cie? Coś wspanialszego?

8

DAY LECLAIRE

Adelajda ze zrozumieniem pokiwała głową i sięgnęła po cia­ steczko. - Sprawdziliśmy, i nie ma wątpliwości, że Lucien byłby dla Raine odpowiednim mężem - przyznała spokojnie. - Oczywi­ ście, gdyby nie ten nieszczęsny incydent. - A więc wyślecie do nich tego swojego człowieka?! - za­ wołała Nanna z radością. - Tak. Ale pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, o naszej umowie wiemy tylko my. Ostatnio, kiedy osoba zainteresowana znała szczegóły naszych poczynań, wszystko omal nie spaliło na panewce. - Shadoe z powagą pokiwał głową. Adelajda po­ słała Nannie pocieszający uśmiech. - Niewiele brakowało. - Obiecuję milczeć! - zawołała Nanna z zapałem. - W porządku. Po drugie, my zainicjujemy tylko pewne korzystne sytuacje. O tym, jak dalej potoczą się sprawy, zade­ cydują już Lucien i Raine. - Możecie im zaufać. Dadzą sobie radę. - Po trzecie, ingerujemy tylko jeden jedyny raz. Nannie nieco zrzedła mina. - Tylko raz? Czy zdajecie sobie sprawę, jacy oni są uparci? Stado mułów nie dałoby im rady! - Jeden raz albo wcale - ucięła Adelajda. Nanna pomyślała chwilę, po czym odparła posępnie: - Dobrze, niech i tak będzie. Lepsze to niż nic. Adelajda stuknęła jej szklankę swoją szklanką mleka i po­ chyliła się nad nią konfidencjonalnie. - A więc umowa stoi. Na początek.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lucien Kincaid spojrzał na posępne granatowe niebo i po­ kręcił głową. To nie najlepszy czas na konną przejażdżkę. Jesz­ cze policzy się z Raine Featherstone! Też sobie wybrała odpo­ wiedni dzień! W dodatku dość nieoczekiwanie. Lucien ujrzał przed sobą niewielkie wzniesienie i cmoknął cicho, by dodać odwagi swojemu gniadoszowi. Koń wspiął się na szczyt, skąd rozciągał się widok na pofałdowany teksański krajobraz. W oddali rozbłysła błyskawica i Poke cicho zarżał. - Jak myślisz, Poke? Czy ta baba specjalnie wyciągnęła nas z domu, żebyśmy skończyli trafieni piorunem gdzieś na wapien­ nym stoku? Koń, zgodnie z końskim zwyczajem, pokiwał łbem i prychnął, jakby w ten sposób dawał wyraz swojemu oburzeniu na kobiecą perfidię. Lucien, po prawie dwunastu latach przyjaźni z Pokiem, bezbłędnie odgadywał zamiary i myśli gniadosza, które często odzwierciedlały jego własne. Zresztą, Poke nieźle znał się na ludziach i traktował ich z pewną dozą sceptycyzmu i pobłażania. No, ale Poke to niezwykły koń. Lucien czule po­ klepał swego ulubieńca po szyi. Ten bystry konik nie zdołał się nauczyć tylko jednej rzeczy - że pięknym kobietom nie wolno ufać. Zwłaszcza jeśli natura wyposażyła je w czarne jak noc, sięgające do pasa włosy, wiel­ kie, jasnozielone oczy i melodyjny, hipnotyzujący głos. Takich kobiet należy unikać za wszelką cenę. A zatem, co on tu robił?

10

DAY LECLAIRE

Wystarczyło, by dostał jakiś, dość obraźliwy zresztą, liścik, a już śpieszył na wezwanie. Poke parsknął wymownie i Lucien musiał się z nim zgodzić. - Ja też tak myślę. Ona ma złe zamiary. Ale jakie? Niestety, istniał tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć. Lucien nasunął głębiej na oczy kapelusz firmy Stetson i chyba po raz dwudziesty w przeciągu ostatnich paru minut wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę. I tym razem autorytatywny ton liści­ ku podziałał na niego jak krwistoczerwona płachta na byka. Kincaid! Spotkajmy się w pasterskiej chatce na północnej granicy naszych ziem. Pamiętasz, draniu? Tam, gdzie zniszczyłeś moją reputację, kiedy byliśmy dziećmi. Draniu? Dzieci? O co jej chodzi? Byli w tym wieku, by wiedzieć, co ryzykują. Tyle że namiętność odebrała im rozum! - Dziś o piątej po południu. Staw się albo pożałujesz- R. To wielkie, zamaszyste R było typowe dla Raine. Żadnych ozdobników, żadnej kurtuazji. Lucien gniewnie zmiął kartkę i rzucił na wiatr. Wzmagający się huragan porwał papier w swój wir i uniósł w stronę pobliskiego wapiennego urwiska. Po chwili w oddali ukazała się wreszcie pasterska chatka. Stała przytulona do olbrzymiego, pochylonego ze starości wią­ zu. Z jednej strony, tam gdzie ziemia obsunęła się w koryto sezonowej rzeczki, sterczały obnażone korzenie drzewa. Teraz, po długim bezdeszczowym lecie, gleba wokół była sucha, spa­ lona bezlitosnym, teksańskim słońcem. Ale Lucien wiedział, że wystarczy niewielki deszczyk, by korytem popłynął rwący stru­ mień. Sądząc po kłębiących się na niebie chmurach, było to możliwe jeszcze dzisiaj. - No, Poke. Dość czasu zmitrężyliśmy. Dowiedzmy się, o co babie chodzi i zmiatajmy do domu, póki jesteśmy cali i zdrowi. W objęciach rozłożystych konarów wiązu chatka wydawała się jeszcze lichsza. Targane wiatrem gałęzie głucho uderzały

SMAK CYTRYN

11

o naznaczony upływem czasu blaszany dach. Lucien nie wkła­ dał dość serca w naprawy. Zresztą, gdyby słuchał głosu serca, dawno zrównałby chatkę z ziemią. Zwyciężył jednak rozsądek i domek się ostał. Przydawał się na te nieliczne okazje, gdy któryś z pracowników, po całym dniu spędzonym na pastwi­ skach, nie miał już siły, by wrócić do domu. Lucien podjechał do wiązu i zeskoczył z gniadosza. Między człowiekiem i koniem obowiązywała niepisana umowa: Lucien nie przywiązuje Poke'a, a zwierzę czeka posłusznie tam, gdzie pan go zostawił. Zresztą, wziąwszy pod uwagę sędziwy wiek konia, z pewnością nie w głowie mu było samowolne brykanie. Unikał wysiłku, gdy tylko mógł. Lucien zastanawiał się czasem, co to za śmieszne sentymenty powstrzymywały go wciąż przed wysłaniem leniwego Poke'a na zasłużoną emeryturę. Dosiadał konia tylko wtedy, gdy czekał go niezbyt forsowny dzień i gdy musiał się wreszcie przed kimś wygadać. Nagle w oddali rozległ się gł...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.