Redondo Dolores - Dolina Baztan 01. Niewidzialny Straznik

Dolores Redondo Dolina Baztan Tom 1 Niewidzialny Strażnik Tytuł oryginału ELGUARDIÁN INVISIBLE Przekład Karo - pdf za darmo

11 downloads 82325 Views 1MB Size

Story Transcript


Dolores Redondo Dolina Baztan Tom 1 Niewidzialny Strażnik Tytuł oryginału EL GUARDIÁN INVISIBLE Przekład Karolina Krzysztofik

Dla Eduarda, który poprosił mnie, żebym napisała tę książkę, i dla Ricarda Domingo, który zobaczył ją, kiedy była niewidzialna Dla Rúbena i Esther, którzy rozbawiali mnie do łez

Zapominanie jest aktem mimowolnym. Im bardziej chcesz coś zostawić za sobą, tym bardziej cię prześladuje.

William Jonas Barkley

Ależ, drogie dziecko, to nie jest zwykłe jabłko, ono jest magiczne.

Królewna Śnieżka, Walt Disney

1

Ainhoa Elizasu była drugą ofiarą basajauna1 , chociaż wtedy prasa jeszcze go tak nie nazywała. Zaczęła trochę później, kiedy wyszło na jaw, że wokół zwłok znaleziono sierść zwierząt, ślady skóry i inne, z pewnością nie ludzkiego pochodzenia. Przypominało to pogrzebową ceremonię oczyszczającą. Wyglądało, jakby jakaś pradawna ziemska moc odcisnęła swoje piętno na ciałach tych jeszcze dziewczynek, których ubrania zostały podarte, włosy łonowe ogolone, a dłonie złożone w niewinnym geście, jak u dziewicy. Kiedy wczesnym rankiem zawiadamiano ją, że ma się stawić na miejscu zbrodni, inspektor Amaia Salazar zawsze odprawiała ten sam rytuał: wyłączała budzik, żeby rano nie obudzić Jamesa, kładła telefon na złożonych ubraniach, po czym cicho schodziła do kuchni. Ubierała się, pijąc kawę z mlekiem, zostawiała mężowi wiadomość, a potem wsiadała do samochodu i jechała zatopiona w pustych myślach, w białym szumie, który zawsze wypełniał jej umysł, kiedy budziła się przed świtem, i który towarzyszył jej niczym resztki niedokończonej drzemki w ponadgodzinnej podróży z Pampeluny na miejsce zbrodni, gdzie czekała na nią ofiara. Weszła w ostry zakręt. Pisk opon uświadomił jej, jak bardzo jest rozkojarzona. Zmusiła się więc do skupienia uwagi na krętej, prowadzącej w górę drodze, wijącej się wśród bujnych lasów otaczających Elizondo. Pięć minut później zatrzymała samochód przy oznakowaniu. Rozpoznała sportowy wóz doktora Jorge San Martina i terenowy sędziny Estébanez. Wysiadła, otworzyła tylne drzwi, wyciągnęła gumiaki. Wkładała je oparta o bagażnik, podczas gdy podinspektor Jonan Etxaide i inspektor Montes szli w jej stronę. – Niedobrze to wygląda, szefowo. Ofiarą jest dziecko. – Jonan zerknął w notatki. – Dwanaście, trzynaście lat. Rodzice zgłosili, że dziewczyna nie dotarła do domu na jedenastą. – Trochę za wcześnie, żeby zgłosić zaginięcie – stwierdziła Amaia. – Tak. Z tego, co wiemy, zadzwoniła na komórkę brata około ósmej dziesięć i powiedziała, że uciekł jej autobus do Arizkun. – A brat nic nie powiedział aż do jedenastej? – Wie pani, jak to jest: Aitas2 mnie zabiją. Błagam cię, nic im nie mów. Może podrzuci mnie ojciec koleżanki. Tak czy inaczej nabrał wody w usta i grał na PlayStation. O jedenastej, kiedy stwierdził, że siostry nadal nie ma, a matka wpada w histerię, powiedział, że Ainhoa dzwoniła. Rodzice zgłosili się na komisariat w Elizondo, przekonani, że córce coś się stało. Nie odbierała telefonu, a

