Sandemo M. - Opowieści 27. Zaginiony

Margit Sandemo Opowieści Tom 27 Zaginiony tytuł oryginału Meldt savnet przekład Magdalena Stankiewicz ROZDZIAŁ I Ja - pdf za darmo

8 downloads 18405 Views 903KB Size

Story Transcript


Margit Sandemo Opowieści Tom 27 Zaginiony tytuł oryginału Meldt savnet przekład Magdalena Stankiewicz

ROZDZIAŁ I

Jaka cicha letnia noc! Mrok nadawał wojskowym barakom niezwykły charakter, rozmywał ich kontury, tak jakby zaraz miały się rozpłynąć w nieruchomym powietrzu. David odruchowo odgarnął z czoła gęste popielatoblond włosy. W sali chorych palenie było zabronione, wyszedł więc na zewnątrz. Stał na schodach, próbując się uspokoić po nieoczekiwanej pobudce. Krzyk strachu brzmiał jeszcze w jego uszach.

Ta łagodna jasna noc obudziła w nim intensywną tęsknotę za domem, za Norwegią, za niepowtarzalną atmosferą północnych letnich nocy. Oczywiście Francja była cudownym krajem i czuł się tu jak u siebie w domu, ale wychował się w Norwegii, spędził tam dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Tam też została jego matka i rodzeństwo. Tutaj mieszkał tylko jego stryj, z którym nigdy tak naprawdę się nie zgadzał. Wyjazd do Francji na studia - czyż nie było to marzeniem większości młodych ludzi?

A David de Saint - Colombe posiadał ku temu wszelkie możliwości: francuskie nazwisko z księgi rodów szlacheckich i wpływowego stryja w Paryżu, który zapisał go na studia medyczne na uniwersytecie. Rodzina chciała, aby David został lekarzem, a on sam nie miał nic przeciw takiej propozycji. Dzięki studiom David nigdy nie myślał o służbie wojskowej. Ale powołanie do wojska przyszło pewnego dnia nagle i niespodziewanie. Początkowo sądził, że to jakaś

potworna pomyłka, stryj jednak szybko wyprowadził go z błędu. Używając wzniosłych słów, wygłosił wykład o obowiązku i zaszczycie, jakim jest obrona ojczyzny. Czyż David nie był obywatelem francuskim po swoim ojcu? I czyż nad Europą nie wisiała groźba wojny? Czy Francja nie potrzebowała wszystkich zdolnych do służby mężczyzn, czy nie zauważył powszechnej mobilizacji? Tak, David musiał się z tym zgodzić. W owym roku, 1914, atmosfera w Europie

była niezwykle napięta. David przerwał więc swoje prawie ukończone studia medyczne i przywdział mundur. Jego niebieskie oczy zwęziły się, kiedy przebiegł wzrokiem dziedziniec i posępne koszary. W głębi duszy nienawidził tego wszystkiego! Nie był materiałem na żołnierza, nigdy nie mógłby nim być. Od razu mianowano go oficerem - ze względu na wykształcenie automatycznie został

porucznikiem i nic na to nie mógł poradzić. Uparcie jednak trwał przy swoim: przy pracy w lazarecie, która jako jedyna interesowała go w służbie wojskowej. Chciał także jakoś wypełnić przymusową przerwę w studiach. Ostatecznie zwyciężył. Rodzina musiała uznać, że nigdy nie uda się uczynić z niego ambitnego żołnierza. Jean - Pierre’owi znowu śnił się koszmar. Był na razie jedynym pacjentem w polowym szpitalu. Załamanie nerwowe. To ostatnia rzecz, jakiej można by się spodziewać po tym człowieku. Niski, krępy Jean - Pierre

swój niewielki wzrost rekompensował arogancją i zuchwalstwem. Odważniejszego niż on nie znalazłoby się w całym oddziale. Jean - Pierre należał do urodzonych bohaterów wojennych, takich, którzy wycinają rysy na kolbie karabinu na oznaczenie każdego zabitego nieprzyjaciela i dostają odznaczenia za odwagę na polu bitwy. Jean - Pierre żałował z pewnością, że Francja nie bierze udziału w żadnej wojnie. To

