Masterton Graham Imperium H

GRAHAM MASTERTON IMPERIUM Z angielskiego przełożył PAWEŁ WIECZOREK Tytuł oryginału: EMPRESS Copyrignt ©uran - pdf za darmo

7 downloads 48988 Views 3MB Size

Story Transcript


GRAHAM MASTERTON IMPERIUM Z angielskiego przełożył PAWEŁ WIECZOREK

Tytuł oryginału: EMPRESS Copyrignt ©uranam Masterton i 966 All rights reserved Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014 Polish translation copyright © Paweł Wieczorek 2014 Redakcja: Lucyna Lewandowska Zdjęcie na okładce: Nejron Photo/Shutterstock Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz Skład: Laguna ISBN 978-83-7885-731-0 Książka dostępna także jako e-book Dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk sp, z o.o. sp. j. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (22) 721 30 00, faks (22) 721 30 01 www.olesiejuk.pl Sprzedaż wysyłkowa ‒ księgarnia internetowa www.merlin.pl www.fabryka.pl www.empik.com Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C. Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com 2014. Wydanie II Druk: Opolgraf S.A., Opole

Dla Wiescki

Gdy tego burzowego popołudnia Henry wrócił do domu, stanął w holu, by otrząsnąć parasol, i zawołał: „Indie, kochanie! Dali mi Indie!”, pierwszą myślą Lucy nie były pałace ani słonie czy książęta z brylantami na czołach. Jakby otworzyły się w jej głowie z nagłym klekotem, przypomniała sobie czernione pudełka z cynowej blachy stojące na półkach w głębi sklepu Darlingów i zamknięte w nich tajemnicze, suche jak pył ostre zapachy, które tak bardzo lubiła wdychać, i pomyślała, jak niezwykły musi być kraj, w którym jada się potrawy pachnące skórą do butów, prochem strzelniczym, suszonymi kwiatami i ogniem. Widziała już oczywiście ‒ za każdym razem, gdy do Oak City zjeżdżał cyrk ‒ żywe słonie, a w żurnalach zdjęcia zaklinaczy węży, indyjskich bazarów i Tadż Mahal, ale to właśnie otwieranie wieczek pudełek i wąchanie przypraw sprawiło, iż rozumiała, że mimo swojej odległości i odmienności Indie nie są literacką opowieścią, lecz faktem. A teraz Henry wrócił do domu z plackami deszczu na ramionach i radośnie oznajmił, że ten daleki i obcy kraj będzie należał do nich. ‒ Kozieradka i kminek ‒ powiedziała, wyciągając do niego ramiona. ‒ Chili, kurkuma i garam masala... ‒ Słucham? ‒ zapytał ze śmiechem. Pocałowała go. Miał mokre baki. ‒ Indie! ‒ zawołała. ‒ Indie! ♦ ♦ ♦ Kiedy leżała w nocy obok śpiącego męża w wielkim łożu z mosiężnymi kolumnami, uświadomiła sobie, że los znacznie wcześniej wprowadził do jej

życia Indie. Przyniósł je ze sobą niemal pięć lat wcześniej, w odległości tysięcy mil od miejsca, w którym się teraz znajdowała ‒ w Kansas, na początku czerwca, kiedy w Oak City znowu pojawił się wuj Casper. Nieczęsto pozwalała sobie myśleć o tym, co wydarzyło się tamtego lata. Ciągle jeszcze robiło jej się wtedy sucho w ustach i zaczynała dygotać. Wpatrywała się w ciemności w sufit i zastanawiała, czy Bóg podarował jej Indie jako spóźnioną pociechę za to, co się stało, czy też to, co się stało, było ceną spełnienia marzenia, o które tak naprawdę nigdy nie prosiła.

