Samozwaniec Tom 4 - Jacek Komuda

Cykl Orły na Kremlu Samozwaniec – tom 1 Samozwaniec – tom 2 Samozwaniec – tom 3 Samozwaniec – tom 4 Moskiews - pdf za darmo

8 downloads 61686 Views 3MB Size

Story Transcript


Cykl Orły na Kremlu Samozwaniec – tom 1 Samozwaniec – tom 2 Samozwaniec – tom 3 Samozwaniec – tom 4 Moskiewska ladacznica Car z żelaza

Żołnierzom polskich misji wojskowych w Afganistanie, Iraku i we wszystkich tych miejscach, o których nie wiemy, poświęca autor

Rozdział XXI Pijana Moskwa Uściski kniazia Wasyla • Dydyński gniewny • Rozterki pana Jacka • Strach w cerkiewce • List z przeszłości • Pogoń • Nahaj i ladacznica • Krwawiąca dusza Anastazji • Kaźń Szujskiego • Na ratunek • Między Kremlem a szafotem • Dobryj car – słabyj car • Kniaziowska wolta

Die 5 julii nowego stylu, 25 iunii starego stylu Anno Domini 1605 Roku 7113 od stworzenia świata Pałac kniazia Skopina-Szujskiego na Kremlu Pod wieczór Mości panowie bracia Polacy, wielce mnie mili dobrodzieje i przyjaciele nasi! Piję za zdrowie i wieczną przyjaźń Rusi z Rzeczpospolitą. Zdrowia żełaju batiuszce naszemu korolowi Zygmuntowi i młodemu kniażycowi Władysławowi. Niechaj żyje pan nasz, ojczulek umiłowany! Nie do wiary! Kniaź Wasyl Szujski, który jeszcze trzy miesiące wcześniej obiecywał dostarczyć Dymitra Samozwańca w klatce, a Polaków przezywał Łżelachami i dziecinami, teraz pił ich zdrowie z carskiej czary. Z tej samej, w której odbierał garście niderlandzkich dukatów od Borysa Godunowa. Teraz, na uczcie w pałacu swego brata, cedził z niej nektar polsko-moskiewskiej przyjaźni. Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, ledwie umoczył usta. Za to panowie Gąsiorowski i Bełza – wierni franci i faworyci kniazia – przekrzykiwali się w wiwatach. Nie było dla nikogo tajemnicą, że od chwili, gdy wojska carewicza Dymitra zajęły Moskwę, Wasyl Iwanowicz był bielszy i bardziej lacki niż orzeł na chorągwi króla jegomości. W dodatku nosił się po polsku, w adamaszkowym żupanie i szkarłatnej ferezji wyglądał prawie jak szlachcic lub magnat. Gdyby oczywiście któryś z polskich królewiąt miał capią bródkę, przenikliwe, żółte oczy i rozpychał się na ławie, jakby jego duma była przynajmniej trzy razy większa od rozdętego brzucha. – Coś wam, batiuszka, przyjacielu drogi, Jacku Aleksandrowiczu, nie idzie w smak nasza skromna kniaziowska strawa. Pewnie pan stolnikowic jadał lepiej u siebie we dworze – pokiwał bródką kniaź Szujski. Rzeczywiście – Dydyński nie tknął łabędzia, nie skusił się na bieługę, pojadł trochę kotłomy i skubał bliny, a po nich pierogi z farszem baranim i zajęczym. – Dajże spokój, batiuszka – zagadał z boku krewny kniazia, Michał Wasylewicz Skopin-Szujski, młodszy i, dziwna rzecz, bez brody. – Batiuszka Jacek Aleksandrowicz pewnie zmęczony. – I zniesmaczony – mruknął Jacek pod wąsem. – Zapraszasz mnie na wieczerzę, mości kniaziu, wiedząc, że służę u Jego Carskiej Mości. A potem w twojej obecności wygadują trzy po trzy o Dymitrze: że źle rządzi, że nie przestrzega obyczajów. Dalibóg czekam, kiedy go nazwiesz

