Lourie Richard - Grawitacja zero

Lourie Richard Richard Lourie – tłumacz literatury słowiańskiej. Dziennikarz, specjalista od stosunków amery - pdf za darmo

10 downloads 81045 Views 1MB Size

Story Transcript


Lourie Richard

Richard Lourie – tłumacz literatury słowiańskiej. Dziennikarz, specjalista od stosunków amerykańsko – radzieckich. Przetłumaczył na angielski około 40 ksiąŜek. W swojej twórczości zajmuje się przewaŜnie historią Związku radzieckiego i jego wpływu na politykę światową. W ksiąŜce”Grawitacja zero” – naleŜącej do nurtu Political fiction – Opisuje pomysł wysłania na księŜyc poety radzieckiego i związane z tym zawirowania polityczne oraz walkę wywiadów.

Prolog

Podczas całego lotu powrotnego z Moskwy polskiemu generałowi okrutnie doskwierał Ŝołądek. Nie dlatego Ŝe generał wypił za duŜo wódki - do tego był przyzwyczajony. RównieŜ nie dlatego Ŝe pomagał Sowietom gnębić Polskę - do tego takŜe przywykł. Powodem był pewien sekret, który mu właśnie zdradzono. Rosjanie zamierzali wysłać na KsięŜyc poetę! To juŜ przekraczało wszelkie granice! Tego generał nie potrafił juŜ strawić. Pomyśleć tylko - jakiś ruski bard, skacząc z krateru na krater, będzie bombardował Ziemię rymowanymi kłamstwami! Nocne niebo zostanie splugawione na zawsze. Sowietów nie sposób powstrzymać, ale moŜna by osłabić efekt, szepnąwszy słówko Amerykanom. MoŜe ci coś wymyślą, Ŝeby zaćmić ów kulturalno-techniczny wyczyn, mistrzowskie pociągnięcie propagandowe. Następnie więc, drogami nazbyt krętymi i powikłanymi, by je tu wyliczyć, informacja ta dotarła do Europy i do Ameryki, ,,na Zachód", jak mawiają w krajach, gdzie słońce zachodzi wcześnie nad smutnymi miastami.

Część pierwsza Rozdział 1 Leonid Popławski był człowiekiem zajętym. Pełnił funkcję radzieckiego attache kulturalnego w Waszyngtonie, a takŜe szefa KGB, któremu podlegała wszelka działalność szpiegowska na Wschodnim WybrzeŜu, czyli - jak to się mówi w tym fachu funkcję „rezydenta". Zdaniem Popławskiego i jedną, i drugą robotę naleŜało wykonywać dobrze, i to nie tylko dlatego, Ŝe im więcej organizował pokazów filmowych, koncertów oraz odczytów, tym mniejsza istniała szansa, Ŝe Amerykanie ustalą, czym naprawdę się para. Lubił sztukę, poniewaŜ była piękna i tak niewiele miała wspólnego z Ŝyciem, tym prawdę mówiąc jednym wielkim bagnem. Popławski wierzył wprawdzie, iŜ sztuka niewątpliwie powinna słuŜyć narodowi i partii, a słuŜyła im najlepiej, trzymając się z dala od Ŝycia. - Zabłoconych buciorów nie uszlachetni chodzenie po perskim dywanie - mawiał chętnie. Jakkolwiek zajęty, Popławski kaŜdego ranka znajdował dziesięć minut na przejrzenie inteligentnie napisanych artykułów z amerykańskiej prasy, postanowił bowiem odnieść ostateczne zwycięstwo w swojej jedenastoletniej walce z językowym arcywrogiem: odmianą zaimków. Po raz pierwszy konflikt wybuchł podczas zajęć w specjalnej szkole w Gatczinie, gdzie studenci pobierali nauki nie tylko w klasach, lecz takŜe w autentycznym amerykańskim miasteczku, skopiowanym ze wszystkimi szczegółami - z domami towarowymi zapchanymi papierem toaletowym, karmą dla psów i porcjowanymi kurczakami; ze stacjami benzynowymi, na których stały automaty z coca-colą i chevrolety opatrzone informacją NA SPRZEDAś, ręcznie wypisaną na kartonikach zatkniętych za przednią szybę; a takŜe z barem McDonalda obsługiwanym przez dziarskie nastolatki.