1 Gdy usłyszała gwizd pociągu, balansowała niczym linoskoczek na otaczającym tylne podwórze pani Sweeney płocie, ale nie wiedząc, że jedzie nim wuj Casper, nie zwróciła na niego specjalnej uwagi. Spacer po sztachetach wymagał pełnej koncentracji ‒ należało rozłożyć szeroko ramiona, trzymać wysoko parasol, stawiać stopy jedną za drugą, opanować lekkie bujanie się ciała i robić krok po kroku, wysoko unosząc nogi. Wyglądała jak mechaniczna marionetka. Słońce przeświecało przez jej długą spódnicę w biało-niebieskie pasy i bawełniany czepek. ‒ Zatrzymaj się i wyprostuj! ‒ zawołała pani Sweeney, która przez cały czas ją obserwowała, jakby mogła jej pomóc zachować równowagę siłą woli. ‒ I nie patrz na stopy! Pociąg ponownie zagwizdał. Lucy zrobiła kolejne dwa kroki, zatrzymała się, znowu zrobiła trzy kroki, stanęła, po czym chwiejnie doszła do rynny i złapała się jej obiema rękami. ‒ Nie było tak źle ‒ stwierdziła pani Sweeney. ‒ Nie wiem, co pomyśleliby o tym Forepaugh i Sells, ale jak dla mnie może być. Pomogła swojej uczennicy zeskoczyć z płotu. Lucy wyciągnęła spódnicę z reform, wygładziła ją dłońmi i przykucnęła na pozbawionym oparcia krześle, aby włożyć buty. ‒ Myśli pani, że mogłybyśmy jeszcze potańczyć? ‒ spytała, mrużąc

oczy. ‒ Nic z tego. Już jestem wytańczona, dziękuję bardzo ‒ odparła pani Sweeney. ‒ Poza tym zaraz muszę iść do Leonarda Judda i zająć się jego korespondencją. Zawsze kończyła lekcję tańca chodzeniem po płocie, twierdząc, że wzmacnia to stopy i poprawia zmysł równowagi. Przed ślubem chodziła po linie w cyrku Forepaugha i Sellsa, podróżując z nim po całym kraju. Złamała w tym czasie mnóstwo serc i mogła o tym opowiadać bez końca. ‒ Tylko jednego walca... ‒ poprosiła Lucy. ‒ Wie pani, że mogłabym tańczyć przez cały dzień! Pani Sweeney odprowadziła ją do furtki. ‒ Jesteś jak mój Sean. „Mógłbym umrzeć, tańcząc”, mawiał. I tak się stało, niech Bóg ma go w swojej opiece. Pan wezwał go do siebie na balu hodowców bydła, w czasie polki! Lucy zaciągnęła wstążki na swoim czepku. ‒ Założę się, że w dalszym ciągu tańczy gdzieś w niebie. Pani Sweeney pociągnęła nosem. ‒ Całkiem możliwe... Ale na pewno nie polkę. Nie sądzę, aby nasz Pan i jego niebiańska świta tańczyli polkę. I na pewno nie z nim. Lucy nigdy do końca nie wiedziała, kiedy pani Sweeney mówi poważnie, a kiedy żartuje. Zawsze ubierała się w żałobną czerń, a jej ściągnięta trójkątna twarz sprawiała wrażenie wiecznie zirytowanej, miała jednak zuchwałe irlandzkie poczucie humoru i dlatego ‒ no i oczywiście dlatego, że udzielała lekcji tańca ‒ większość ludzi w Oak City nazywała ją Podskakującą Kozicą. Prawdopodobnie miała czterdzieści parę lat, ale bez trudu mogłaby uchodzić za sześćdziesięciolatkę. Lucy ją uwielbiała, ponieważ podczas lekcji, gdy raz za razem okrążały pokój na górze o skrzypiącej podłodze, raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, jak para malutkich tancerzy wirujących na szczycie pozytywki, zawsze opowiadała o balach, na których bywała w młodości w Nowym Jorku, zanim upadła (przez duże „U”) i przyłączyła się do cyrku. „Och, te tańce, moja droga! Białe rękawiczki, strusie pióra, gazowe żyrandole i migocząca biżuteria! Lakie-

