Pawel Kornew Czarne Poludnie (Przygranicze 7)

PAWEŁ KORNEW Urodził się w Czelabińsku w 1978 roku. W 2000 roku ukończył studia na wydziale ekonomicznym Czela - pdf za darmo

7 downloads 35523 Views 1MB Size

Story Transcript


PAWEŁ KORNEW Urodził się w Czelabińsku w 1978 roku. W 2000 roku ukończył studia na wydziale ekonomicznym Czelabińskiego Uniwersytetu Narodowego, obecnie pracuje w swojej specjalizacji. Od 2003 roku usiłował znaleźć swoje miejsce w literaturze rosyjskiej. Pisał i zgłaszał opowiadania do licznych konkursów internetowych, jednak bez szczególnych rezultatów. Niezrażony niepowodzeniami kontynuował prace nad kolejnymi rozdziałami pierwszej w karierze powieści „Lód" (polski tytuł „Sopel”). Trzy lata później książka wylądowała na półkach księgarń. I to był strzał w dziesiątkę. Dziewięć miesięcy później „Lód” został wyróżniony prestiżową nagrodą rosyjskiego fandomu Miecz bez imienia. Dzisiaj seria o Przygraniczu ma już w rosyjskiej fantastyce status kultowej, jej polska edycja również odniosła spektakularny sukces. Tymczasem autor z pasją tworząc kolejne tomy (w 2012 roku na rynku rosyjskim pojawił się szósty) z każdą kolejną premierą potwierdza swoją doskonałą literacką formę.

PAWEŁ KORNEW CZARNE POŁUDNIE

Przy Soplu twardziele topnieją. Jeżeli nie zabije cię kula, to dobije cię czar. Nie osmali cię ogień, to skapiejesz na mrozie. Oderwanym skrawkiem naszego świata wstrząsa brutalna wojna. Stary i kruchy porządek ostatecznie się zawalił czas wybrać nowych władców. Ręka, która trzyma nóż, rządzić będzie Przygraniczem. I dlatego wszyscy, którzy chcą się liczyć w nowym układzie sił, szukają Sopla. Sopel, by przeżyć i wyrwać się z Przygranicza, musi szukać noża. Napalm, jak na piromantę przystało, szuka okazji do rozróby. Zanim nastanie Czarne Południe, wszystkim uczestnikom te poszukiwania bokiem wylezą. Niektórym razem z flakami.

PAWEŁ KORNEW

CZARNE POŁUDNIE tłumaczył Marcel Głazowski

fabryka słów Lublin 2012

Spis cyklu: 1. Sopel cz. 1 2. Sopel cz. 2 3. Śliski cz. 1 4. Śliski cz. 2 5. Czarne sny cz. 1 6. Czarne sny cz. 2 7. Czarne południe

Nie mogę kochać tego miasta. Niech serce będzie czystym lodem, A to, co nazywają krwią, jest tylko wodą. Piknik

Przyszedł czas, zamknęły się drzwi. Anioł zaśpiewał i skóra popękała. Wypiliśmy życie, lecz mądrość nie przyszła. Agata Kristi

