Podroz - John Katzenbach (PDF)

John Katzenbach PODRÓŻ Tytuł oryginału THE TRAVELER Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Warszawa 1996. Wydanie I Dru - pdf za darmo

11 downloads 32755 Views 2MB Size

Story Transcript


John Katzenbach

PODRÓŻ

Tytuł oryginału THE TRAVELER Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Warszawa 1996. Wydanie I Druk: Wojskowa Drukarnia w Łodzi

Created by Bevitore





Dla Maddy - Zaiste, nigdy nie słyszałem, by sza… byś ty, panie, rościł sobie prawo do amerykańskiego obywatelstwa ‒ powiedział zaskoczony Daniel Webster. - A komuż bardziej ono przynależy, jeśli nie mnie? ‒ rzekł obcy z jednym ze swych przerażających uśmiechów. ‒ Byłem tu, kiedy wyrządzano pierwsze zło pierwszym Indianom. Kiedy do Kongo wyruszył pierwszy statek niewolniczy, stałem na jego pokładzie. Czyż nie wspominano o mnie w waszych książkach, opowieściach i wierzeniach, od kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik? Czyż nadal nie mówi się o mnie we wszystkich kościołach w Nowej Anglii? To prawda, że ludzie z Północy uważają mnie za południowca, a mieszkańcy Południa za przybysza z Północy. Nie mają wszakże racji. Jestem po prostu uczciwym Amerykaninem, tak jak ty, panie, i to z najznamienitszego rodu. Prawdę mówiąc, panie Webster, choć nie lubię się przechwalać, moje nazwisko jest znane w tym kraju znacznie dłużej niż pańskie… Stephen Vincent Benét Szatan i Daniel Webster



Część pierwsza

PRZYCZYNA OBSESJI DETEKTYW BARREN

1

Spała niespokojnie. We śnie widziała dryfującą łódź, początkowo w oddali, potem bliżej, aż uświadomiła sobie, że to ona jest na łodzi, otoczona ze wszystkich stron wodą. W pierwszej chwili ogarnęła ją panika, rozglądała się za kimś, komu mogłaby powiedzieć, że nie potrafi pływać. Ale ilekroć odwracała głowę, łódź zaczynała niebezpiecznie się kołysać, siłą fali wyrzucana w górę, aby po chwili spaść, na łeb na szyję, miotając bezlitośnie pasażerką po całym pokładzie. Szukała czegoś nieruchomego, czego mogłaby się przytrzymać. Kiedy chwyciła maszt i przywarła do niego z całej siły, rozległ się przeraźliwy dźwięk dzwonków alarmowych. Wiedziała, co on oznacza ‒ łódź przecieka i za kilka chwil woda dosięgnie jej stóp, a potem coraz wyżej wzdłuż nóg, kropla po kropli, wzmagając przerażenie. Alarm nie milkł, a kobieta ‒ ona szeroko otworzyła usta, gotowa krzyczeć ze strachu i wołać o pomoc. Z trudnością utrzymywała równowagę na szalejącym, rozbujałym pokładzie. Łódź nagle podskoczyła, a kobieta krzyknęła jakby do swego śpiącego „ja”: „Obudź się! Obudź się! Ratuj się!” I obudziła się. Gwałtownie usiadła na łóżku i łapiąc pośpiesznie powietrze, przechodziła ze snu na jawę. Prawą ręką mocno chwyciła się poręczy, która po mglistych strachach snu stanowiła wreszcie stałe oparcie. Dotarło do niej, że dzwoni telefon. Przeklęła w myśli, przetarła oczy i dostrzegła telefon stojący tuż obok na podłodze. Odchrząknęła i podniosła słuchawkę. - Detektyw Barren. Słucham? Nie miała czasu na ocenę sytuacji. Mieszkała sama, bez męża, bez dzieci. Rodzice dawno już zmarli, więc dzwoniący w środku nocy telefon nie napawał jej szczególnym niepokojem, choć wielu ludzi w takiej sytuacji spodziewałoby się najgorszych wieści. Jako detektyw policji zdążyła przywyknąć do nocnych wezwań i do tego, że policjanci często pracują długo po godzinach urzędowania. To nie mogło być nic innego. Zapewne z jakichś przyczyn jej umiejętności kryminologa były potrzebne na miejscu przestępstwa. - Merce? Nie śpisz? - Nie, nie śpię. Kto mówi? - Robert Wills z wydziału zabójstw, muszę… ‒ zamilkł. - W czym mogę ci pomóc? ‒ zapytała. - Merce, przykro mi, że to właśnie ja muszę ci przekazać ci tę wiadomość… Nagle zobaczyła Boba Willsa, siedzącego za biurkiem w wydziale zabójstw. To był surowy, dziwny pokój, oświetlony bezlitosnymi jarzeniówkami, których całymi dniami nikt nie wyłączał. Pełno w nim było metalowych szaf z aktami i pomalowanych na pomarańczowo biurek, na których odcisnęły się wszelkie brudy, o jakich mówiono nad ich blatami.

