MAPA TRZECH MĘDRCÓW

JAMES ROLLINSMAPA TRZECH MĘDRCÓWcykl Sigma #2 Tytuł oryginalny: Map of Bones Z angielskiego przełożył ARKAD - pdf za darmo

4 downloads 43233 Views 4MB Size

Recommend Stories


mapa graczy
null - pdf za darmo

mapa zasadnicza
null - pdf za darmo

Mapa wyjazdu
null - pdf za darmo

mapa wersja 2
mapa wersja 2 - pdf za darmo

Story Transcript


JAMES ROLLINS MAPA TRZECH MĘDRCÓW

cykl Sigma #2 Tytuł oryginalny: Map of Bones Z angielskiego przełożył ARKADIUSZ NAKONIECZNIK ISBN: 83-7359-439-9 Wydawnictwo: Albatros 2006 Aleksandrze i Aleksandrowi - oby wasze życie lśniło jak gwiazdy PODZIĘKOWANIA Praca nad tą książką wymagała wsparcia mnóstwa osób: przyjaciół, rodziny, krytyków, kustoszy, agentów biur podróży, pomywaczy i opiekunów zwierząt. Przede wszystkim dziękuję Carolyn McCray, która pierwsza kreśliła na czerwono każdą stronę, oraz Steve’owi Preyowi za myśli i pomysły, które na tych stronach zamieniły się w dzieła sztuki. Z ogromną przyjemnością dziękuję gronu przyjaciół, z którymi co dwa tygodnie spotykałem się w restauracji Coco’s. Są to: Judy Prey, Chris Crowe, Michael Gallowglas, David Murray, Dennis Grayson, Dave Meek, Royale Adams, Jane O’Riva, Dan Needles, Zach Watkins oraz Caroline Williams. Serdecznie dziękuję mojej przyjaciółce z Dalekiej Białej Północy, Diane Daigle, za pomoc lingwistyczną. Specjalne podziękowania kieruję do Davida Sylviana za niespożytą energię, wsparcie i entuzjazm, oraz do Susan Tunis za niestrudzone weryfikowanie faktów. Dziękuję sir Laurence’owi Gardnerowi za książki, które stały się dla mnie inspiracją, a także Davidowi Hudsonowi za pionierskie badania naukowe. Na koniec pragnę wymienić cztery osoby, które niezmiernie cenię zarówno jako przyjaciół, jak i doradców: moją redaktorkę Lyssę Keusch, jej koleżankę May Chen, oraz moich agentów Russa Galena i Danny’ego Barora. Jak zawsze pragnę podkreślić, że ponoszę całkowitą odpowiedzialność za wszelkie błędy lub niedokładności, jakie mogły się znaleźć na kartach tej powieści. Dzieło literackie, jeśli ma zachwycać precyzją, musi stanowić odbicie faktów. Nawet

jeśli prawda bywa niekiedy dziwniejsza od fikcji, to fikcja zawsze musi sięgać korzeniami prawdy. W tym sensie wszystkie dzieła sztuki, relikwie, katakumby i skarby opisane w tej książce są prawdziwe, tak samo jak opisany w niej historyczny ślad. Nauka, która stanowi jądro niniejszej opowieści, odzwierciedla aktualny stan badań oraz najnowsze odkrycia. Po złupieniu przez cesarza Fryderyka Barbarossę Mediolanu relikwie przekazano Rainaldowi von Dasselowi, arcybiskupowi Kolonii (1159 - 67) w podzięce za to, że doradzał i wiernie służył cesarzowi. Nie wszyscy byli jednak zadowoleni, widząc, iż tak wielki skarb opuszcza Italię, i nie wszyscy zamierzali się temu bezczynnie przyglądać...

fragment L’histoire de la Sainte Empire Romaine (Historii Świętego Cesarstwa Rzymskiego), 1845, Histoires Littéraires PROLOG