- Poproszę t ę skrzynkę. Poproszę t ą skrzynkę. Dlaczego nie zwyczajnie: DAWAJ SKRZYNKĘ?! ryknął wówczas Popławski do swojej nauczycielki, która tego dnia obsługiwała kasę w supermarkecie. Nauczycielka wyjaśniła płaczliwie, Ŝe nawet Radzieckiej Akademii Składni nie udało się podać jasnej reguły obowiązującej we wszystkich przypadkach. - No to sam sobie ustalę t ą regułę! - buńczucznie ślubował Popławski, wówczas młody podpułkownik; teraz jednak, wkroczywszy w wiek średni, mając juŜ pułkownika, nadal się zmagał z owym szatańskim lingwistycznym błędnym ognikiem. - Chyba powinien pan tu zmienić to „tą". Dopiero z „tę" to tutaj będzie dobrze - zauwaŜył raz pewien Amerykanin, przeczytawszy komunikat prasowy wystosowany przez sekcję kulturalną ambasady radzieckiej. - To te „tą" jest źle? A tamte „tą"? - odparł Popławski, dźgając palcem papier i marszcząc brwi w skupieniu graniczącym z furią. - T a m t o „tą" jest dobrze, ale t o „tą" musi pan zmienić na „tę". Tego „tą" uŜył pan nieprawidłowo. - Te „tą" zmienić, a tego „tą" nie ruszać? - upewnił się Popławski. - Właśnie. Tylko, jeśli mi wolno, t o „tą", nie t e „tą". T o „tą" na „tę". - Ale dlaczego tamto „tą" jest dobrze, a te... to znaczy, to „tą" muszę zmieniać? - Bo to tutaj „tą" odnosi się do tego... o, do tego, czyli tu to „tą" w innym przypadku, w narzędniku, „z tą", a tutaj ma pan biernik, więc to „tą" trzeba zastąpić przez „tę", rozumie pan, tamtego „tą" nie, ale to „tą" tutaj tak, na „tę", biernik, bo z tym „tą" to błąd gramatyczny... - Dosyć, dosyć! - krzyknął Popławski; w jego głosie dźwięczało równocześnie błaganie i groźba. Ciche, pojedyncze stuknięcie w drzwi oznaczało, Ŝe z Popławskim chce się widzieć śywkin, zastępca attaché kulturalnego. OdłoŜywszy „Washington Post", Popławski bardzo uwaŜnie wsłuchał się w echo tego pukania: wiedział, Ŝe kaŜde ludzkie działanie zdradza więcej, niŜ powinno. Jeśli idzie o śywkina, zdrada mogła obejmować, ni mniej, ni więcej, tylko samego Popławskiego. A niby dlaczego nie miałby mnie zdradzić? pomyślał. Nie wierzy w to, Ŝebym dalej awansował, więc nie widzi powodu podczepiać własnej kariery do mojej. Po drugie, uwaŜa mnie za człowieka staroświeckiego, skazanego na śmietnik historii. Sam jest nowoczesny i ambitny, więc wie równie dobrze jak ja, Ŝe stanowisko rezydenta na amerykańskim WybrzeŜu Wschodnim moŜe się okazać odskocznią do ogromnej władzy. JeŜeli śywkin nie łaknie zdrady i destrukcji, to nie ma czego szukać w KGB. - Proszę! - Telegram, towarzyszu attache kulturalny. - PołóŜcie go, proszę, tutaj. - Popławski skinieniem głowy wskazał swoje biurko. Nie podnosząc wzroku obserwował, jak w polu widzenia zjawia się ręka zastępcy; wypatrywał najlŜejszego drgnięcia ścięgien, które by potwierdziło jego podejrzenia. Starannie wymanikiurowane paznokcie, na pierwszym stawie kaŜdego palca rzadka kępka czarnych włosków: Popławski nie lubił tej ręki i wyczuwał, Ŝe ona równieŜ go nie lubi. - Dziękuję - rzucił i spojrzał na śywkina. Twarz zastępcy była czujna, oficjalna, doskonale nieprzenikniona. - Towarzyszu attache kulturalny, mamy problem z przepływem gotówki - oznajmił śywkin. - A to czemu? - Bo tylu Amerykanów sprzedaje nam tajemnice technologiczne, Ŝe grozi nam częściowa niewypłacalność - odparł zastępca. Podlegała mu sfera pozyskiwania technologii i tak bardzo go zaprzątało nabywanie róŜnych podejrzanych gadŜetów, Ŝe nigdy nie zadał sobie trudu, by pójść na jakiś balet niedopatrzenie zdradzające, zdaniem Popławskiego, kiepski gust i zły system wartości. - Czy naprawdę potrzebujemy kaŜdego ustrojstwa, które oni tutaj wymyślą? - zapytał Leonid Nikołajewicz.