Rozdział 1

C

óż może być lepszego, niż wyspać się wreszcie jak człowiek? W cieple, suchości i poczuciu bezpieczeństwa, nie martwiąc się, że wytrząsną z ciebie duszę? A jeśli dodać do tego trzy posiłki dziennie? Co? Marzenie idioty. I tyle. A do tego pojedyncza cela? Wszystko zależy od tego, z której strony się spojrzy. Bo tak w ogóle z tą pojedynczą celą nie było mi do śmiechu. Przeciwnie, nerwy miałem napięte jak struny. Miotałem się niczym zwierz w klatce. Hm... No, nie całkiem jak w klatce... raczej w klateczce. Prawie jedną trzecią mojego wąskiego piórnika zajmowała prycza, pod samymi drzwiami umieszczono uchylny stolik. Innego umeblowania nie było. Z pracami remontowymi też tutaj nie przesadzali: na betonową podłogę rzucono linoleum, ściany wyłożono tanimi tapetami. Pod sufitem przez okrągłą dobę świeciła magiczna kula. Na początku nawet mi to nie przeszkadzało, ale teraz czułem rozdrażnienie, nie miałem sił. Rzucić by w nią czymś czy co? Ale kto wie, jeszcze wybuchnie? A w głowie cały czas wiruje jedna myśl — jakoś to miejsce wydaje się dziwnie znajome. Nie, nigdy wcześniej tu nie byłem, ale na pewno przebywałem w pomieszczeniu o podobnym rozkładzie. Jedzenie przynosili trzy razy dziennie, wiadro zmieniali rano i wieczorem. Nie rozmawiali ze mną. Nie wypuszczali. Ale to nie więzienie. Od razu widać. Jednak gdzie mnie zamknęli, nie miałem pojęcia. Sielin, gadzina, niczego nie wyjaśnił. Burknął: „Wszyscy jesteśmy tylko talią kart” i oddał mnie jakimś niedobrym ludziom. Ci najpierw zawiązali mi oczy, a potem przywieźli nie wiadomo gdzie. Piąty dzień tutaj siedziałem i zupełnie nie miałem pojęcia, co dalej. Szans na to, żeby się stąd urwać, nie widziałem w ogóle. Drzwi solidne, nie do wyważenia. Tym bardziej że nie było pod ręką zupełnie nic, czym mógłbym sobie pomóc. Orły z SWB wymiotły mi kieszenie do czysta. Teczkę Jałtina wprawdzie Sielin potem mi zwrócił, ale nie znalazłem w niej niczego, co mogłoby się przydać. Wychodziło na to, że miałem tutaj siedzieć, aż sami zechcą mnie wypuścić. A kiedy nadejdzie ta wiekopomna chwila, to tajemnica okryta mrokiem. Z drugiej jednak strony, może to i lepiej... Prawdę mówiąc, dawno tak nie spędzałem czasu. Jedzenie - spanie, spanie - jedzenie. Karmili tutaj nie najgorzej, grzechem by było się uskarżać. Tak że w sumie wszystko wydawało się w porządku, choć istniało jedno „ale”: nie wiadomo, komu powinienem być wdzięczny za te wczasy. I o co zostanę

poproszony w zamian. Poza tym bardzo bym chciał się dowiedzieć, gdzie są Wiera i Napalm. Nie mówię już o tym, że chciałbym wiedzieć, co się wyprawia w Forcie.

Usiadłem na wąskim łóżku, podniosłem z podłogi zabraną z kliniki w Getcie teczkę Jałtina, zważyłem w dłoni ciężką ampułę z zielonkawą, wyglądającą na tłustą cieczą. Jak by nie patrzeć, ukryte wśród zwykłych medykamentów dwie dawki „Supermagistra” nie mogły w niczym pomóc. Lepiej, żeby zostały jakieś skalpele. Włożyłem ampułę z powrotem do teczki, zamknąłem oczy i oparłem się o ścianę. Co to za miejsce? Najmniejszego śladu magicznej energii! Cholera, nawet u Gospodarza w Siewieroreczeńsku pola energetyczne były zwyczajnie zablokowane. A tutaj jakby je coś pochłaniało do ostatniego karata. A może po prostu to pokój został tak dobrze zekranowany? Kiedy wspomniałem Gospodarza, mój i tak podły nastrój spadł poniżej poziomu podłogi. Żeby tylko nie wziął do siebie mojego zniknięcia. Ze wszystkimi płynącymi z tego konsekwencjami. Szlag jasny, jak tylko się uda porzucić tę miłą gościnę, z miejsca zacznie się kolejny ból głowy. Tak jakby nie starczało mi dawnych kłopotów.

Klucz w zamku przekręcił się prawie bezszelestnie, a ja zerwałem się od razu, odrzucając niepotrzebne myśli. Któż to się zjawił o tej nietypowej porze? Na obiad jeszcze za wcześnie. I w rzeczy samej — zaglądający przez uchylone drzwi niewysoki, szczupły chłopak w wojskowym kamuflażu nie miał przy sobie żarcia. — Do wyjścia — rozkazał i odsunął się. Broni palnej nie widziałem, w pochwie przy pasie wisiał tylko długi tasak. Jakoś tak niepoważnie to wyglądało, prawdę rzekłszy... — Z rzeczami? — zażartowałem, choć nie do końca, lustrując chłopaczka. Niższy ode mnie więcej niż o głowę, nie odznaczał się mocną budową ciała. Smagły. O wydatnych kościach policzkowych. Tatar? A może Kazach? Antropolog ze mnie żaden, nie ma co gadać. Wyglądało na to, że nikt go nie osłaniał. Tacy byli pewni mojego rozsądku? No, no... — Bez różnicy — mruknął, a mnie się wydało, że w jego ustach błysnął złoty ząb. A może nie złoty? Jakiś dziwny ten blask. Może ząb był inkrustowany szlachetnym kamieniem? Oryginalnie... — W takim razie przejdę się bez obciążenia. — Wstałem i bez większego pośpiechu skierowałem się do wyjścia. — Tędy. — Chłopaczek wskazał zamykające korytarz żelazne drzwi. — Dobra — nie dyskutowałem, tylko zakląłem cicho pod nosem.