niepojęte, że taki człowiek w ogóle posiada nerwy. David ponownie odgarnął do tyłu spadające na czoło włosy. Papieros zaczął parzyć mu czubki palców, więc rzucił niedopałek i przydeptał butem na cementowych schodach. Jean - Pierre gardził nim, David wiedział o tym. Nazywał go pupilkiem tatusia. Cokolwiek niesprawiedliwie, ponieważ ojciec Davida zmarł wiele lat temu. Nie każdy automatycznie staje się złotym młodzieńcem tylko dlatego, że otrzymał

szlacheckie nazwisko i trochę pieniędzy do własnej dyspozycji. Ale Jean - Pierre myślał schematycznie jak rzadko kto. „Wyższe sfery to warstwa snobów, którzy dbają tylko o forsę”. Koniec i kropka! Ktoś stanął z tyłu w drzwiach niczym ogromny cień czyhającego zła. David nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, kto. Poczuł, jak mu ciarki przechodzą po plecach, nie chciał się odwracać. Nie dość że miał pod swą opieką tego nieszczęsnego Jean Pierre’a, to w dodatku

był tu jeszcze Marc le Fey, najbardziej tajemniczy żołnierz w kompanii. Marc nie przyszedł porozmawiać, David wiedział o tym. Jego intrygujący asystent stał tylko oparty o framugę drzwi, samotny, zamknięty w swym milczeniu. Człowiek zwykle obawia się tego, czego nie rozumie. Wszyscy w jednostce trzymali się więc z dala od Marca le Fey, obserwowali go z respektem pomieszanym ze strachem,

szeptali za plecami przedziwne historie, które stawały się tym bardziej niesamowite, im dalej były powtarzane. Nikt właściwie nie wiedział nic o tym człowieku, o tym, co kryło się za nieustanną wrogością w jego lodowato szarych oczach. Jedynie David wiedział nieco więcej. Pamiętał moment przybycia Marca do garnizonu. Przywieziono go jak jakieś zwierzę, zamkniętego i skrępowanego. Dano mu broń, lecz on cisnął ją na ziemię i za nic nie

chciał wziąć do ręki. David zobaczył jeszcze coś, co przyprawiło go o dreszcze - nadgarstki Marca z głębokimi bliznami po rzemieniach lub łańcuchach. A jego plecy! Trudno by zliczyć, ile razów otrzymał w swoim życiu ten człowiek. Inni żołnierze już pierwszego wieczoru nie chcieli spać z nim w jednej Sali, obawiali się siły jego mięśni i niemej nienawiści. Francja jednak potrzebowała każdego mężczyzny zdolnego do służby wojskowej, zamiast więc wsadzić Marca le Fey do

aresztu lub po prostu zwolnić z obozu pracy, dowództwo ofiarowało go „w prezencie” Davidowi. Teraz pełnił funkcję asystenta w szpitalu, gdzie otrzymał osobny kąt do spania. Być może przełożeni liczyli też na to, że łagodne usposobienie Davida będzie miało na tego dziwaka dobry wpływ? David zacisnął wargi. Nic na tym świecie nie mogło mieć jakiegokolwiek wpływu na Marca le Fey! Współpraca między nimi układała się właściwie w bardzo dziwny sposób. Przeważnie

Marc wykonywał polecenia Davida, zachowując całkowitą obojętność, czasami tylko jego oczy płonęły nienawiścią. Davidowi nigdy się nie udało dowiedzieć, co napełniało takim gniewem tego człowieka, i, mimo że nie chciał się do tego przyznać, śmiertelnie się go bał. David minął w drzwiach Marca, rzucając tylko krótko: - Chodź. Szare oczy mężczyzny zwęziły się pod gęstymi, czarnymi brwiami, ale nic nie powiedział. Weszli do Sali chorych.

Stało tam pięć pustych łóżek, starannie zaścielonych, na szóstym w skotłowanej pościeli spał Jean - Pierre. David lekko trącił pacjenta w ramię. - Jean - Pierre! Obudź się! Żołnierz odwrócił się oszołomiony i spojrzał nieprzytomnym, przerażonym wzrokiem. Jęknął jeszcze ze strachu, na wpół pogrążony w swym dławiącym śnie. - David de Saint - Colombe? Co tu robisz?