- Co? Na chwilę ogarnęła ją fala podniecenia, rodzaj strachu o podłożu erotycznym, odmiennego od sennej paniki, z jakiej się właśnie wynurzyła. Jednak kiedy rozmówca przerwał, w żołądku poczuła pustkę, wewnętrzną próżnię, którą natychmiast wypełnił strach. - O co chodzi? ‒ zapytała, mając świadomość, że mówi zmienionym głosem. - Merce, masz siostrzenicę… - Zgadza się, u diabła. Ma na imię Susan Lewis. Studiuje na uniwersytecie. O co chodzi? Miała jakiś wypadek? Nagle doznała olśnienia: Bob Wills pracuje w wydziale zabójstw. Zabójstwo. Zabójstwo. Zrozumiała, z jakiego powodu niepokojono ją w środku nocy. - Przykro mi ‒ mówił Wills, ale jego głos docierał do niej z bardzo daleka. Przez chwilę zaczęła żałować, że nie jest z powrotem w swoim śnie. Detektyw Mercedes Barren ubrała się szybko i w środku letniej nocy pachnącej lukrecją jechała przez Miami. Kiedy notowała adres na kartce, miała wrażenie, jakby ręka należała do kogoś zupełnie innego i ktoś inny kończył rozmowę z detektywem z wydziału zabójstw. Słyszała własny głos ‒ spokojny i beznamiętny ‒ którym prosiła o wszelkie dostępne informacje: zaawansowanie śledztwa, nazwiska oficerów prowadzących sprawę, ustalone już fakty, hipotezy stawiane przez detektywów. Świadkowie. Dowody. Zeznania. Nie dała się zbyć Willsowi, choć wewnątrz niej wszystko krzyczało, grożąc wybuchem zwierzęcego bólu. Odrzucała wszystkie myśli o siostrzenicy. W pewnej chwili oślepiły ją reflektory nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki i tuż obok usłyszała wściekle buczący klakson. Kiedy już się uspokoiła, uświadomiła sobie, że miejsce strachu zajęły wspomnienia sprzed mniej więcej dwóch tygodni. Opalały się wówczas z Susan nad przydomowym basenem. Dziewczyna zwróciła uwagę na jej służbowy rewolwer wystający z plażowej torby. Wyglądał głupio i nie na miejscu wciśnięty między ręczniki, emulsję do opalania i książkę. Pamiętała reakcję nastoletniej siostrzenicy i jej stwierdzenie, że rewolwer jest „wstrętny”, co zdaniem Merce było najwłaściwszym określeniem. - Dlaczego musisz go nosić? - Bo tak naprawdę nigdy nie schodzę ze służby. Gdybym była świadkiem przestępstwa, musiałabym zareagować jak policjantka. - Myślałam, że teraz nie musisz już tego robić. Od czasu… - Od czasu tamtej strzelaniny, zgadza się. Teraz jestem spokojną panią policjantką. Kiedy przyjeżdżam na miejsce przestępstwa, zazwyczaj jest już po wszystkim. - Fuj. Musisz patrzeć na truposzy? - Zgadza się. I to że muszę, i to że fuj. Roześmiały się.