Marzec 1162 Ludzie arcybiskupa umknęli w cień wypełniający dolinę. Za nimi, na przełęczy, przeraźliwie rżały konie zasypywane i dźgane ostrogami. Wtórowały im ludzkie okrzyki, wrzaski i przekleństwa. Stal dźwięczała niczym kościelne dzwony, ale nie w bożej sprawie toczyła się ta walka. Straż tylna musi wytrzymać! Brat Joachim kurczowo ściskał cugle wierzchowca ześlizgującego się po stromym stoku. Naładowany wóz dotarł już bezpiecznie na dno doliny, ale naprawdę bezpieczni będą, gdy pokonają jeszcze całą milę. Jeżeli dadzą radę. Joachim rozpaczliwie poganiał klacz. Kiedy z pluskiem i chlupotem przebrnęli przez lodowaty strumień, odważył się zerknąć za siebie. Choć wiosna była tuż - tuż, to w górach wciąż niepodzielnie panowała zima. Ośnieżone szczyty o graniach ostrych jak brzytwy lśniły oślepiająco w promieniach zachodzącego słońca, ale tu, w zacienionych wąwozach, topniejący śnieg zamienił grunt w grząskie błoto. Konie zapadały się tak głęboko, że w każdej chwili mogły połamać nogi. Koła wozu grzęzły niemal po osie. Pojazd poruszał się coraz wolniej, aż w końcu znieruchomiał. Joachim spiął wierzchowca ostrogami, by dołączyć do żołnierzy przy wozie. Nadjechali kolejni jeźdźcy, z tyłu napierali następni. Powinni jak najprędzej dotrzeć do szlaku wspinającego się na grań po drugiej stronie doliny. - Wio! Wio! - wykrzykiwał woźnica, poganiając konie batem. Zwierzęta naparły ze wszystkich sił, lecz bez rezultatu. Zaskrzypiały powrozy i łańcuchy, z nozdrzy buchnęły kłęby pary, ludzie klęli na czym świat stoi. Powoli - zbyt powoli - wóz ruszył z donośnym mlaskaniem przypominającym odgłos, jaki wydobywa się z

rozpłatanej mieczem piersi. Najważniejsze, że znowu jechał naprzód. Za każde opóźnienie płacili ludzkim życiem. Z przełęczy za ich plecami dobiegały krzyki konających. Straż tylna musi wytrzymać jeszcze dłużej. Wóz wolno wspinał się pod górę. Trzy wielkie kamienne sarkofagi coraz mocniej naprężały liny. Gdyby któraś z nich pękła... Brat Joachim zrównał się z wozem. Natychmiast podjechał do niego drugi zakonnik, Franz. - Zwiadowcy donoszą, że szlak przed nami jest bezpieczny. - Relikwie nie mogą wrócić do Rzymu. Musimy dowieźć je do niemieckiej granicy. Franz skinął głową. Istotnie, relikwie nie były bezpieczne na italskiej ziemi szczególnie teraz, kiedy prawowity papież został wygnany do Francji, a w Rzymie rządził uzurpator. Konie ciągnęły coraz żwawiej, stąpając po twardym gruncie, niemniej posuwali się naprzód co najwyżej w tempie piechura. Joachim co chwila odwracał się w siodle i z niepokojem patrzył na pozostawioną z tyłu grań. Szczęk oręża ucichł, od ścian doliny odbijały się echem już tylko jęki i szlochanie. Mogło to oznaczać jedno: straż tylna została pokonana. Joachim wytężał wzrok, lecz w głębokim cieniu lasu porastającego zbocze poniżej skalnych grani niewiele mógł dostrzec. A potem nagle ujrzał metaliczny błysk. W plamie słonecznego blasku pojawiła się samotna sylwetka w błyszczącej zbroi. Nawet gdyby Joachim nie zauważył czerwonego smoka na napierśniku, i tak od razu rozpoznałby porucznika czarnego papieża. Pogański Saracen przybrał chrześcijańskie imię Firebras, po jednym z paladynów Karola Wielkiego. Przewyższał swoich ludzi co najmniej o głowę. Prawdziwy olbrzym. Miał na rękach więcej chrześcijańskiej krwi niż ktokolwiek, ale przyjąwszy w minionym roku chrzest, Saracen stanął u boku kardynała Oktawiana, czarnego

