Ostatni bus do Coffeville

===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U= Copyright © for the Polish edition by Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., 2015 - pdf za darmo

3 downloads 17627 Views 2MB Size

Story Transcript


===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

Copyright © for the Polish edition by Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., 2015 Grupa Wydawnicza PWN ul. Gottlieba Daimlera 2 02-460 Warszawa tel. 22 695 45 55 www.dwpwn.pl Menedżer Pionu Wydawniczego: Monika Kalinowska Wydawca: Marcin Kicki Przekład: Magdalena Rabsztyn Redakcja: Renata Bubrowiecka Korekta: Katarzyna Juszyńska, Malwina Łozińska Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Zdjęcia na okładce: Andrey Bayda/Shutterstock, Emanuele Colombo/Shutterstock Przygotowanie wersji elektronicznej: Ewa Modlińska Skład wersji elektronicznej na zlecenie Domu Wydawniczego PWN: Marcin Kapusta Tytuł oryginału: Last Bus to Coffeeville Copyright: © J. Paul Henderson, 2014 ISBN 978-83-7705-806-0 (ePub) ISBN 978-83-7705-807-7 (Mobi) Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy. Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo. Więcej na www.legalnakultura.pl Polska Izba Książki ===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

Spis treści

Prolog Część pierwsza. Podróże w czasie 1. Gene i Nancy 2. Bob 3. Jack 4. Eric Część druga. Podróże w przestrzeni 5. Dwie góry i płaskowyż 6. Nashville 7. Coffeeville Epilog Podziękowania ===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

Pamięci Amandy i Stanleya ===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

Prolog

– Gene, zaczęło się. Głos był niższy, niż go zapamiętał, i brzmiał starzej, lecz Gene nie miał żadnych wątpliwości, do kogo należy. W jednej chwili zrozumiał także znaczenie wypowiedzianych słów. – Już do ciebie jadę, Nancy – odpowiedział. Dopiero po odłożeniu słuchawki zorientował się, że nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie jest Nancy. Rozmowy liczące osiem słów mają swoje ograniczenia. ===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

CZĘŚĆ PIERWSZA PODRÓŻE W CZASIE

===PgY/Wm0LMgdiBDwNa1hsXmxVMwI7DmoMPAo4CzoDM1U=

1 Gene i Nancy

Urodziny Doktorka Eugene Chaney lub, jak nazywała go większość osób, Doktorek, siedział na tarasie na tyłach swojego domu, pił kawę i zastanawiał się, czy okoliczne ptaki fałszują. Uznał, że tak, i krzyknął do nich: – Zamknijcie te cholerne dzioby! W rzeczywistości ptaki śpiewały tak samo jak zwykle, ani lepiej, ani gorzej. Patrzyły na Doktorka, który poprawił się w fotelu. Przywykły do jego nastrojów, jednak tego dnia wydawał się jakiś inny. I faktycznie: skończył właśnie siedemdziesiąt dwa lata. Eugene Chaney III przeszedł na emeryturę siedem lat wcześniej i bez trudu przestawił się na tryb życia przez jego sąsiadów opisywany jako mizantropijny. Doktorek wzdrygnąłby się przed tym określeniem. Owszem, był nietowarzyski, ale żeby od razu nazywać go mizantropem? Nic podobnego. Po zakończeniu ostatniego dnia pracy Doktorek wyrzucił charakterystyczne dla swojego życia zawodowego garnitury i muszki i zastąpił je koszulami w kratę i sztruksami. Zapuścił włosy i zaczesywał je do tyłu w stylu dziadka Waltona, postaci z serialu telewizyjnego, emitowanego w czasach, kiedy był młodszy. Wyhodował również bujne wąsy na modłę Franka Zappy, muzyka rockowego z okresu swojej młodości, i znowu zaczął palić. Codzienne życie Doktorka nie wymagało już od niego żadnego wysiłku. Budził się rano, schodził do salonu i włączał telewizor. Na ogół coś czytał. Czasami gdzieś szedł lub jechał. Robił coś, żeby zapełnić czas, żeby go zabić. Wieczorem wypijał dwa kieliszki czerwonego wina, niecierp​liwie czekając końca dnia, a nocą spał niespokojnie, często się budząc. Był ustawicznie zmęczony. Ale rocznica jego urodzin zawsze wyglądała inaczej. W ten jeden dzień w roku pozwalał sobie spojrzeć na swoje życie i przemyśleć jego wady. Był to groźny, choć konieczny zawór bezpieczeństwa. Doktorka intrygowało, jak człowiek może przebywać na świecie od siedemdziesięciu dwóch lat i ciągle mieszkać nieco ponad piętnaście kilometrów dalej od miejsca, w którym się urodził. Zastanawiał się nad poświęceniem życia na pomaganie innym i jednoczesną niezdolnością do pomocy sobie, a także

