Ofiara - Joyce Carol Oates

Joyce Carol Oates OFIARA przełożył Tomasz Kłoszewski Tytuł oryginału: The Sacrifice Copyright © 2015 b - pdf za darmo

4 downloads 32709 Views 2MB Size

Recommend Stories

Story Transcript


Joyce Carol Oates OFIARA przełożył Tomasz Kłoszewski

Tytuł oryginału: The Sacrifice Copyright © 2015 by The Ontario Review All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI Copyright © for the Polish translation by Tomasz Kłoszewski, MMXVI Wydanie I Warszawa, MMXVI

Spis treści Dedykacja Matka Odnaleziona Biały glina Oddział ratunkowy, szpital Świętej Anny Przesłuchanie Red Rock Schowana Kuzynki Oficer śledcza Anioł Gniewu Dobry sąsiad Szczęściarz Pasierbica Misja

Pokusa Uwiedzenie Krucjata Nazistowsko-rasistowskie świnie Przeniesiona Dobry syn Bliźniacy Bezpieczne schronienie Żółte włosy Nagroda Krucjata Męczennik Zepsuta lalka Nawrócona Siostry

Jeszcze żyje Marsz Dziesięciu Tysięcy Posłowie

Dla Richarda Levao i Charliego Grossa

Matka 6 PAŹDZIERNIKA 1987 ROKU PASCAYNE, NEW JERSEY „Widział kto moją córeczkę? Moje dziecko? Mój skarb?”. Krzyk narastał, jakby zbliżał się pochód, a przecież była sama. Szła Camden Avenue w Red Rock, ubogiej dzielnicy Pascayne, na którą składało się dwanaście przecznic leżących blisko siebie między autostradą stanową a rzeką Passaic. Szła w cieniu majaczącego nad nią złowróżbnie mostu Pitcairn Memorial niczym starotestamentowa matka, która poszukuje zaginionego dziecka. Szła, zataczając się w niezdarnym pośpiechu, w zawiązanej niedbale na głowie ciemnoczerwonej chustce, a ubranie wisiało luźno na jej obfitym, pozbawionym talii ciele. Na ulicach Depp, Washburn, Barnegat i Crater byli tacy, którzy rozpoznawali jej twarz, chociaż nie wiedzieli, jak się nazywa, i tacy, którzy znali ją jako Ednettę – Ednettę Frye, jedną z kobiet Anisa Schutta. Większość nie była pewna, czy Anis Schutt nadal żył z tą kobietą w średnim wieku i czy w ogóle kiedyś z nią mieszkał. Widzieli ją i obcy, którzy nigdy nie słyszeli o Ednetcie Frye ani o Anisie Schutcie, ale stawali w miejscu na widok bólu malującego się na jej twarzy i błagalnego spojrzenia, na dźwięk niskiego, gardłowego, drżącego głosu: „Czy kto widział moją dziewczynkę? Sybillę?”. Był późny, oślepiająco jaskrawy poranek cuchnący rzeką Passaic – słodkawy, chemiczny odór mieszał się z ostrą, cierpkawą wonią zgnilizny. Poranek, który nastał po ulewnej nocy – na popękanych chodnikach stały kałuże lśniące jak sreberka po czekoladkach.

„Sybilla, moja córeczka, widział ją kto?”. Zrozpaczona matka miała przy sobie fotografie, które pokazywała spłoszonym, choć najczęściej życzliwym ludziom; rozmawiała z nimi, wykorzystując coś pozornie przypadkowego – nieupozowane zdjęcia ciemnoskórej dziewczyny o błyszczących oczach, z leciutkim zezem i dziecinnym, szczerbatym uśmiechem. Na niektórych fotografiach dziewczynka miała nie więcej niż jedenaście lub dwanaście lat, na nowszych wyglądała na czternaście. Czarne, bujne i sztywne włosy zaplecione w warkoczyki były zebrane z tyłu nad zmarszczonym czołem i przewiązane jaskrawą wstążką. Gęste rzęsy ocieniały ciemne migdałowe oczy – takie jak u matki. „Sybilla wygląda młodo jak na swój wiek, jest ufna, do każdego się uśmiecha”. W zakładzie fryzjerskim Jubilee, w salonie manikiuru Ruby’s Nails, w knajpce Jax Rib Joint, w koreańskim spożywczaku, w biurze Liberty (poręczenia majątkowe), w lombardzie Scully’ego, w sklepie charytatywnym Pascayne Veterans, w ośrodku pomocy społecznej hrabstwa Passaic i w zatłoczonej stołówce szpitala James J. Polk Memorial, a także na wystawionym na hulające wiatry placu Hicks Square i na kilku pokrytych graffiti przystankach autobusowych na Camden zdyszana Ednetta Frye gotowa była pytać każdego – czy ktoś widział jej córkę? Drżącymi palcami rozkładała fotografie jak talię kart. „Widzieliście Sybillę? Nie? Na pewno?”. Czepiała się ich ramion, żeby nie upaść; wyglądała na odurzoną i zdezorientowaną – ubranie w nieładzie, opaska ściągająca jej sztywne natłuszczone włosy przekrzywiona. Na nogach miała przemoczone tenisówki, przetarte w okolicach małych palców z zadziwiającą, prawie idealną symetrią.