- Chyba nie muszę wam tłumaczyć, towarzyszu attache kulturalny, jak wielkie znaczenie ma to, Ŝeby Amerykanie prowadzili większość zaawansowanych badań - oświadczył śywkin z lekka protekcjonalnym tonem. - Inna moŜliwość to pozwolić naszym naukowcom na podróŜe zagraniczne, na udział w kongresach i czytanie zagranicznej literatury, a sami wiecie, co to oznacza... dziesięć tysięcy Sacharowów. - Płaćcie! -jęknął Popławski. - Chcę wam teŜ przypomnieć, Ŝe o dziesiątej macie spotkanie z Hartleyem Schmaltzerem. - Dziękuję za przypomnienie. - Popławski tonem głosu dał do zrozumienia, Ŝe rozmowa skończona. Ostatecznie wszelkie istotne sprawy zostały juŜ przekazane - telegram doręczony, kwestia płatności ustalona, spotkanie odnotowane. Ale najwaŜniejszy był w tym wszystkim ton, którym śywkin zwracał się do zwierzchnika rozprawiając o nauce; ton dostatecznie arogancki, by przekonać Popławskiego, jakimi to motywami kieruje się podwładny. Ten człowiek miał w Ŝyciu tylko jeden cel: zniszczyć Leonida Nikołajewicza, a zatem sam siebie skazał juŜ na zagładę. Bądź co bądź łysiejący, wielkouchy i staroświecki Popławski nie miał sobie równych, kiedy przychodziło do poŜerania tych, którzy chcieli poŜreć jego. Otworzył telegram. ŚCIŚLE TAJNE. LOT ZAŁOGOWY NA KSIĘśYC PLANOWANY WCZESNĄ JESIENIĄ. ZAŁOGA WIELONARODOWA, MIĘDZY INNYMI POETA WIKTOR WIKTOROW, KTÓRY Z KSIĘśYCA ODCZYTA SWOJE WIERSZE. ZAŁOśENIA PROJEKTU: HUMANIZACJA, NIE MILITARYZACJA KOSMOSU. OFICJALNY KOMUNIKAT AGENCJA TASS NADA 1 MAJA. ŚRODKI OSTROśNOŚCI NIEZBĘDNE CELEM UTRZYMANIA MAKSYMALNEGO WPŁYWU NA OPINIĘ PUBLICZNĄ. ODPOWIEDZIALNOŚĆ SPOCZYWA NA WAS. TAKśE W KWESTII PRZYGOTOWANIA KAMPANII POMOCNICZEJ, (KOMUNIKATY PRASOWE, WYSTAWY FOTOGRAMÓW ITP.) SZCZEGÓŁY WKRÓTCE. Niezwykłe, pomyślał Popławski. Niezwykłe, a zatem podejrzane. Wszystko to zbyt nowoczesne jak na jego gust. Opinia publiczna. AleŜ Stalin by się uśmiał. Od czystek do opinii publicznej, i to zaledwie w pięćdziesiąt lat. Tak czy owak naleŜało działać ostroŜnie. Kultura, choć znaczy tyle co nic, moŜe być źródłem powikłań. Poza tym musiały istnieć inne przyczyny lotu na KsięŜyc, inne „twarde" naukowe i militarne powody zbyt delikatnej natury, Ŝeby je powierzyć telegramowi. Owe szczegóły pokonają ocean bezpiecznie zamknięte w czyjejś głowie. W „teczce z parą uszu", jak Ŝartobliwie określał Popławski takich posłańców. śywkin z pewnością zna treść telegramu, nie mówiąc juŜ o ludziach z kryptografii. Teraz Popławski miał dwa waŜne powody, Ŝeby nie ufać nikomu z bezpośrednio mu podległej organizacji. Po pierwsze, śywkin mógł juŜ do nich dotrzeć. A po drugie, komu w ogóle moŜna ufać? Zmiął telegram, który nasączono specjalnym środkiem chemicznym, i wrzucił go do kosza, takŜe potraktowanego specjalnymi chemikaliami. Zawsze z przyjemnością się przyglądał, jak papier leci do tej małej studni zniszczenia. Opadłszy na dno, telegram na chwilę jakby wpadł w popłoch; jak gdyby wszystko, co istnieje, wiedziało, kiedy jego byt jest zagroŜony. Zmięta kulka papieru natychmiast zaczęła się dematerializować, była coraz bardziej przezroczysta, choć zachowała swoje kontury. I nagle zostały same kontury, a potem nie było juŜ nic, całkiem nic, prócz kilku mikroskopijnych chemicznych drobinek: gdyby człowi...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.