Louise Doughty Black Water

Tytuł oryginału: Black Water Copyright © by Louise Doughty, 2016 Copyright for the Polish edition © - pdf za darmo

7 downloads 66916 Views 2MB Size

Recommend Stories


land and water
land and water - pdf za darmo

MANGU WATER SUPPLY
MANGU WATER SUPPLY - pdf za darmo

Land and Water Forms
land & water forms - photos thehelpfulgarden.blogspot.com island lake island lake land & water forms - pdf za darmo

Water and sanitation_WHO
jfk;afdjk Water and sanitation: solutions in the name of life Editorial by Roman Lebed British Broadcasting - pdf za darmo

Story Transcript


Tytuł oryginału: Black Water Copyright © by Louise Doughty, 2016 Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. 22 360 38 42 Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77 Redaktor prowadzący: Marcin Kicki Tłumaczenie: Mariusz Gądek Redakcja: Magdalena Binkowska Korekta: Olga Gorczyca-Popławska Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka Redakcja techniczna: Mariusz Teler Projekt okładki: Faber & Faber ISBN: 978-83-8053-233-5 Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich. www.burdaksiazki.pl Skład wersji elektronicznej:

Dla Sylvii i Keitha z wyrazami miłości

Największe zagrożenie dla pokoju na świecie? Młodzi mężczyźni w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat, szczególnie jeśli są bezrobotni, nieżonaci i nie mają własnego domu. DOKTOR CLAYBORNE CARSON Może i jest sukinsynem, ale to nasz sukinsyn. WYPOWIEDŹ NA TEMAT PREZYDENTA NIKARAGUI ANASTASIA SOMOZY Garcíi, PRZYPISYWANA FRANKLINOWI DELANO ROOSEVELTOWI Gdy pracowaliśmy w polu, szybko niszczyły się nam kapelusze. PRAMOEDYA ANANTA TOER, THE MUTE’S SOLILOQUY

I

Małpa, osioł, sowa (1998)

Każdej nocy budził się o tej samej porze, jeszcze przed nastaniem świtu, gdy panował największy mrok. Podrywał tułów, oczy miał już otwarte. Ręką młócił powietrze w poszukiwaniu lampki na nocnym stoliku, ale napotykał przeszkodę w postaci moskitiery. Zajmowało mu chwilę lub dwie, żeby ją unieść i odnaleźć włącznik u podstawy lampki, a wtedy siadał już całkiem wyprostowany i ciężko oddychał, próbując przyswoić paradoks, że obudziwszy się z powodu gorąca, jest zlany zimnym potem. Za dnia z dostawami prądu bywało różnie, ale nocą lampka zapaliła się od razu. Otaczająca łóżko moskitiera była wykonana z mocnej, nieprzejrzystej bawełny. Czuł się jak w namiocie: na zewnątrz, pod gołym niebem. Krew pulsowała mu w uszach tak głośno, że przez kilka chwil nic innego nie słyszał. Oddychał głęboko, próbując uspokoić bicie serca, i nasłuchiwał, aż w końcu sobie przypomniał, że siedzi w przestronnej i wygodnej chacie z ozdobnymi drewnianymi drzwiami, które były zamknięte od środka podłużną sztabą osadzoną na grubych hakach. Chata stała w połowie wzgórza, ale dolinę wypełniały odgłosy pędzącej w dole rzeki Ayung, dudnienie i łoskot wody opływającej głazy. Pora deszczowa skończyła się w tym roku późno i rzeka wciąż była wezbrana. Noc robiła coś dziwnego z odgłosami wokół chaty: trudno było stwierdzić, czy dobiegają z bliska, czy z daleka. Szamotanina wiewiórek na dachu, głuche stąpnięcie cięższego zwierzęcia, może małpy, na werandzie? Weranda na pewno by zaskrzypiała – wspierała się na wysokich palach i nic nie przeszłoby po niej, nie robiąc przy tym hałasu. Niekiedy wydawało mu się, że słyszy cichy chrobot u dołu drewnianych drzwi. Może to szczur wodny? Czyżby zapuszczały się nocą tak wysoko na wzgórze? Widział ich kilka podczas spacerów doliną; były czarne i szybko śmigały między grubymi, zielonymi liśćmi. Innym razem znów myślał, że tak, na dachu z pewnością jest jakieś zwierzę. Słuchał, jak drapanie pazurów staje się coraz bardziej regularne i skrit, skrit zamienia się w pac, pac, cisza

