Mapa przeznaczenia - Glenn Cooper

O książce Podczas gaszenia pożaru w klasztorze Ruac zostaje odnaleziony manuskrypt. Intrygujący jest już - pdf za darmo

9 downloads 47382 Views 2MB Size

Recommend Stories


mapa graczy
null - pdf za darmo

Mapa wyjazdu
null - pdf za darmo

mapa zasadnicza
null - pdf za darmo

Mapa [K] 02m
null - pdf za darmo

mapa wersja 2
mapa wersja 2 - pdf za darmo

Story Transcript


O książce Podczas gaszenia pożaru w klasztorze Ruac zostaje odnaleziony manuskrypt. Intrygujący jest już sam fakt, że został ukryty pod tynkiem w bibliotece. Kiedy konserwator książek, Hugo Pineau, przygląda się wysłanej do Paryża księdze, ze zdumieniem stwierdza, że napisana jest szyfrem i zawiera schematyczną mapę oraz kopie naskalnych malowideł. W dodatku z jedynego niezaszyfrowanego zdania wynika, że jej autor miał 220 lat. Pineau i jego przyjaciel, archeolog Luc Simard, wyruszają do Ruac i korzystając z mapy, odnajdują jaskinię, której ściany pokryte są rysunkami z okresu paleolitu, przedstawiającymi trzy rośliny. Simard wciąga do współpracy swoją byłą dziewczynę, Sarę Mallory – specjalistkę od botaniki prehistorycznej – informuje o odkryciu władze i powołuje zespół specjalistów do zbadania systemu jaskiń. Komuś to jednak najwyraźniej przeszkadza, bo wkrótce zaczynają ginąć ludzie.

GLENN COOPER Amerykański pisarz i scenarzysta filmowy, z wykształcenia lekarz. Ukończył archeologię na Uniwersytecie Harvarda, następnie studia medyczne w Tufts Medical School. Przez kilka lat pracował jako internista. Poszukując nowych wyzwań, stworzył wraz z grupą młodych naukowców firmę Indevus Pharmaceuticals, produkującą leki wykorzystywane przy leczeniu raka i zaburzeń urologicznych. Kierował nią przez 16 lat. Wolne chwile poświęcał innej pasji – pisaniu scenariuszy; założył nawet własną firmę producencką. W 2009 zadebiutował jako pisarz thrillerem Biblioteka umarłych. Prawa do przekładu sprzedano do 29 krajów. Kolejne tytuły pisarza to Księga dusz, Mapa przeznaczenia i Nadchodzi diabeł.

PODZIĘKOWANIA Przede wszystkim dziękuję Simonowi Lipskarowi, którego traktuję nie tylko jak agenta, ale też jak wspólnika w sztuce oraz inicjatywie pisarskiej. Dzięki jego wkładowi ta książka jest po prostu lepsza. Dziękuję także Angharad Kowal za jej doskonałe reprezentowanie mnie w Wielkiej Brytanii. Jak zwykle moja pierwsza czytelniczka, Gunilla Lacoche, nie szczędziła mi słów zachęty. Fascynująca i wszechstronnie uzdolniona Polly North podarowała mi pierwszą książkę o urodzonych pod nieszczęśliwą gwiazdą kochankach, Abélardzie i Heloizie, oraz zainspirowała do umieszczenia ich w mojej powieści. Miranda Denenberg była tak uprzejma, że pozwoliła mi zapoznać się ze swoją doskonałą pracą doktorską na temat interpretacji prehistorycznych malowideł jaskiniowych, która stała się wspaniałym wstępem do obszernej literatury dotyczącej tego tematu. Laura Vogel, zadziwiająca specjalistka od psychiatrii i miłośniczka literatury, pomogła mi nadać moim postaciom charakter, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Moje fantastyczne redaktorki z wydawnictwa Random House, Kate Elton i Georgina Hawtrey-Woore, robią dużo więcej niż wydawanie moich książek, pomagają mi rozwijać karierę, co nie pozostaje niezauważone. I jeszcze toast dla całego panteonu moich mentorów archeologów, z których część już odeszła, lecz pozostała w mojej pamięci, szczególnie dla niezrównanego Johna Wymera, mojego byłego teścia. I wreszcie dla Tessy, która wciąż jest dla mnie opoką.

