Pacjent zero - Jonathan Maberry

Spis treści Karta tytułowa Karta redakcyjna Od autora Część pierwsza. Sztywny Część druga. Bohaterow - pdf za darmo

15 downloads 25355 Views 2MB Size

Recommend Stories


Zero-sen-1
Zero-sen-1 - pdf za darmo

William Gibson - Graf Zero
WILLIAM GIBSON GRAF ZERO (Count Zero) Graf Zero - Schemat blokowy procedury pustej. Dla D. Quiero hacer - pdf za darmo

Story Transcript


Spis treści Karta tytułowa Karta redakcyjna Od autora Część pierwsza. Sztywny Część druga. Bohaterowie Część trzecia. Bestie Część czwarta. Zabójcy Epilog

Tytuł oryginału: Patient Zero Copyright © 2009 by Jonathan Maberry Copyright for the Polish translation © 2017 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Jaonna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Ilustracja na okładce oraz opracowanie graficzne okładki: Dark Crayon Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydanie II ISBN 978-83-7480-931-3 Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228134743 e-mail: [email protected] www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227213000 www.olesiejuk.pl Skład wersji elektronicznej: [email protected]



Powieść ta dedykowana jest często niewidocznym i zapomnianym bohaterom, którzy działają w tajnych służbach i w wywiadzie.



Od autora

Większość zawartych w tej powieści informacji dotyczących techniki jest zgodna z obecnym stanem wiedzy. Z bardzo nielicznymi wyjątkami sprzęt szpiegowski, systemy komputerowe i broń wykorzystywane przez fikcyjny Wojskowy Departament Nauki są prawdziwe, choć niektóre z tych sprzętów nie są jeszcze dostępne na rynku. Choroby prionowe, w tym śmiertelna bezsenność rodzinna, również są prawdziwe. Pasożyty i choroby wykorzystywane przez Gen2000 są jednak całkowicie fikcyjne, choć zainspirowane podobnymi patogenami znanymi obecnej nauce. Wielu ludzi udzieliło mi pomocy, porad i informacji. Wszelkie błędy, jakie jeszcze pozostały, są moją winą. Poza tym dziękuję: Michaelowi Sicilii z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego; wspaniałej ekipie z Philadelphia Forensic Science Bureau pod kierownictwem głównego inspektora Keitha R. Sadlera i kapitana Daniela Castro; Kenowi Colussi, dowódcy wydziału policji w Lower Makefield; Frankowi Sessie; dr. Bruno Vincentowi z Institut de Pharmacologie Moleculaire et Cellulaire; dr. Kennethowi Storeyowi z Uniwersytetu Carleton; profesorowi Pawłowi P. Liberskiemu z Zakładu Patologii Molekularnej i Neuropatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi; i dr. Peterowi Lukacsowi.



Część pierwsza Sztywny

Bohater nie jest odważniejszy od zwykłego człowieka, ale jest odważny pięć minut dłużej. Ralph Waldo Emerson



Rozdział pierwszy

Jeśli w ciągu tygodnia musiałeś dwa razy zabić tego samego terrorystę, to coś musi być nie tak – z twoimi umiejętnościami albo z twoim światem. A moim umiejętnościom nie można nic zarzucić.