analizował przyczynę, dla której koniec końców wybrał samotność. Przede wszystkim zaś rozważał kruchość życia, jego brak sensu i logiki oraz nieznośny ból wywołany utratą bliskich. Eugene Chaney został lekarzem z rozpędu, z braku wyobraźni. Był potomkiem lekarzy. Jego pradziadek, Robert Chaney, nie miał wprawdzie odpowiednich kwalifikacji, ale wyrobił sobie nazwisko i zbił niewielki majątek na sprzedawaniu specyfików będących w gruncie rzeczy cudownym panaceum na wszystkie dolegliwości. Dzięki dochodom z ich sprzedaży dziadek Doktorka, Eugene Chaney, poszedł na studia medyczne i został prawdziwym lekarzem ogólnym, tak samo i jego ojciec, Eugene junior. W miasteczku, w którym mieszkali, nazwisko Eugene Chaney stało się synonimem medycyny i wszyscy spodziewali się, że Eugene Chaney III podąży wydeptaną rodzinną ścieżką. Doktorek ich nie zawiódł. Choć nie przepełniało go gorące pragnienie niesienia ludziom pomocy, chciał przynajmniej utrzymać standard życia, do jakiego był przyzwyczajony, i – szczerze mówiąc – pożądał pozycji społecznej, jaka wiązała się z tytułem lekarza. Ponieważ z łatwością przyswajał wiedzę oraz nie miał innego pomysłu na życie, jesienią 1960 roku zapisał się na Akademię Medyczną przy Uniwersytecie Duke’a. Do Karoliny Północnej pojechał nowiutkim samochodem otrzymanym od rodziców. Wszystko było piękne i mogło być tylko lepsze. Przez jakiś czas zresztą rzeczywiście takie było. Ale tylko do pewnego momentu. Jakżeż to życie czasem jest dalekie od bajki! Jak się okazało, Eugene Chaney, kończąc Akademię Medyczną, w zasadzie nie był zainteresowany ani utrzymaniem dotychczasowego standardu życia, ani osiągnięciem pozycji społecznej, o jakiej niegdyś marzył. Uczelnię opuścił za to z niemal obsesyjną potrzebą mycia rąk oraz – po traumie w postaci sekcji przydzielonych mu zwłok – ze wstrętem do wołowiny, który trwał cztery lata. Ale większym zmartwieniem dla człowieka mającego być lekarzem przez kolejnych czterdzieści lat – a potencjalnie jeszcze większym dla społeczności, której miał służyć – było to, że ukończył studia całkowicie pozbawiony zainteresowania medycyną. Na szczęście tę obojętność równoważyły podstawowe umiejętności Doktorka, jak też świadomość własnych ograniczeń – odczuwał radość, wręcz ulgę, mogąc odesłać pacjentów do specjalistów, kiedy nie był pewien diagnozy. Pacjenci przychodzili do niego w różnych stanach słabości. Doktorek widział części ciała, których wolałby nigdy więcej nie oglądać, a każdego dnia był świadkiem degradacji zdrowych niegdyś ciał, rujnowanych przez choroby i upływający czas. Przytłaczała go władza, jaką miał, oraz ciężar odpowiedzialności, przez który raz za razem cierpiał. Powinien zmieniać życie pacjentów na lepsze, lecz najczęściej musiał

radzić sobie z ich oczekiwaniami, wyjaśniając przewlekłość toczącej ich choroby, a czasem przekazywać najgorsze wieści. W przeciwieństwie do swoich pacjentów Doktorek cenił sobie nieścisłość nauk medycznych i porównywał się do zwykłego małomiasteczkowego mechanika samochodowego, który próbuje rozgryźć awarie elektroniki w luksusowym aucie z importu. Mało tego, nikt nie był tak zaskoczony jak on, gdy któryś z jego pacjentów rzeczywiście wracał do zdrowia. Jego największym i jedynym spełnieniem zawodowym było płukanie uszu zatkanych woskowiną. Chociaż Doktorek na tym etapie życia raczej nie opisałby siebie jako nietowarzyskiego, to nijak nie można go było określić mianem osoby „do ludzi”. Dziwić może więc fakt, że wśród pacjentów cieszył się opinią człowieka życzliwego i uchodził za współczującego lekarza – wszyscy chwalili jego spokojny i krzepiący tembr głosu. To właśnie pacjenci zaczęli nazywać go Doktorkiem – i ten przydomek do niego przylgnął. Pierwszą posadę Doktorek znalazł w małym miasteczku w stanie Maryland, położonym u podnóża gór Catoctin i otoczonym sadami jabłoniowymi. Niezbyt dobrze wróżyło dla poziomu przyszłej konwersacji to, że wszyscy lekarze z tamtejszej przychodni żartowali, iż stan Mary wskazuje już na mary. Miasteczko chełpiło się tym, że na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko przypada w nim dziesięciu policjantów. Doktorek nie wiedział, czy slogan ten powinien go cieszyć, czy martwić. Przez wiele lat zastanawiał się nad tym, gdzie było rzeczonych dwudziestu policjantów przypisanych do jego żony i dziecka w dniu ich śmierci. Bo z całą pewnością ich nie chronili. Cztery lata po przyjeździe do Marylandu Doktorek zakochał się drugi raz w życiu. Jak się również okazało, także ostatni. Nazywała się Beth Gordon, miała dwadzieścia pięć lat i prowadziła niedużą kwiaciarnię nieopodal jego gabinetu. Doktorek został zaproszony na kolację przez kolegę lekarza i uznał za stosowne pojawić się z bukietem kwiatów dla jego żony. Nie palił się do tego wieczornego spotkania i z doświadczenia wiedział, jak się potoczy. Lekarze będą rozmawiali na tematy zawodowe i omawiali plany rozwoju, a ich żony wymienią się przepisami na desery jabłkowe i wynajdą odpowiednie partie dla Doktorka. (Doktorek był jedynym lekarzem stanu wolnego i dlatego uważano, że jest do wzięcia). Gdy Doktorek wszedł do kwiaciarni, klientów obsługiwała dwójka pracowników, ale to Beth się do niego odezwała. – Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – spytała. – Szukam kwiatów – odpowiedział Doktorek. – Trafił pan we właściwie miejsce. Tu jest ich pełno. Doktorek poczuł do niej natychmiastową sympatię. Wyjaśnił, na jaką okazję

potrzebuje bukietu, i poprosił, żeby wybrała coś stosownego. Gdy Beth dopasowywała kwiaty, kolory oraz zieleń dekoracyjną, wdali się w pogawędkę – a właściwie w potyczkę słowną bardziej niż w towarzyskie pogaduszki...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.