PROLOG Region Périgord, Francja, rok 1899 Dwaj mężczyźni ciężko dyszeli, zsuwając się po śliskim gruncie i próbując znaleźć sens w tym, co przed chwilą ujrzeli. Niespodziewana letnia ulewa zupełnie ich zaskoczyła. Wędrująca szybko nawałnica nadeszła, gdy badali jaskinię, i błyskawicznie zalała strugami deszczu wapienne urwiska, aż pionowe skalne ściany pociemniały, a nad całą doliną rzeki Vézère zawisła niska powała ciemnych chmur. Zaledwie godzinę wcześniej, stojąc na skalnej półce w ścianie klifu, Édouard Lefevre, dyrektor szkoły, wskazywał młodszemu kuzynowi Pascalowi charakterystyczne punkty terenu. Na tle błękitnego nieba rysowały się wyraźnie w oddali iglice wież kościelnych. Promienie słoneczne odbijały się jaskrawymi odblaskami od powierzchni rzeki. Na rozległej równinie rozciągały się pola dorodnego jęczmienia. Lecz kiedy po wypaleniu ostatniej zapałki wyszli z mrocznej jaskini na światło dzienne, odnieśli takie wrażenie, jakby malarz zdecydował się zacząć od nowa i zamazał cały krajobraz szarą farbą. Pod górę szło im się łatwo i bez pośpiechu, za to podczas drogi powrotnej nastąpiły dramatyczne momenty, gdy kaskady deszczu siekły strome zbocza, czyniąc ścieżki błotnistymi i zdradliwymi. Co prawda obaj zaliczali się do wytrawnych piechurów i nosili odpowiednie obuwie, ale żaden nie miał doświadczenia w poruszaniu się po wąskich i śliskich półkach skalnych w zacinającym deszczu. Mimo to ani razu nie pomyśleli o powrocie i szukaniu schronienia w jaskini. — Koniecznie musimy powiadomić władze! — oznajmił Édouard, ocierając pot z czoła i przytrzymując gałąź, żeby Pascal mógł bezpiecznie przejść. — Jeśli się pospieszymy, wrócimy do hotelu przed zapadnięciem zmroku. Raz za razem musieli łapać się konarów drzew, żeby nie upaść, a w pewnym momencie Édouard nawet chwycił Pascala za kołnierz, kiedy przestraszył się, że kuzyn straci równowagę i runie w przepaść. Zanim dotarli do samochodu, byli przemoczeni do suchej nitki. Auto należało do Pascala, a właściwie do jego ojca, gdyż tylko ktoś tak bogaty, jak dobrze prosperujący bankier, mógł sobie pozwolić na samochód równie nowoczesny jak Peugeot typ 16. Lecz chociaż miał dach, ulewa wlała się do wnętrza. Jedynie koc wciśnięty pod fotel okazał się stosunkowo suchy, ale przy prędkości sięgającej dwudziestu kilometrów na godzinę obaj i tak szybko zaczęli dygotać z zimna, toteż propozycja zatrzymania się w pierwszej kawiarni przy drodze i wypicia czegoś na rozgrzewkę została przyjęta jednogłośnie. W wiosce Ruac znajdowała się tylko jedna kawiarnia, a o tej porze dnia przy małych okrągłych stolikach siedziało kilkunastu klientów. Bez wyjątku byli to ogorzali, na oko gburowaci wieśniacy, i gdy do lokalu weszli obcy, wszyscy jak jeden mąż urwali w pół słowa. Byli wśród nich myśliwi polujący na dzikie ptactwo, którzy zostawili strzelby oparte rządkiem o ścianę na tyłach kawiarni. Jakiś starszy człowiek wskazał przez okno samochód, powiedział coś szeptem do człowieka stojącego za ladą i zaczął gardłowo chichotać. Édouard i Pascal, wyglądający jak zmokłe szczury, usiedli przy wolnym stoliku. — Dwie duże brandy! — złożył głośno zamówienie starszy z nich. — Im szybciej, tym