„Od wtorku jej nie ma. Dzień i noc, i kolejna noc, przez cały ten czas myślałam, że jest ze swoją kuzynką Martine na Dziewiątej Ulicy, chadza tam czasem po szkole i zapomina do mnie zadzwonić, więc myślałam, że tam właśnie jest. Ale teraz mi mówią, że tam jej nie ma, a w szkole powiedzieli, że nie pokazała się od wtorku. Podobno od września, kiedy zaczęła się szkoła, często wagarowała, ale ja o niczym nie miałam pojęcia, a teraz nikt nie wie, gdzie jest moje dziecko. Jak kto widział moją Sybillę, to proszę, nich do mnie zadzwoni, do Ednetty Frye. Mój numer to…”. Piękne oczy, przekrwione, z popękanymi naczynkami krwionośnymi, patrzyły w niemym cierpieniu; skóra w odcieniu ciepłego, lśniącego mahoniu, oleisty połysk twarzy odbijający rozproszone światło lekko zachmurzonego nieba. Z bliska Ednetta wydawała się krępa: miała wielkie, obwisłe piersi przypominające worki na wodę, szerokie biodra i uda, ale nie była gruba, raczej mięsista i twarda, silna i wytrzymała, wręcz wyzywająca, w nieokreślonym wieku po czterdziestce, z dziewczęco płaczliwą miną na obrzmiałym obliczu skrzywdzonej dojrzałej kobiety. „Proszę! Widzieliście ją? Och, ale kiedy? Po wtorku? Nie ma jej już dwa dni i dwie noce…”. Wzdłuż szerokiej, wietrznej Trenton Avenue chwiejnym krokiem nadciągała Ednetta Frye; zaglądała do Diamond Café, do sklepu z perukami Wig-a-Do, do AMC Loans & Bail-Bond (pożyczki hipoteczne), do ośrodka charytatywnego Goodwill, gdzie kierownik zaproponował, że zadzwoni pod dziewięćset jedenaście i zgłosi zaginięcie jej córki, ale Ednetta cofnęła się z przestrachem i zawołała półgłosem: „Nie! Żadnej policji! A skąd wiem, że to nie policja z Pascayne, że to nie oni zabrali moją dziewczynkę?”.

Wyszła z Goodwill, potknąwszy się w drzwiach, i szeptała pod nosem: „O Boże, Boże, nie pozwól im skrzywdzić mojego maleństwa, Boże, okaż miłosierdzie”. Westchnęła i ruszyła dalej Trenton Avenue, mijała zamknięte okiennice biur i sklepów, a potem poszła przez Penescott na Freund, gdzie stoją szeregowe domki z czerwonobrunatnego piaskowca, podzielone teraz na mieszkania, i dalej na Port i na Sansom, do małych, jednopiętrowych, otynkowanych drewnianych budynków stojących tuż przy popękanych i poprzerastanych chwastami chodnikach. Ktoś patrzący z boku mógłby pomyśleć, że marszruta zrozpaczonej kobiety była przypadkowa i chaotyczna, zaplanowana z jakąś pokrętną logiką – czasami Ednetta przechodziła przez jezdnię po kilka razy w tym samym miejscu. Na tych ulicach spotykała mniej osób, więc stukała do drzwi, zerkała w głąb słabo oświetlonych wnętrz, kilka razy odważnie zaglądała przez okna i pukała w szyby: „Przepraszam! Mogę o coś spytać? Moja córka, Sybilla Frye, nie ma jej od wtorku, ktoś widział kogo podobnego do niej?”. Jęczała pod nosem, przechodząc przez puste parcele zawalone śmieciami i błotniste zaułki. Zaczęła utykać, była zadyszana, rozkojarzona. Wydawało się, że skręciła nie tam, gdzie chciała, ale nie miała zamiaru zawrócić. Gdzieś blisko wściekle ujadał pies. W górze samolot z ogłuszającym rykiem podchodził do lądowania na międzynarodowym lotnisku w Newark i Ednetta wygięła szyję, by spojrzeć w niebo, na którym ukazał się boży znak, niezbadany i straszny. Poniżej leżały opuszczone i zaniedbane domy, jak rozpadająca się czynszówka z piaskowca na Sansom, znane miejsce, w którym przesiadywali narkomani, nastolatki, bezdomni i psychicznie