worem i rostrygą! – Hospody pomiłuj, jeśli ja tak mówiłem – wybałuszył oczy Szujski. – Klnę się na mą brodę, że nie uroniłem ani słowa o batiuszce carze. Ja tylko chciałem ofiarować waszej miłości przyjaźń, a ty co, Jacku Aleksandrowiczu? Nie chcesz jej?! To co, my nie braty?! Jakże tak? – Nie braty, oj, nie! – pokiwał głową durny i pijany Dymitr Szujski, młodszy brat Wasyla. – Ja tak nie mówię – wycharczał Szujski – tylko nasi goście. – Wskazał palcem na Bełzę. – Przecie to Lachy, im wolno mówić, co chcą, wszak u was swawo... wolność znaczy. – Przyjaźni waszej miłości nie odtrącam. Ale nie godzi mi się słuchać takich słów, jako towarzyszowi carskiej chorągwi husarskiej. – Waszmość pan jesteś przyjacielem, wybawcą ojczulka Dymitra – dokończył składnie Skopin-Szujski i dał znak, aby sługa dolał wina do kielicha stolnikowica; o co było trudno, bo puchar był pełny prawie po brzegi. – Nie sumuj, mości panie bracie. My nie jesteśmy wrogami Dymitra. Ale wszak car teraz wolności nam ustanowi, kak w Polsze. To i nasze prawo mieć własne zdanie. Jak poseł u was na sejmie. – Albo to – Szujski złapał krewnego za rękaw – nie są u was ludzie, jak wojewoda krakowski... ten, no... nuuuu... – Zebrzydowski – wtrącił Skopin. – Właśnie. Zebrzydowski. Co nazywa, w mowie i na piśmie, korola Zygmunta alchemistą, sodomczykiem? Dydyński przygryzł wąsa, bo sam takie rzeczy wygadywał nieraz w karczmie nad beczką piwa, zresztą pamiętał jak dziś, że ojciec porąbał kiedyś w Sanoku portret Zygmunta, gdy w sejmie szła batalia o nowy wymiar czopowego. Ale to były domowe sprawy i głupio było przyznawać się do tego przed Moskalami. – Tak i my chcemy... W zgodzie z prawem mieć własne stronnictwo. Jak jaśnie wielmożny mości pan Zebrzydowski. Jak książę Radziwiłł. – I chcecie, żebym opowiedział się za wami? Znaczy stał się partyzantem domu i rodu kniaziów Szujskich? – Właśnie rękę do waszej mości wyciągam – prychnął Szujski i naprawdę wyciągnął upierścienioną dłoń nad stołem zastawionym pucharami i półmiskami z jadłem. – Przyjdźże do nas i jedz chleb mój kniaziowski, Jacku Aleksandrowiczu! Jacek siedział jak na szpilkach. Dłoń kniazia zakołysała się, wisiała w powietrzu jak konar wyschłego dębu, zadygotała.

– Mości panie Dydyński, nie chrzańże trzy po trzy! – zagrzmiał Bełza i obrócił się do Jacka z takim impetem, że przewrócił kubek z kwasem i wywalił bracki kołacz, który służył mu za talerz. – Po pierwsze, Dymitr nieprawym carem jest i źle rządzi, po drugie, to od kiedy jesteś jego zausznikiem? A nam się Dymitr nie podoba i dlatego zaraz, ot, choćby jutro, nasadzimy nowego. Oczy Szujskiego błysnęły, opuścił rękę i zamiast dłoni stolnikowica chwycił czarę. – Ot, waszmość pan już całkiem zmoskwiciał – rzekł Jacek do Bełzy. – Łatwo wam brechać przeciwko Dymitrowi, bo straciliście carską łaskę. Podziękowano wam za służbę i odprawiono jak psiarczyków spod progu. – Bo jak psiarczycy zostaliśmy na jego suczej służbie po Nowogrodzie. Tak podziękował nam za rany spod Dobrynicz, za głód i poniewierkę. – Dostaliście przecież lafę, zasługi i dobrą zapłatę. Jeszcze wam mało? Czego chcecie? Królewny Banialuki? Skarbów Kitaju? Wdzięków hurysy? A może car ma jeszcze każdemu z was wyswatać sułtanównę perską? – Bodaj cię zabito! – krzyknął pijany Gąsiorowski. Zerwał się z ławy, porwał za szablę, ale Moskale i służba czuwali. – Łapać go! Trzymać! – dyszał Dymitr Szujski. Pięć par rąk przytrzymało warchoła. – Żal serce ściska, jak się na was patrzy – dokończył niezrażony Dydyński. – Wy biedoty, siromachy. Siedzicie tu i użalacie się nad sobą, że was Dymitr pogonił. Będziecie pić i rzucać na niego kalumnie jak odpustowe dziady? Wracajcie lepiej do Polski! – Panie Dydyński! – zakrzyknął Skopin. I dodał ciszej: – Ja bardzo proszę... – Tak i upraszam o wybaczenie – rzekł Jacek i skłonił się dwornie przed Szujskimi. – Nie chciałbym sprowadzać niezgody pod dach domu, w którym mnie ugoszczono. Wybaczcie, wielki kniaziu, i pozwólcie się oddalić. – Obrażasz nas! – jęknął Dymitr Szujski i nie wiedzieć czemu zaśmiał się głupkowato. – Dokąd to, mospanie Dydyński? – zagrzmiał Wasyl Szujski. – Jakże to tak? Despekt nam czynisz, odrzucając przyjaźń i wyciągniętą rękę... – Względem przyjaźni nie śmiałbym odrzucić waszych starań, kniaziu. Pozwól jednak, że decyzję podejmę na trzeźwo, nie przy kielichu. – Decyduj szybko. I mądrze – zamruczał Szujski i wyszedł jednak, a