- To byłby dopiero ubaw ‒ powiedziała Susan. - Co takiego? - Zastać aresztowanym przez policjantkę w bikini. Znów wybuchnęły śmiechem. Barren patrzyła, jak siostrzenica wstaje i nurkuje w błękitnej wodzie basenu. Obserwowała Susan, jak bez wysiłku przepłynęła pod wodą wzdłuż basenu, po czym, nie nabierając powietrza, zawróciła. Przez krótką chwilę Merce poczuła zazdrość o utraconą młodość, ale szybko się pocieszyła ‒ w końcu nie jest jeszcze z nią tak źle. Susan podpłynęła do krawędzi basenu. - Merce, jak to się stało, że mieszkasz nad oceanem i nie potrafisz pływać? ‒ spytała. - To moja tajemnica ‒ odparła. - Moim zdaniem to głupie ‒ stwierdziła Susan, wyskakując z basenu. Woda spływająca po jej szczupłym ciele migotała w słońcu. ‒ Czy już ci mówiłam, że jesienią będę chodzić na zajęcia z oceanografii? Już sobie wyobrażam te oślizłe ryby ‒ roześmiała się. ‒ Kolczaste kraby. Potężne wieloryby. Kapitanie Cousteau, nadchodzi konkurencja. - To wspaniale ‒ ucieszyła się detektyw Barren. ‒ Zawsze lubiłaś wodę. - No właśnie. „Błękitna woda i piasek biały taki, słońce rozpalone i śmierdzące rybie flaki” ‒ zaśpiewała. Ponownie wybuchnęły śmiechem. Susan wciąż się śmiała ‒ pomyślała Merce i przycisnęła mocniej pedał gazu. Kątem oka ujrzała łunę bijącą od centrum miasta, na tle której odcinały się sylwety strzelających w niebo wieżowców. Nagle poczuła w sercu falę żaru, która ścisnęła ją za gardło. Starała się skupić wyłącznie na prowadzeniu samochodu, próbowała wyrzucić z pamięci wszelkie wspomnienia. Trzeba tam pojechać i wszystkiego się dowiedzieć ‒ myślała ‒ nie można łączyć tego, co tam zobaczę, ze wspomnieniami. Detektyw Barren skręciła z autostrady nr 1 i jechała przez osiedle domków jednorodzinnych. Od północy minęło sporo czasu i świt zaczął rozjaśniać niebo. Ruch był niewielki, a Merce pędziła na złamanie karku, jednak kilka kilometrów przed celem przyhamowała gwałtownie, tak że jej nie oznakowany sedan ledwie się toczył po wyludnionych ulicach. Szukała śladów życia wśród rzędów eleganckich, zamożnych domów. Próbowała sobie wyobrazić ludzi kryjących się w tej przyzwoitej podmiejskiej ciemności. Od czasu do czasu w którymś z okien błyskało światło. Detektyw Barren zastanawiała się, jaka książka, program telewizyjny, kłótnia czy zmartwienia nie pozwalały spać tym ludziom. Kusiło ją, by stanąć przy jednym z takich domów, zapukać do drzwi i zapytać. Może jakieś złe wspomnienia, które burzą spokój i odganiają sen? Proszę się ze mną nimi podzielić. Skręciła w Old Cutler Road. Do bramy parku pozostało zaledwie kilkaset metrów. Noc spowijała przyrodę. Wielkie palmy i wierzby otulała ciemność, skrywając gałęzie i liście. Detektyw Barren miała dziwne uczucie, że jest zupełnie sama na świecie, jedyna ocalała

osoba pędząca donikąd pośród nie kończącej się nocy. Ledwie zdołała odczytać wyblakłe białe litery przy wejściu do parku. Nagle wystraszył ją opos, przebiegający przed samochodem. Przyhamowała gwałtownie. Otworzyła okno i poczuła zapach przesyconego solą powietrza. Potężne palmy, rosnące wzdłuż autostrady, ustąpiły miejsca pokręconym i koślawym gałęziom namorzynów. Droga ostro skręcała i Merce Barren wiedziała, że kiedy wyjedzie na prostą, jej oczom ukaże się rozległy widok na Zatokę Biscayne. Z początku miała wrażenie, że w wodach zatoki odbija się światło księżyca. Ale to nie był księżyc. Zatrzymała się i rozejrzała się wkoło. Najpierw doszedł do niej szum potężnych generatorów. Miarowym, rytmicznym mruczeniem zasilały trzy zespoły potężnych lamp, które wydobywały z mroku fragment terenu w pobliżu parkingu. Kręciło się tam mnóstwo umundurowanych policjantów i detektywów, poruszających się ostrożnie w sztucznej poświacie. Wokół stał rząd policyjnych samochodów, karetka i biało-zielone furgonetki ekip krymi...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.