- Jesteś w szpitalu. Coś ci się śniło. - Ech, idź do... Pospolita twarz, nie odpychająca, ale też niezbyt sympatyczna, wyrażała niechęć. Chory odwrócił się do ściany. - Musisz wziąć tabletkę - powiedział David stanowczo. - Twoje nerwy są zbyt napięte. - Nic mi nie jest - odparł Jean - Pierre z naciskiem. - A poza tym nie chcę więcej tego świństwa, którym mnie szpikujecie. To i tak nic nie pomoże.

- A może papierosa? - spytał David ostrożnie. Pacjent odwrócił się gwałtownie i spojrzał podejrzliwie. - Przecież tu nie wolno palić. - Zdarzają się czasami wyjątki uśmiechnął się David. - Proszę! wyświadczysz mi przysługę, jeżeli weźmiesz, bo postanowiłem skończyć z paleniem. Proszę bardzo! Jean - Pierre z wahaniem wyjął papierosa drżącymi palcami, David podał mu ogień.

Przez chwilę zaciągali się dymem w milczeniu. Jean - Pierre rzucił niespokojne spojrzenie w stronę Marca, który stał przy oknie zwrócony do nich plecami. Jakby rozumiejąc, że jego obecność jest niepożądana, Marc le Fey wyszedł po chwili do innego pokoju. - Może chciałbyś porozmawiać? - spytał cicho David. Nagle Jean - Pierre stał się czujny. Usta wykrzywił mu grymas pogardy. - Psycholog - amator, początkujący księżulek, co? - I dodał arogancko: - Nie

ma o czym gadać. - A jednak. Taki człowiek jak ty nie załamie się nerwowo z byle powodu. Musisz pozbyć się tego balastu, Jean - Pierre, musisz uporządkować swoje życie i teraz masz szansę. Możesz być pewien, że twoich słów nie powtórzę nikomu. Sądzę, że będzie ci lżej, jeżeli częścią swoich kłopotów podzielisz się z innymi.

- Gadanie - odparł tamten niepewnie. A nawet jeżeli to zrobię, to dlaczego akurat z tobą? Jesteś chyba ostatnim, który by mnie zrozumiał. Ty, z twoimi pieniędzmi i stryjem, i całą tą bandą snobów. Chowasz się w tym szpitalu, bo nie chcesz wziąć broni do ręki! Co z ciebie za mężczyzna? David zmarszczył czoło. Różnili się jak noc i dzień, mimo to uważał, że musi wyjaśnić przyczynę koszmarów dręczących Jean - Pierre’a.

- Mam własne poglądy i myślę, że trwanie przy nich wymaga także pewnej odwagi. Byłoby mi o wiele łatwiej postępować tak, jak nakazuje dowództwo. Nie można jednak działać wbrew swym zasadom. Po prostu nie nadaję się na żołnierza. Ale nie o mnie mieliśmy rozmawiać, lecz o tobie. Musi chyba istnieć jakieś wytłumaczenie twoich koszmarnych snów? Zostałeś tu przeniesiony, ponieważ chłopaki z twojej Sali nie mogli przez ciebie spać.

Tabletki na dłuższą metę niczego nie załatwią. Co ci się śni? David nie otrzymał odpowiedzi. Jednak opór Jean - Pierre’a zaczął słabnąć, pacjent wahał się, więc David czekał. - Czy masz jeszcze papierosa? - spytał po chwili Jean - Pierre. David podał mu następnego. Tamten zapalił i głęboko się zaciągnął. - Czy potrafisz dochować tajemnicy? - Naturalnie - zapewnił David.

Znowu zapadła cisza. Jean - Pierre nie wiedział widocznie, od czego zacząć. - Dlaczego mówisz po francusku z takim dziwnym akcentem? - Ponieważ przez prawie całe życie mieszkałem w Norwegii. Moja matka jest Norweżką. Jean - Pierre spojrzał na Davida podejrzliwie, jak gdyby uważał go za szpiega, lecz widocznie w końcu uznał, że skoro Norwegia jest neutralnym krajem, to nic mu nie grozi.

Uczynił ruch w stronę drzwi. - A ten kryminalista...? - Marc? Nie ma go. - No dobrze. Czy zdarzyło ci się kie...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.