Simoni Marcello - Ignacio 03 - Labirynt na koncu s wiata

Tytuł oryginału: IL LABIRINTO AI CONFINI DEL MONDO Dla Celeste i Alfreda, którzy spoglądają z gwiazd. Powi - pdf za darmo

5 downloads 50819 Views 1MB Size

Recommend Stories


Ignacio 1 Handlarz Ksiag Przekl - Simoni Marcello
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= Giorgii ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= - pdf za darmo

Simoni Marcello Ignacio 1 Handlarz Ksiag Przekl Simoni Marcello
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= Giorgii = - pdf za darmo

Simoni Marcello - Ignacio 1 Handlarz Ksiag Przekl - Simoni Marcello
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= Giorgii ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= - pdf za darmo

Marcello Simoni - 01 Handlarz ksiag przekletych
Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym ===Pwk6WWwIPA5rCWhZYQI6DDtdaF0+DDoMOAEzAmcDZVE= Giorgii ===Pw - pdf za darmo

Story Transcript


Tytuł oryginału: IL LABIRINTO AI CONFINI DEL MONDO

Dla Celeste i Alfreda, którzy spoglądają z gwiazd.

Powieści cyklu HANDLARZ RELIKWIAMI: Handlarz ksiąg przeklętych Zaginiona biblioteka alchemika Labirynt na końcu świata

PROLOG

15 STYCZNIA ROKU PAŃSKIEGO 1229 BAZYLIKA MNIEJSZA W SELIGENSTADT Świt nastawał z ociąganiem, przyduszony nieprzeniknionym mrokiem nocy. Nocy, która być może potrwa w nieskończoność. Konrad z Marburga wyglądał przez okno oddalonej od dormitorium komnaty w karolińskiej bazylice. Wpatrywał się w spowity czernią krajobraz, stojąc nieruchomo niczym pies myśliwski, który wyczuł zdobycz. Czekał na coś, na jakiś znak, jakiś widok, i sam nie wiedział, czy pojawi mu się on przed oczami, czy też w głębi duszy. Zdołał się już wszakże domyślić, w czym rzecz. Po trzydziestu latach stosów i egzorcyzmów był pewien, że się nie myli. Odgłos dochodzący z ciemności uznał za rżenie konia. I był gotów walczyć. Przymknął powieki, nie zważając na przeraźliwie zimny podmuch smagający go po twarzy. Północny wiatr gwizdał po polach i drogach niczym furia. Pieszczoty macoszej przyrody, podarunki zimy, trzymającej Turyngię i Nadrenię w lodowatym uścisku. Wyczuwał w tym niemal ostrzeżenie, zapowiedź tego, co go czeka. Ponieważ jemu, Konradowi z Marburga, udało się odkryć intrygę Złego dotyczącą ludzkich losów. Fiat voluntas tua, przemyśliwał, pochylając powoli głowę. Zamknął okiennice i odwrócił się przodem do pogrążonej w półmroku komnaty. Na skryptorium czekały na niego dwa listy, jeden skreślony po niemiecku, drugi po łacinie. Obydwa napisał w nocy, niemal na gorąco, i pozostawił na pulpicie, żeby wysechł inkaust. Sprawa była dość poważna. Za kilka godzin miał je zabrać i doręczyć posłaniec. Pierwszy był przeznaczony dla landgrafa Turyngii, pana tych ziem; drugi z kolei dla samej Jego Świątobliwości papieża Grzegorza IX. Oba zawierały jednakową treść, różniły się jedynie nieznacznie formułami wyrażającymi hołdy i pochwały. Konrad usiadł przy skryptorium i chwycił pismo skreślone po łacinie, aby przeczytać je ponownie przy blasku świecy. Zdawał sobie sprawę, że skaził je paroma germanizmami, wiedział jednak również, że nie musi się tym przejmować. Kiedy Grzegorz IX nie był jeszcze głową Kościoła i nosił imię Ugolina z Anagni, podróżował po Niemczech jako legat papieski i potrafił doskonale zrozumieć język niemiecki. Tekst brzmiał następująco: In nomine Domini Jesus Cristi. Do Jego Świątobliwości papieża Grzegorza, biskupa Kościoła katolickiego i Sługi Sług Bożych, niżej podpisany Konradus de Marburc, predicator verbi Dei, przedstawia wyniki swojego dochodzenia w sprawie heretyckiego zepsucia, które zatruwa Niemcy. W styczniu bieżącego roku udałem się do diecezji w Moguncji, aby odwiedzić dom duchownego o imieniu Wilfridus, podejrzewanego już o herezję, i w miejscu tym natknąłem się na jednoznaczne ślady przywoływania Złego. Odkryłem wiele czarnoksięskich znaków, które zdołałem rozpoznać, kazałem zatrzymać duchownego i na koniec poddałem go przesłuchaniu. Chociaż stanął przede mną zakonnik, a nie zwykły laik, stanowczo wypełniłem swój obowiązek. Przesłuchiwany próbował kłamać, jak to zwykle czyni ten, kto zamierza ukryć własną winę, następnie przyznał się do czczenia heretyckiej trójcy, starszej od tej chrześcijańskiej, ja zaś podejrzewam, że to Lucyfer stawia się ponad Najświętszą Trójcą. Na potwierdzenie tych