rowane powozy i mężczyźni z tak wysokimi kołnierzykami, że przez cały wieczór musieli wpatrywać się w sufit!”. W Oak City w stanie Kansas niewiele tańczono ‒ zresztą nie było ku temu wielu powodów. Miasteczko było skupiskiem drewnianych domków zbudowanych na wygwizdowie przy trasie kolei Kansas Pacific, między Hays City i Fort Wallace. Od czasu do czasu któryś z miejscowych chłopaków skrzykiwał ludzi na potańcówkę w stodole, a raz w roku armia organizowała bal bożonarodzeniowy, na którym dziewczyny mogły zatańczyć z oficerami, choć była to jedynie zbieranina krostowatych, śmierdzących rumem i potykających się o własne nogi napalonych kozłów. Pomijając te nieliczne okazje, w Oak City tańczyły tylko trawy i kurz, a jedyną muzyką, jaką tu słyszano, było zawodzenie pianoli w barze na rogu oraz śpiewy w niedzielę rano w kościele. O Wiekuista Skało, trwaj przy mnie... Było tu za to mnóstwo nieba i jeszcze więcej wiatru, a kiedy nie wiało ‒ jak tego właśnie dnia ‒ panowała cisza. ‒ Do zobaczenia w czwartek, pani Sweeney ‒ powiedziała Lucy. Zamknęła za sobą furtkę i podciągnęła spódnicę, aby nie brudząc jej, przejść alejką prowadzącą do głównej ulicy. Było gorąco i bardzo cicho, spokoju nie zakłócał klekot powozów. Powietrze wypełniał charakterystyczny zapach prerii: woń siana i kurzu, zmieszany z aromatami suszonych przypraw. Lucy skierowała się do sklepu ojca. Obcasy jej butów z wysoką cholewką stukały o chodnik z drewnianych bali. Skończyła właśnie siedemnaście lat, miała jeszcze maleńkie piersi i wąskie biodra, ale była wysoka jak strzeliste drzewo ‒ podobnie jak matka. Jej włosy były tak jasne i delikatne, że matka zwykła mawiać, iż utkał je karzeł Titelitury. Miała dość długi, ale prosty nos, pokryty bladymi piegami u nasady, i oczy tak błękitne, że ludzie nie mogli uwierzyć, iż mogą istnieć tęczówki takiego koloru ‒ miały barwę płatków chabrów. Jedynym elementem twarzy, którego Lucy u siebie nie lubiła, były usta. Nawet jeśli nie była w ponurym nastroju i na nikogo się nie obraziła, często wyglądały, jakby była obrażona na cały świat. Nuciła walca Niemieckie serca i szła, zataczając kółka. Raz-dwa-trzy!

Raz-dwa-trzy! Kiedy doszła do sklepu ojca, ponownie usłyszała gwizd pociągu i zobaczyła rozkwitające na niebie kłęby czarnego dymu. Drzwi większości znajdujących się przy Main Street budynków były szeroko otwarte z powodu upału i zupełnego braku wiatru. Wnętrza wszystkich lokali wypełniał cień, a każdy z nich miał charakterystyczny zapach. W budynku Rynku Mięsnego, gdzie rzeźnicy w melonikach i zbrązowiałych od krwi fartuchach rozbierali półtusze wołów opasowych, unosił się zapach surowego mięsa, biuro L. Judda, agenta nieruchomości i pożyczek, gdzie pani Sweeney pracowała popołudniami, przepełniała woń wody lawendowej i papieru, w drogerii Helmsleya królował zapach cukierków na kaszel i goździków, a w Produktach Suchych i Odzieży J.A. Overbaya pachniało materiałem dżinsowym i pastą do butów. O fronton Rynku Mięsnego opierało się dwóch młodych rzeźników ze splecionymi na piersi ramionami. Jeden był czerwony jak burak, drugi blady jak mleko. Palili krótkie cygara i mrużyli oczy przed jaskrawym słońcem. Lucy znała zarówno Boba Wonderly'ego, jak i Williama Zanga. Chodzili razem do szkoły w Oak City. ‒ Tańczyłaś, ślicznotko? ‒ zapytał Rumiany. ‒ Co powiesz na jeszcze jeden mały taniec dla starego kumpla Boba? Lucy uśmiechnęła się pod cienistym rondem kapelusza i pokręciła głową. ‒ Hej, Lucy! ‒ nie odpuszczał chłopak. ‒ Chodź do nas! Nie zachowuj się jak nadęta dama! Miałabyś ochotę na trochę wołowej wątroby? Jego kolega parsknął śmiechem. ‒ A niech mnie! Wołowa wątroba! Widać, że romantyzm jeszcze nie zginął! Może lepiej zapytaj, czy nie chciałaby trochę flaków? ‒ Możesz sobie żartować, a ja się cieszę, że niektórzy mogą jeszcze kręcić nosem na wątrobę ‒ odparł Bob Wonderly. ‒ To pierwszej klasy wątroba, do diaska. Nie rośnie na drzewach. Lucy przecięła ulicę i weszła na duży zapylony plac przed stacją kol...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.