Ależ wtopiłem! Przecież doskonale znałem to miejsce — długi ciemny korytarz i wszędzie drzwi, mnóstwo drzwi. Wszystkie zamknięte. Teraz już wiedziałem, co się stało z magicznym polem. Żeby jeszcze mieć pojęcie, jakie mogą być tego wszystkiego skutki. Za grubymi drzwiami, przypominającymi wejście do bankowego sejfu, znajdowała się niewielka sala ze schodami prowadzącymi na górę. Po przeciwnej stronie przytaiły się jeszcze jedne drzwi, w ceglanych ścianach ciemniały otwory strzelnic. Dwóch potężnych ochroniarzy z automatami ulokowało się w płytkiej niszy, druga para wartowników uzbrojonych w czaromioty, dreptała przy schodach. Wszyscy w kamuflażach, kamizelkach kuloodpornych i kaskach, ale tak jak i u mojego przewodnika, próżno by szukać znaków rozpoznawczych. A cóż to znowu za nielegalna organizacja militarna? Wartownicy wycelowali w nas czaromioty, ale zaraz uspokoili się, kiedy tylko konwojent przeprowadził mnie do drzwi naprzeciwko i przyłożył do żelaznej płyty owalną metalową blachę. Zamek zadźwięczał melodyjnie, a ja po raz kolejny tego dnia zakląłem pod nosem. Nielegalna formacja zbrojna okazała się jak najbardziej osadzona w prawie — w niewielkim gabinecie czekał na mnie zastępca wojewody, Oleg Władimirowicz Pierow we własnej osobie. Co za bagno! — Rustam, poczekaj na razie za drzwiami — rozkazał od razu Pierow, a potem dodał, patrząc uważnie na moją zdziwioną minę: — Wejdźże już, Śliski. Dawno się nie widzieliśmy, a jest o czym pogadać. — Gdzie tam zaś dawno — nie zgodziłem się z zastępcą wojewody, wchodząc dalej. Za plecami natychmiast zatrzasnęły się drzwi. — W zeszłym tygodniu się widzieliśmy. Na zebraniu w „Topolach”. — Czyżby? — Zdumiony Oleg Władimirowicz uniósł brwi. Ubrany był tak jak zawsze, w mundur kamuflażowy z trzema czerwonymi prostokątami na wyłogach. — Jakoś nie zauważyłem. Wchodź, wchodź, usiądź. Nie słyszałeś nigdy powiedzenia, że prawda nie ukrywa się w nogach? A nam właśnie ten produkt jest potrzebny bardziej od powietrza. Dosyć jasno się wyrażam? Nie za bardzo gmatwam? — Jaśniej się nie da. — Westchnąłem i podsunąłem sobie fotel stojący przy nocnym stoliku. Siadanie na kanapie obok Pierowa nie wydało mi się dobrym pomysłem. To wielki facet, jakby co, skręci mi kark niby kotu. A takie „jakby co” z łatwością może się zdarzyć podczas rozmowy. Bo o tej „prawdzie” to nie był wcale żart. A w tej materii trzeba niezmiernie ostrożnie. Chlapnę, co nie potrzeba, i pójdę wąchać kwiatki od spodu. Chociaż nie przypuszczam, żeby chciał sam brudzić sobie mną ręce. — No to opowiadaj — uśmiechnął się zastępca wojewody. Uśmiechnął się i owszem, ale jakoś ułożenie warg nie miało najmniejszego wpływu na oczy. Jak były kłujące, takimi pozostały. Krokodyle miewają przyjaźniejsze spojrzenie. No i one nie gapią się tak ze złości, ale po prostu z głodu... — A o czym tu opowiadać? — Rozpłynąłem się w prawie zupełnie szczerym uśmiechu. — Na pewno jest o czym, więc mów wszystko. Jak stałeś się tym, kim jesteś, kto cię sprowadził z dobrej drogi... — Pierow mówił powoli, obserwując moją reakcję. — A to sam pan nie wie? — Rozejr...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.