raczej wytoczył się zza stołu niczym ciężki niedźwiedź, odsunął z drogi Skopina. – A przyjmij na drogę nasze błogosławieństwo i słowo. – Bóg zapłać. Szujski wyciągnął rękę – jak do ucałowania, ale miał do czynienia ze szlachcicem polskim, a nie jakimś parszywym dworianinem. Dydyński dłoń po prostu uścisnął, a Dymitr, widząc to, poderwał się zza stołu, wybałuszając oczy. Wasyl przełknął despekt jak stary indor kluskę. Potrząsnął dłonią szlachcica. – Wsiewo dobrowo żełaju – rzekł – a wstawże się za nami do Dymitra. Aby nam zaprowadził polskie wolności. – Proś go waszmość pan o uczciwe prawa – dorzucił Skopin. – My Litwę waszą bardzo kochamy, chcemy, aby kniaziowie, bojary i diuki stały za senat, a dworianie za sejm. Patriarcha ojciec niechaj będzie za interrexa, a metropolici za radę przy carze. – A nade wszystko, i na tym najbardziej nam zależy, aby nas do swej ręki dopuszczał, do posłuchania, o które na próżno się dobijam. – Poproszę i spróbuję nakłonić cara, aby was wysłuchał, ale i do was mam prośbę. – Nu mów, czego chcesz, rad wysłucham. – Jeśli Wasza Książęca Mość chce mej przyjaźni, proszę o pomoc. W prywatnej sprawie. – Oczywiście – odpowiedział za krewniaka Skopin. – Słuchamy. – Mój stryj Michał Dydyński dostał się przed laty do moskiewskiej niewoli. Chciałbym go odnaleźć, a mówiąc prawdę, właśnie po to przyjechałem do Moskwy z carewiczem Dymitrem. – Michaił Dydyński – powtórzył Skopin. – Ty się nie frasuj, Dydyński, pomożemy – mruknął Wasyl, świdrując szlachcica żółtawymi oczami. – Byłem lata temu hołową w sądowej pałacie, już jutro każę diaczkowi sprawdzić pisma i zwoje. U mnie sądzili Lachów i Litwę, dużo ich było. Coś o batiuszce Michajle musi tam być! Przysięgam i całuję chrest, że ci pomogę! I rzeczywiście ucałował krzyż z diamentami, który nosił na szyi. – Przyjdź, waszmość, za tydzień – rzekł Skopin. – Będziemy coś wiedzieć. – A może waszmość grywasz w szachy? Bo ja namiętnie. A jakbyś chciał kiedyś partyjkę... – Gram tylko w kości ze śmiercią – uciął Dydyński. – I zbyt wiele razy wygrałem, aby ryzykować kolejne partie bez potrzeby. W zamian za

pomoc wstawię się za wami u cara. A muszę dodać, że mam wolny wstęp do Dymitra. – Wiemy, wiemy, ojczulku – pokiwał głową Szujski. – Idźcie z Bogiem. – Żegnajcie, wielki kniaziu. Die 5 julii/25 iunii Kitajgorod, wieczór Michał Skopin-Szujski odprowadził Dydyńskiego aż do samych wrót, pożegnał, pobłogosławił krzyżem. Obejrzał się jeszcze w stronę dworu, z którego dochodziły pijackie krzyki i śpiewy. – Tfu. – Potrząsnął głową. – Wielka smuta. Jacek dosiadł Sonki, przy której czuwał Nieborski, i ruszył ulicą Żytniczną. Wprawdzie dwór, gdzie znajdowały się kwatery husarskiej chorągwi carewicza, był tuż obok, ale Dydyński musiał przecież się pokazać. Teraz zaś ruszył do Nikolskich wrót, na Kitajgorod,...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.