lepiej, monsieur, bo jeszcze skonamy tu na zapalenie płuc! Właściciel kawiarni sięgnął po butelkę i ją odkręcił. Był mężczyzną w średnim wieku z kruczoczarnymi włosami, długimi bokobrodami i dłońmi pełnymi odcisków. — To wasz? — zapytał Édouarda, ruchem głowy wskazując za okno. — Mój — odpowiedział Pascal. — Widzieliście tu już taki automobil? Właściciel lokalu pokręcił głową i zrobił taką minę, jakby chciał splunąć na podłogę, ale zapytał tylko: — Skąd przybywacie? Klienci kawiarni znowu zamilkli. Wizyta obcych była ich jedyną wieczorną rozrywką. — Przyjechaliśmy na wakacje — odrzekł Édouard. — Zatrzymaliśmy się w Sarlat. — Kto przyjeżdża do Ruac na wakacje? — zdziwił się z uśmiechem właściciel, stawiając przed nimi kieliszki z brandy. — Niedługo przyjedzie tu mnóstwo ludzi — zapewnił Pascal, lekko urażony pogardliwym tonem mężczyzny. — Co chcesz przez to powiedzieć? — Gdy tylko rozejdą się wieści o naszym odkryciu, będziecie tu gościli ludzi aż z samego Paryża — oznajmił z dumą. — A nawet z Londynu. — Odkrycie? Jakie odkrycie? Édouard chciał uspokoić kuzyna, lecz ten, wyraźnie pobudzony, nie zamierzał milczeć. — Wybraliśmy się na spacer krajoznawczy wzdłuż krawędzi urwiska. Wypatrywaliśmy rzadkich ptaków, ale znaleźliśmy jaskinię. — Gdzie? Kiedy opisywał marszrutę, Édouard jednym haustem wypił trunek i gestem poprosił o drugi kieliszek. Właściciel kawiarni zmarszczył czoło. — W tej okolicy jest wiele jaskiń. Cóż tak niezwykłego zobaczyliście w tej, na którą się natknęliście? Gdy tylko Pascal zaczął mówić, Édouard wyczuł, że wszyscy obecni wpatrują się w usta jego kuzyna, chciwie łapiąc każde słowo. Jako nauczyciel zawsze podziwiał jego umiejętność opowiadania, ale teraz, słuchając tej kwiecistej relacji, wrócił myślami do właśnie odkrytego przez nich cudu. Zamknął nawet na chwilę oczy, by szybciej przypomnieć sobie obrazy, które wyłowiły z mroku rozmigotane płomyki zapałek, toteż uszło jego uwagi, że barman lekko skinął głową ludziom siedzącym za nimi. Z zamyślenia wyrwał go głośny trzask. Właściciel kawiarni patrzył na niego, wydymając wargi. Uśmiechał się? Kątem oka spostrzegł, że głowa Pascala opadła na piersi i że leci z niej krew, ale miał tylko czas, żeby jęknąć: — Och! I jego głowę przeszyła kula. *** W kawiarni unosił się zapach prochu. Zapadła cisza, aż w końcu mężczyzna z myśliwską strzelbą w rękach zapytał: — I co teraz z nimi zrobimy? Barman zaczął wydawać polecenia: — Zabierzcie ich do gospodarstwa Duvala, poćwiartujcie i rzućcie świniom na pożarcie. A gdy zapadnie zmrok, ściągnijcie konie i odholujcie tę ich maszynę gdzieś daleko.

— A więc ta jaskinia naprawdę istnieje — mruknął staruszek. — Czyżbyś kiedykolwiek w to wątpił? — syknął właściciel kawiarni. — Zawsze wiedziałem, że ktoś ją w końcu odnajdzie. Spojrzał na leżącego u jego stóp Édouarda i pomyślał, że może splunąć i nie będzie musiał potem czyścić podłogi. Grudka flegmy wylądowała na zakrwawionym policzku mężczyzny.

1 Zaczęło się od zwarcia w pogryzionym przez myszy kablu biegnącym głęboko pod tynkiem. Iskra spadła na listwę z kasztanowego drewna i roznieciła żar. A gdy stara wysuszona deska buchnęła płomieniem, z północnej ściany klasztornej kuchni zaczął wydobywać się dym. Gdyby stało się to w dzień, kucharz lub któraś z sióstr — może nawet sam opat Menaud, który lubił tu zaglądać na szklankę ciepłej wody z cytryną — z pewnością wszczęliby alarm albo przynajmniej sięgnęli po gaśnicę wiszącą pod zlewem, ale stało się to w nocy. Z kuchnią sąsiadowała biblioteka opactwa. Z jednym wyjątkiem, nie było w niej niczego szczególnie ważnego albo cennego, lecz stanowiła nieodłączny element historii tej okolicy, tak samo jak napisy na sarkofagach w krypcie lub nagrobkach na cmentarzu. Oprócz gromadzonych przez pięć wieków...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.