i znów pac, pac, pac, które następnie przechodzi w szmer deszczu. Szum narastał gwałtownie, aż w końcu stawał się tak ogłuszający, że nawet rzeka przestawała być słyszalna. Woda zagłuszała wodę. W ciągu dnia lubił stawać na werandzie i obserwować deszcz, jego ściana była tak jednolita, jakby krople nie tylko leciały w dół, lecz także wzbijały się do nieba. W dziennym świetle to było piękne – o ile nie musiałeś wychodzić spod dachu – ale w ciemnościach nocy ulewa przesłaniała świat i tłumiła wszystkie inne dźwięki: nie było nic oprócz deszczu. *** Był tu od tygodnia, ale miał wrażenie, że o wiele dłużej. Wciąż rozpamiętywał błędy, jakie popełnił przy ocenie swojej sytuacji. Henrikson, ten półgłówek, który wparowuje do środka jak do siebie. Cóż, przynajmniej Wahid i Amber go przejrzeli; a potem ta dziennikarka – nie do wiary, że pozwolił jej się tak oszukać; na domiar złego Amsterdam bez przerwy kwestionował jego przydatność. Raz po raz odtwarzał w pamięci odbyte z nimi rozmowy, kiedy leżał rozbudzony w upalną noc, uwięziony w labiryncie myśli. Przez dwie ostatnie noce strach stawał się coraz większy. Dźwięki na dachu zaczęły się zmieniać. Z każdą kolejną nocą budził się coraz gwałtowniej, przekonany, że słyszy kroki na deskach podłogowych, nie na werandzie, tylko wewnątrz chaty, które skradają się w kierunku jego łóżka. W takich chwilach strach wzmagał się tak szybko, że mógł jedynie podnieść moskitierę, zejść z łóżka i nerwowo przeszukiwać całą chatę: zaglądać pod stół, otwierać szafkę w kącie i sprawdzać wszystkie ciemne zakamarki, do których nie dociera światło lampki. Potem nachodziła go potrzeba oddania moczu, więc zmuszał się, by wysunąć sztabę z drewnianych podpór, i otwierał jedno skrzydło drzwi. Rzucał wyzwanie nocy, stojąc przez chwilę nieruchomo i wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność, a przyćmione

światło zza jego pleców tworzyło ogromny cień w poprzek werandy. W końcu przestępował przez rzeźbioną framugę, podchodził do balustrady i sikał mocnym strumieniem w mrok, po czym wracał do chaty, zakładał na drzwi drewnianą sztabę i po raz kolejny sprawdzał każdy kąt, jakby ktoś lub coś mogło prześlizgnąć się obok niego. Tym razem cały rytuał odbywał się spokojniej, ponieważ niejako sam zaprosił intruza do środka, otwierając drzwi, więc wydawało się mniej prawdopodobne, by ktoś rzeczywiście wszedł. Udowodnił sam sobie, że się nie boi. A oni przychodzą tylko wtedy, kiedy się boisz. W końcu wracał do łóżka i wyłączał lampkę, a jego serce się uspokajało. Rytuał przeszukiwania chaty, brawura, z jaką otwierał drzwi, wszystko to umacniało go w cichym przekonaniu, że jego obawy są jednak bezpodstawne, że to tylko irracjonalne nocne lęki. Kładł się, zamykał oczy, naciągał pościel i powoli zapadał w sen… Lecz gdy znajdował się już na granicy nieświadomości, wtedy zawsze rozlegał się donośny skrzek gekona, na dachu, tuż nad jego głową, zaledwie kilka metrów od niego, nagły i głośny w swej napastliwości i rozbrzmiewający echem ponad wszystkimi innymi odgłosami. E-ur! Drwiąca, szydercza pauza. E-ur! I znów siadał wyprostowany, cały spocony, wściekły i przerażony. E-ur! Wrzeszczał i walił w ściany chaty, aby odstraszyć jaszczurkę. Czy to już świt? Gdzie podziewa się Kadek? *** Tamtej nocy, kiedy w końcu to zrozumiał, skrzek gekona był tak głośny, tak nieubłagany, że nawet nie walił o ściany chaty, tylko usiadł, ciężko oddychając, zapalił lampkę i ukrył twarz w dłoniach, jakby chciał powiedzieć: „no dobra, wygrałeś”. I właśnie wtedy do niego dotarło, co się z nim stanie. Zabiją go. „Zrób sobie przerwę – usłyszał od ludzi z Amsterdamu. – Wyjedź w góry, mamy