Rozdział drugi

Ocean City, Maryland, sobota, 27 czerwca, 10:22 Dopadli mnie na plaży. Naprawdę niezła robota. Zostałem otoczony przez trzech facetów – dwaj stanęli z przodu, a jeden wielki z tyłu, dokładnie w chwili, kiedy otwierałem drzwi samochodu. Nie rzucali się w oczy, po prostu trzej masywni goście w szarych garniakach, których nie uszyto na miarę, bardzo pocących się w upale. Ten na szpicy uniósł swobodnie ręce. Był upalny sobotni poranek, a ja miałem na sobie spodenki kąpielowe i hawajską koszulę w syreny narzuconą na podkoszulek z Tomem Pettym. Do tego japonki i ray-bany. Moja spluwa, z założoną osłoną spustu, pozostała w zamkniętej na klucz skrzynce na narzędzia w bagażniku. Poszedłem na plażę, by sprawdzić, jak w tym roku obrodziły plażowe króliczki. Od czasu strzelaniny miałem wolne, w poniedziałek czekała mnie rozmowa w tej sprawie w wydziale wewnętrznym. Sytuacja w magazynie była naprawdę paskudna, więc dostałem przymusowy urlop, żeby wszystko sobie przemyśleć. Nie spodziewałem się kłopotów, nie powinienem mieć kłopotów, a ci goście otoczyli mnie w sposób, który miał wywołać jak najmniejsze zamieszanie. Sam bym tego lepiej nie zrobił. – Pan Ledger...? – Detektyw Ledger – poprawiłem w imię zasad. Ani śladu uśmiechu na twarzy gościa na szpicy, jedynie minimalne skinienie. Miał głowę jak wiadro. – Chcielibyśmy, żeby pan z nami poszedł – powiedział. – Odznaka albo spadajcie. Wiadrogłowy spiorunował mnie wzrokiem, ale wyciągnął odznakę FBI i uniósł ją. Skończyłem czytać na inicjałach. – O co chodzi? – Czy mógłby pan pójść z nami? – Nie jestem w pracy, panowie, o co chodzi? Żadnej odpowiedzi. – Macie świadomość, że za trzy tygodnie mam zacząć szkolenie w Quantico? Żadnej odpowiedzi. – Chcecie, żebym pojechał za wami swoim samochodem? Nie zamierzałem spróbować im się wyślizgnąć, ale moja komórka została w schowku terenówki, a miałem wielką ochotę zadzwonić do porucznika i sprawdzić, o co chodzi. Cała sytuacja wydawała mi się dziwna. Nie niebezpieczna, ale dziwna. – Nie, po wszystkim odwieziemy pana na miejsce. – Po czym? Żadnej odpowiedzi. Spojrzałem na niego, a później na jego towarzysza. Wyczuwałem za plecami gościa z tyłu. Byli masywni i dobrze zbudowani – nawet kątem oka widziałem, że Wiadrogłowy

opiera ciężar na podeszwach stóp i zachowuje doskonałą równowagę. Drugi facet z przodu przechylił się lekko na prawo. Miał wielkie kostki dłoni, ale żadnych blizn. Raczej boks niż sztuki walki – bokserzy noszą rękawice. Robili wszystko niemal idealnie, z jednym wyjątkiem – podeszli zbyt blisko mnie. Nie należy podchodzić tak blisko. Ale wydawali się autentyczni. Trudno jest podrobić ten charakterystyczny wygląd FBI. – W porządku – powiedziałem.