papieża, który przybrał imię Wiktora IV. A teraz trwał nieruchomo w plamie słonecznego blasku, najwyraźniej ani myśląc ruszać w pogoń. Wiedział, że jest już za późno. Wóz wreszcie dotarł do grani i wjechał na prowadzącą wzdłuż jej krawędzi drogę z głębokimi koleinami. Teraz już nic nie powinno ich zatrzymać. Od niemieckiej ziemi dzieliła ich zaledwie mila. Zasadzka zastawiona przez Saracena na nic się zdała. Uwagę Joachima zwróciło nagłe poruszenie. Firebras ściągnął z pleców ogromny łuk, czarny jak cień, wyjął strzałę z kołczanu i powoli naciągnął cięciwę. Joachim zmarszczył brwi. Po co on to robi? Co chce w ten sposób osiągnąć? Strzała poszybowała w górę, na chwilę znikła w blasku słońca nad granią. Chwilę później, niczym nurkujący jastrząb, uderzyła w wieko środkowego sarkofagu. Chociaż wydawało się to nieprawdopodobne, kamienne wieko pękło z trzaskiem, zerwały się liny, wszystkie trzy skrzynie zsunęły się ku tyłowi wozu. Ludzie rzucili się, by uchronić sarkofagi przed upadkiem na ziemię. Natychmiast zatrzymano wóz, ale za późno: jeden z sarkofagów zjechał z wozu prosto na żołnierza, miażdżąc mu nogę i miednicę. Powietrze rozdarł przeraźliwy wrzask nieszczęśnika. Franz zsunął się z końskiego grzbietu, doskoczył do tych, którzy już starali się dźwignąć sarkofag, uwolnić żołnierza, a co ważniejsze, umieścić sarkofag z powrotem na wozie. Pierwsza część zadania się powiodła, ale nie mogli uporać się z drugą. - Liny! - ryknął Franz. - Dawajcie liny! Jeden z żołnierzy poślizgnął się, sarkofag przechylił się na bok, ponownie uderzył o ziemię, kamienne wieko odpadło z łoskotem. Z tyłu, za ich plecami, rozległ się szybko narastający tętent. Odwracając się, Joachim

wiedział już, co zobaczy. Konie z odzianymi na czarno jeźdźcami na grzbietach pędziły ku nim z ogromną prędkością. Wpadli w drugą zasadzkę. Joachim siedział nieruchomo na swoim wierzchowcu. Wiedział, że nie ma ucieczki. Franz otworzył szeroko usta - nie ze strachu, lecz ze zdumienia, ujrzawszy zawartość rozbitego sarkofagu... A raczej jej brak. - Pusty! - wykrzyknął młody zakonnik. - Jest pusty! Franz jednym susem znalazł się na wozie i wybałuszył oczy. - Nic... - wykrztusił, osuwając się na kolana. - Ani śladu... Co z relikwiami?! Popatrzył na spokojnego Joachima. - Ty... Wiedziałeś? Joachim przeniósł wzrok na zbliżających się szybko jeźdźców. Ta karawana była jedynie fortelem, przynętą, która miała ściągnąć na siebie uwagę ludzi czarnego papieża. Prawdziwy kurier wyruszył dzień wcześniej z kilkoma mułami i relikwiami ukrytymi w wiązce siana. Co prawda Firebras skąpie dzisiaj ostrze swego miecza we krwi, ale relikwie nigdy nie dostaną się w ręce czarnego papieża. Nigdy. Czasy obecne 22 lipca, 23.46 Kolonia, Niemcy Zbliżała się północ. Jason podał iPod Mandy. - Posłuchaj. Najnowszy singel Godsmack. Jeszcze nawet niewydany w Stanach. I co ty na to? Jej reakcja nieco go rozczarowała: Mandy wzruszyła ramionami z obojętną miną, po czym odgarnęła do tyłu czarne włosy o zabarwionych na pomarańczowo końcach i włożyła słuchawki do uszu. Poły kurtki rozchyliły się na tyle, by odsłonić czarny T - shirt ciasno opięty na piersiach wielkości jabłek. Jason gapił się na nie. - Nic nie słyszę - powiedziała Mandy, wzdychając zniecierpliwiona.

No jasne. Jason przeniósł spojrzenie na iPod i wcisnął „play”, po czym odchylił się do tyłu i oparł na rękach. Siedzieli na wąskim trawniku okalającym szeroki deptak zwany Domvorplatz. Otaczał on ogromną gotycką katedrę, wzniesioną na wzgórzu i dominującą nad miastem. Wzrok Jasona powędrował w górę, na bliźniacze wieże ozdobione niezliczonymi kamiennymi rzeźbami niekoniecznie religijnej natury. Oświetlone blaskiem reflektorów wydawały się czymś nie z tego świata. Nasłuchując muzyki sączącej się ze słuchawek iPoda, Jason patrzył na Mandy. Oboje uczyli się w Boston College i dotarli do Kolonii podczas wakacyjnej wędrówki z plecakami po Niemczech i Austrii. Wyruszyli na tę wyprawę jeszcze z dwójką przyjaciół, Brendą i Karlem, tamci jednak woleli zwiedzać miejscowe puby, niż uczestniczyć w mszy o północy. Mandy...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.