chorzy, a do którego Ednetta Frye zbliżyła się lekkomyślnie. „Halo? Jest tu kto? Halo! Halo!”. Nie wahała się wchodzić na jezdnię, zatrzymywać samochody i tłumaczyć zaskoczonym pasażerom: „Przepraszam! Jestem Ednetta Frye, to moja córka, Sybilla, ma czternaście lat. Widziałam ją ostatni raz, kiedy szła do szkoły, a teraz mówią, że nigdy tam nie dotarła. To było we wtorek”. Podawała zdjęcia Sybilli nieznajomym, a oni patrzyli na nie ponuro, zwracali je i zapewniali, że nie widzieli dziewczyny, ale tak, będą się za nią rozglądać. Na rogu Sansom i Piątej dało się wyczuć ostre podmuchy wiatru znad rzeki – świeże, wilgotne powietrze i ciężki, słodkawy odór gnijących liści i walających się w zaułkach śmieci. I tam, przy krawężniku, Ednetta Frye zatrzymała się, by odpocząć, jak robotnik zmęczony wysiłkiem, który okazał się daremny. Nikt nie bywa tak osamotniony jak pozbawiona nadziei matka, która bezskutecznie poszukuje swojego dziecka. Zaciśnięte dłonie przyciskała do piersi, jakby bolało ją serce, i patrzyła daleko przed siebie, na podniesiony most Pitcairn, rozłożony teraz jak wielki, prehistoryczny drapieżny ptak, i na widoczne w tle niebo, które z wolna nabierało krwistej barwy, a na jej twarzy lśniły łzy. Nie wstydziła się ich Ednetta, bo nawet nie zdawała sobie sprawy, że płacze, i nie uniosła dłoni, by je otrzeć. * TA BIEDNA KOBIETA BYŁA TAK WYSTRASZONA, ŻE PRAWIE ODCHODZIŁA OD ZMYSŁÓW, NIE WIEDZIAŁA NAWET, Z KIM ROZMAWIA! Tego ranka, szóstego października 1987 roku, kiedy Ednetta Frye przez kilka godzin szukała córki i rozpytywała

przechodniów w podupadłej części śródmieścia Pascayne, między Camden Avenue i Dwunastą Ulicą, rozmawiała głównie z kobietami. Później przypomniało ją sobie około sześćdziesięciu osób. Wśród nich było kilka kobiet, które znały Ednettę Frye z sąsiedztwa i widywały ją często z dziećmi (podobno jej własnymi), w tym z córką Sybillą, ale żadna z nich nie widziała Sybilli przez ostatnie czterdzieści osiem godzin. Mogłyby przysiąc. Były wśród nich i takie, które znały Ednettę od lat – nawet od trzydziestu lub trzydziestu pięciu – jeszcze z czasów, kiedy były dziewczętami i mieszkały w domach komunalnych zbudowanych za Roosevelta, dawno już wyburzonych i zastąpionych przez nieukończoną „esplanadę”, która okazała się długim na pół kilometra pasmem betonu i błota, przerdzewiałych płotów z siatki i połamanych, trzepoczących na wietrze plastikowych znaków UWAGA! BUDOWA. WSTĘP WZBRONIONY. W latach pięćdziesiątych chodziły do podstawówki East Edson i do liceum Pascayne South High. Niektóre z nich poznały Ednettę, kiedy była młodą matką – pierwsze dziecko urodziła, mając szesnaście lat; musiała rzucić szkołę i już nigdy ni...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.