niedaleko miasta małą chatę, już kiedyś z niej korzystaliśmy. Odpocznij, zasłużyłeś na to. Damy ci znać, gdy porozmawiamy z Zachodnim Wybrzeżem”. Zastanawiał się, dlaczego w ogóle musieli rozmawiać z Zachodnim Wybrzeżem. Przecież już przysłali Henriksona. Jeśli w Amsterdamie byli przekonani, że jest skończony, powinni go natychmiast odwołać. Po co wysyłać go w góry? Chyba że chcieli go ukryć, w razie gdyby prasa zdecydowała się opublikować tę historię. Cóż, przynajmniej tak mu się początkowo wydawało. Ale teraz, w środku nocy, ich decyzja o wysłaniu go tutaj nabrała całkiem innego znaczenia. A więc to koniec. Stał się dla nich ciężarem. Przeterminował się, mimo że przecież nie chciał tu nawet wracać. To oni go do tego namówili. Cóż za ironia, prawda? Ta świadomość była czymś nowym: wreszcie wiedział, na czym stoi. Po raz pierwszy od przybycia na wyspę położył się na wznak na łóżku i pozwolił sobie na zamknięcie oczu i wsłuchiwanie się bez strachu we wrzaski gekona. Dach nad nim zaskrzypiał, słyszał cykanie i jazgot nocnych owadów – za to nie padało, a on jednego był pewien: tamci będą czekać na deszcz. *** Obudziły go światło i skrzekliwy chór cykad. Zdawało mu się, że tuż przed przebudzeniem miał jakiś sen – nie mógł go sobie przypomnieć, ale na pewno coś mu się śniło. W jego głowie wyświetlił się obraz mężczyzny w koszuli rozpiętej pod szyją, który uśmiecha się do niego na powitanie, a wraz z nim pojawiło się uczucie strachu i przerażenia. Ten obraz nie miał sensu. Potrząsnął głową, żeby się od niego uwolnić. Gdy tylko zaczął się krzątać po chacie, powłócząc nogami, jak co rano, na werandzie usłyszał Kadeka. Nigdy nie był pewien, o której dokładnie przychodzi, ale zwykle zjawiał się mniej więcej o świcie, żeby być na miejscu, gdy Harper się obudzi.

Podszedł do drzwi i zdjął z nich drewnianą belkę. W dziennym świetle to zadanie wydawało mu się tak łatwe i naturalne, że nawet o nim nie myślał. Otworzył drzwi szeroko i wyszedł na werandę. Na zewnątrz było siwo i gorąco. Dolina rozciągała się przed nim w całej okazałości: zbocze wzgórza naprzeciw chaty wznosiło się niemal pionowo niczym szeroka ściana drzew palmowych spowitych we mgle, a w oddali było widać świętą górę Gunung Agung, wulkan, którego niższe partie otaczał wieniec chmur, przez co wyglądał, jakby się unosił ponad lasem. Jego chata była kaja, czyli ustawiona w kierunku góry, co bardzo go cieszyło. Czyżby na starość stał się religijny? Kadek stał na przeciwległym końcu werandy, jak każdego ranka, zachowując pełen szacunku dystans, dopóki nie zostanie poproszony, by podejść bliżej. W rękach trzymał wiadro z wodą. – Dzień dobry, panie Harper – odezwał się z delikatnym ukłonem, a potem dodał beznamiętnym tonem: – Mam nadzieję, że noc minęła panu spokojnie. Kadek nie miał zbyt bogatego słownictwa, ale posługiwał się angielskim z dużą precyzją. Na jego owalnej twarzy malowała się troska i Harper miał wrażenie, że ten człowiek wie, iż ciężko znosił noce. Ciekawe, co Kadek naprawdę o nim myślał. Chata należała do...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.