zadzwonili już do wszystkich jej koleżanek. Znalazł ją patrol. Na zakręcie zobaczyli buty stojące na skraju szosy – powiedział Jonan, wskazując latarką na miejsce na krawędzi asfaltu. Leżały tam, idealnie ułożone jeden przy drugim, czarne lakierki na niskim obcasie. Amaia pochyliła się, żeby im się przyjrzeć. – Porządnie ustawione. Ktoś je ruszał? – zapytała. Jonan znów zerknął do notatek. Amaia pomyślała, że zaradność tego młodego podinspektora, antropologa i w dodatku archeologa, jest darem od niebios w sprawach tak ciężkich, na jaką ta się zapowiadała. – Nie. Już tak leżały, ustawione równiutko i wzdłuż jezdni. – Powiedz technikom, żeby przyszli, jak skończą. Niech sprawdzą w środku. Żeby je tak ustawić, trzeba włożyć palce do środka. Inspektor Montes, który do tej pory milczał, wpatrując się w czubki swoich markowych włoskich mokasynów, nagle gwałtownie podniósł głowę, jakby został wyrwany z głębokiego snu. – Salazar – wymamrotał, jakby to było powitanie. I ruszył na skraj drogi, nie czekając na nią. Amaia ze zdziwieniem odwróciła się do Jonana. – A temu co jest? – Nie wiem, szefowo, Jechaliśmy razem z Pampeluny i całą drogę milczał. Myślę, że pił. Tak, ona też tak myślała. Od rozwodu był w coraz gorszym stanie. Przejawiało się to nie tylko nagłym zamiłowaniem do włoskich butów i kolorowych krawatów. W ciągu ostatnich tygodni widziała, że jest wyjątkowo nieobecny, zatopiony w swoim wewnętrznym, zimnym i nieprzeniknionym świecie. Niemal autystycznym. – Gdzie jest dziewczyna? – Nad rzeką. Trzeba zejść zboczem – powiedział Jonan, wskazując na wąwóz, i zrobił przepraszający gest, jakby to on był w jakiś sposób odpowiedzialny za to, że ciało leży właśnie tam. Schodząc ze zbocza utworzonego przez płynącą tam od niepamiętnych czasów rzekę, zobaczyła w oddali reflektory i policyjne taśmy. Kawałek dalej sędzina rozmawiała przyciszonym głosem z sądowym sekretarzem. Zerkała z ukosa tam, gdzie leżały zwłoki. Dwaj policyjni fotografowie zasypywali je błyskami. Robili zdjęcia pod wszystkimi kątami. Przy zwłokach klęczał pracownik zakładu medycyny sądowej w Nawarze. Prawdopodobnie mierzył temperaturę wątroby. Amaia z zadowoleniem zauważyła, że wszyscy wchodzą na ogrodzony teren tak jak ci, którzy przybyli na miejsce jako pierwsi. Mimo to jak zawsze odnosiła wrażenie, że ludzi jest za dużo. Było to uczucie graniczące z absurdem. Może czuła tak przez katolickie wychowanie, ale niezmiennie, kiedy znalazła się w pobliżu zwłok, odczuwała potrzebę intymności i odosobnienia, jak na cmentarzu, tak bardzo teraz pogwałconą przez daleką i obojętną służbową obecność wszystkich, którzy krążyli wokół ciała, jedynego prawdziwego bohatera zbrodni, chociaż niemego, cichego, trwającego