Rozdział trzeci

Ocean City, Maryland, sobota, 27 czerwca, 10:31 Wiadrogłowy usiadł obok mnie na tylnym siedzeniu, a pozostali dwaj z przodu. Ten, który wcześniej stał z tyłu, teraz prowadził rządowego forda crown victoria. Dwaj na przodzie mówili tak mało, że równie dobrze mogli być mimami. Włączona klimatyzacja, wyłączone radio. Cudownie. – Mam nadzieję, że nie wracamy do samego Baltimore. Co by oznaczało ponad trzy godziny jazdy, a ja miałem piasek w kąpielówkach. – Nie. Były to jedyne słowa, które Wiadrogłowy powiedział podczas jazdy. Usadowiłem się wygodnie i czekałem. Wybrzuszenie kabury świadczyło, że jest leworęczny. Usadowił mnie po swojej prawej, przez co poła jego marynarki utrudniłaby mi sięgnięcie po jego spluwę, a on sam mógłby odepchnąć mnie prawą ręką, jednocześnie sięgając po broń. Profesjonalne i dobrze przemyślane. Ja postąpiłbym niemal tak samo. Ja jednak nie trzymałbym się skórzanego uchwytu nad drzwiami, jak on to robił. Był to jego drugi niewielki błąd i zastanawiałem się, czy mnie sprawdza, czy też między jego szkoleniem i instynktami jest niewielka luka. Usadowiłem się wygodnie i próbowałem zrozumieć, co się dzieje. Jeśli to miało coś wspólnego z wydarzeniami w dokach, jeśli z jakiegoś powodu wpakowałem się w tarapaty, na miejscu zamierzałem od razu zadzwonić do prawnika. I przedstawiciela związków zawodowych też. Nie ma mowy, żeby to była standardowa procedura. Chyba że chodziło o Bezpieczeństwo Krajowe, a w takim przypadku wezwałbym prawnika oraz zadzwonił do swojego kongresmena. To, co zrobiłem w magazynie, było całkowicie uzasadnione i nie pozwolę, by ktokolwiek twierdził, że jest inaczej. Od osiemnastu miesięcy pracowałem dla jednego z tych wspólnych oddziałów specjalnych, które zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu po jedenastym września. Kilku policjantów z Baltimore, paru gości z Filadelfii i D.C., a do tego federalni: FBI, NSA, ATF i parę innych skrótów, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Nikt właściwie nic nie robił, ale wszyscy chcieli trzymać palec na pulsie na wypadek, gdyby wydarzyło się coś korzystnego, to znaczy dla kariery. W pewnym sensie zostałem zwerbowany. Od kiedy przed kilku laty dostałem odznakę, miałem sporo szczęścia i udało mi się zakończyć dochodzenia w ponadprzeciętnej liczbie spraw, w tym dwóch, które miały luźne powiązania z organizacjami terrorystycznymi. Oprócz tego odsłużyłem cztery lata w wojsku, znałem podstawy arabskiego i farsi. Właściwie znałem podstawy wielu języków. Nie mam problemów z językami, przez co byłem najlepszym kandydatem do inwigilacji. Większość ludzi, których podsłuchiwaliśmy, posługiwała się mieszaniną angielskiego i różnych języków Bliskiego Wschodu. Oddział specjalny zapowiadał się nieźle, ale rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej: umieścili mnie w furgonetce z podsłuchami i przez większość ostatniego roku piłem

stanowczo zbyt dużo kawy z Dunkin’ Donuts i czułem, że tyłek mi wiotczeje. Grupka niezbyt ważnych gości, podejrzanych o terroryzm i luźno powiązanych z szyitami, miała rzekomo planować przemyt potencjalnej broni biologicznej, tak nam w każdym razie powiedziano. Oczywiście nie poznaliśmy żadnych szczegółów, a w takiej sytuacji inwigilacja jest nużąca i zazwyczaj oznacza marnowanie czasu. Kiedy my (to znaczy gliniarze) spytaliśmy ich (to znaczy grube ryby z Bezpieczeństwa Krajowego), czego właściwie szukamy, napotkaliśmy mur milczenia. Wiecie tylko to, co musicie wiedzieć. Z tego właśnie powodu nie jesteśmy wcale aż tak bezpieczni. Tak naprawdę przyczyna była banalna – gdyby powiedzieli nam coś więcej, moglibyśmy odegrać zbyt istotną rolę przy aresztowaniu, a wtedy oni nie mogliby przypisać sobie tak wielkich zasług. Przez to wpakowaliśmy się w kłopoty jedenastego września, a na moje oko od tego czasu sytuacja wcale się nie poprawiła. A później, w poniedziałek, moją uwagę zwróciła pewna rozmowa z komórki, którą podsłuchiwaliśmy. Pojawiło się w niej jedno nazwisko – Jemeńczyka El Mudżahida, całkiem grubej ryby wśród terrorystów – które znajdowało się też na liście najbardziej poszukiwanych. A gość mówił o nim, jakby El Mudżahid był w jakiś sposób powiązany z tym, co robiła ekipa z magazynu. Nazwisko El Mudżahida znajdowało się na wszystkich listach Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, a w furgonetce miałem tak mało roboty, że przeczytałem je po kilka razy. Ponieważ to ja przyniosłem wiadomość, mogłem wziąć udział w ataku zaplanowanym na wtorek rano. Trzydziestu gości w czarnych mundurach BDU z kevlarowymi osłonami, kamerami na hełmach i pełnym osprzętem antyterrorystycznym. Cały oddział został podzielony na czteroosobowe drużyny – dwaj goście z MP5, szpica z glockiem kaliber .40 i jeden z remingtonem 870. W mojej drużynie to ja byłem tym ze strzelbą. Błyskawiczni...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.