niezauważenie w swojej tragedii. Podeszła powoli, obserwując miejsce, które morderca wybrał na jej śmierć. Nad rzeką była plaża z okrągłych szarych kamieni, zapewne przyniesionych tu w wyniku przyboru wody poprzedniej wiosny. Suchy kawałek ziemi szerokości około dziewięciu metrów, o ile mogła ocenić w słabym świetle wschodzącego słońca. Drugi brzeg rzeki, szerokości zaledwie czterech metrów, graniczył z bujnym lasem, gęstniejącym w miarę jak wchodziło się coraz głębiej. Inspektor odczekała kilka sekund. Technik policyjny zrobił ostatnie zdjęcia martwego ciała. Kiedy skończył, podeszła do stóp dziewczynki i, jak miała w zwyczaju, oczyściła umysł z wszelkich myśli. Spojrzała na zwłoki spoczywające na brzegu rzeki i w ciszy odmówiła krótką modlitwę. Dopiero wtedy była gotowa spojrzeć na nią jak na dzieło mordercy. Ainhoa Elizasu za życia miała piękne, brązowe, wpatrzone teraz w nieskończoność oczy. Malowało się w nich zdumienie. Głowa, lekko odchylona do tyłu, odsłaniała kawałek surowego sznura. Wrzynał jej się w szyję tak głęboko, że prawie nie było go widać. Amaia pochyliła się nad ciałem, żeby się przyjrzeć, jak został zawiązany. – Nie ma nawet pętli. Po prostu zaciskał, aż przestała oddychać – wyszeptała jakby do siebie. – Musiał być silny. Mężczyzna? – zasugerował stojący za nią Jonan. – Prawdopodobnie tak, ale dziewczyna nie jest za wysoka, ma jakiś metr pięćdziesiąt pięć, i jest bardzo szczupła. Równie dobrze mogła to być kobieta. Doktor San Martín, który do tej pory rozmawiał z sędziną i sądowym sekretarzem, zbliżył się do zwłok. Pożegnał się z sędziną, nie zaniedbał rytuału całowania jej w rękę. – Inspektor Salazar, zawsze miło panią widzieć, nawet w takich okolicznościach – powiedział wesoło. – Wzajemnie, doktorze San Martín. Jak pan myśli, co tutaj mamy? Lekarz wziął od technika notatki i szybko je przewertował. Jednocześnie pochylał się nad zwłokami. Patrzył przy tym z uznaniam na Jonana. Stwierdził, że jest młody, ale już dużo umie. Amaia dobrze znała to spojrzenie. Kilka lat wcześniej to ona była młodą podinspektor, którą trzeba było wprowadzić w kulisy śmierci, a tej przyjemności San Martín, szanowany profesor, nigdy sobie nie odmawiał. – Niech pan się zbliży, Etxaide. Proszę tu podejść, może czegoś się pan nauczy. – Doktor San Martín włożył chirurgiczne rękawiczki, które wyjął ze skórzanej torby marki Gladstone, i dotknął delikatnie podbródka, szyi i ramion dziewczynki. – Co pan wie o stężeniu pośmiertnym? Jonan wypuścił powietrze, po czym zaczął mówić tonem podobnym do tego, jakim musiał mówić w czasach szkolnych, kiedy odpowiadał na pytania nauczycielki. – Wiem, że zaczyna się od powiek, jakieś trzy godziny po śmierci, rozszerza się kolejno na twarz i

szyję i dalej do klatki piersiowej, w końcu obejmuje cały tułów i kończyny. W normalnych warunkach kompletne zesztywnienie następuje po około dwunastu godzinach i zaczyna znikać po około trzydziestu sześciu godzinach. – Nieźle, co jeszcze? – zachęcił go doktor. – Jest jednym z podstawowych wyznaczników przy ustalaniu przybliżonego czas zgonu. – I uważa pan, że można to oszacować, opierając się jedynie na zaawansowaniu stężenia pośmiertnego? – No… – Jonan się zawahał. – Zdecydowanie nie – podkreślił z naciskiem San Martín. – Stężenie może być różne w zależności od stanu mięśni nieboszczyka, temperatury w pomieszczeniu albo na zewnątrz, jak w tym wypadku, jest inne, jeśli ciało było narażone na skrajne temperatury, które mogą sprawić, że wygląda jak w stężeniu pośmiertnym, jak na przykład zwłoki wystawione na wysoką temperaturę albo te, które doznają skurczów pośmiertnych. Wie pan, co to takiego? – Wydaje mi się, że mówimy o nich, kiedy w chwili śmierci mięśnie kończyn są tak spięte, że gdyby coś trzymały, trudno byłoby to z nich wyjąć. – Dokładnie tak. Dlatego właśnie na patologu sądowym spoczywa wielka odpowiedzialność. Nie należy ustalać czasu zgonu, nie wziąwszy pod uwagę tych czynników i, rzecz jasna, hipostazy… innymi słowy plam pośmiertnych. Z pewnością widział pan te amerykańskie seriale, w których lekarz sądowy klęka przy ciele i po dwóch minutach podaje godzinę śmierci – powiedział, unosząc z teatralną miną brwi. – Niech mi pan wierzy, to kłamstwo. Analiza zawartości potasu w płynie pobieranym z oka przyniosła duży postęp, ale godzinę będę mógł ustalić precyzyjn...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.