przypuszczeń Wilfridus nosił na prawej dłoni znak paktu ze Złym, którego wolę Waszej Świątobliwości nie opisywać ze względu na przyzwoitość i lęk przed Bogiem. Co gorsza, przesłuchiwany wyznał, że do owego świętokradczego kultu wprowadził go pewien magister z Toledo. Opisał go jako wysokiego, chudego mężczyznę odzianego na czarno i przysięga, że nie zna jego imienia. Ja natomiast, na podstawie uprzednich dochodzeń, dobrze wiem, o kim mowa. To Homo Niger, Czarny Człowiek, który często ukazuje się heretykom w czasie ich niecnych zebrań. Wobec podobnych oczywistych dowodów proszę o pozwolenie na objęcie dochodzeniem obszaru na południe od Alp, gdzie, według słów przesłuchiwanego, ukrywa się jakoby najważniejsza sekta założona przez magistra z Toledo. Ponieważ zaś członkowie owej sekty oddają się najbardziej niedorzecznej herezji, czyli kultowi Lucyfera, pragnę, by Święty Kościół Rzymski obłożył owych lucyferian anatemą i ukarał. Ponownie rozległ się jakiś odgłos, szuranie sandałów z przyległego korytarza. Konrad podniósł wzrok znad dokumentu i nasłuchiwał, dopóki nie ujrzał mężczyzny, który pojawił się w drzwiach. Był to franciszkanin z szeroką tonsurą okoloną aureolą krzaczastych włosów i z twarzą rozświetloną oczami ascety. – Gerardzie Lützelkolb, mój przyjacielu. – Konrad z Marburga wstał i otworzył ramiona. – Właśnie się zastanawiałem, dlaczego tak długo zwlekacie. Brat skłonił się lekko i wielokrotnie nabrał głęboko powietrza. Zapewne biegł. – Zatrzymano mnie, magister. Wybaczcie mi. Magister. Konrada nazywano w ten sposób od jakichś dwóch lat, od kiedy Ojciec Święty powierzył mu zadanie o dużym znaczeniu, niewątpliwie znak przychylności, ale także ogromne brzemię. Nikogo jeszcze nie obarczono misją przeprowadzenia dochodzenia w sprawie herezji, którego wyraźnym celem byłoby wyplenienie jej za wszelką cenę. Taka władza stawiała go ponad każdym biskupem, przeorem czy opatem, budząc we wszystkich pełen czci lęk. Gerard Lützelkolb rozejrzał się dokoła, otulając się opończą, którą nosił na habicie. Sprawiał wrażenie, jakby szukał źródła ciepła, lecz go nie znalazł. – W tej komnacie można zamarznąć. – Mróz oczyszcza – odparł zakonnik z nutą przygany w głosie. Brat ugryzł się w język. Konrad z Marburga był znany z surowości. – I cóż, magister. Co rozkażecie? Konrad skinął nań, by zaczekał. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na listy, zapieczętował je woskiem i podał mu. – Mają być wysłane natychmiast, pamiętajcie. – Gońcy są już gotowi do wyjazdu. – Gerard z wahaniem zważył w dłoni obydwa zwoje. Ręce mu się trzęsły, wzrok promieniał osobliwym blaskiem. Konrad przyjrzał mu się uważnie. Zwykle nie pozwalał, by cokolwiek mu umknęło, nawet najdrobniejszy szczegół. – Czy coś was trapi? Przed odpowiedzią franciszkanin wydał coś w rodzaju rzężenia. – Stało się coś strasznego, magister. – Mówcie jaśniej. – Chodzi o kleryka Wilfridusa, heretyka, któregoście dopiero co przesłuchiwali. – I cóż? Kazałem go zamknąć w celi, dopóki nie zostanie powieszony. – Nie będzie takiej potrzeby. – Usta Gerarda się wykrzywiły. – Już nie żyje. Konrad przycisnął pięści do piersi. – Ale jak… – Straże znalazły go całego poparzonego, oto powód mojego spóźnienia. Potwornie poparzonego przez… coś, co wbiło mu się w bok. – Brat się ociągał. – Jego cela jest przepełniona odorem siarki. – Nikt niczego nie widział? – Nie, ale… Jak to się mogło stać? Dostanie się do środka celi było niemożliwe. Okno

wychodzące na zewnątrz jest za wąskie, żeby mógł się przez nie przecisnąć… – Człowiek? – Konrad poklepał go po plecach z ponurym uśmiechem. Oto znak, na który czekałem, pomyślał. Zanim przemówił, delektował się smakiem słów. – Nie trwóżcie się przed wyznaniem własnych myśli na głos, przyjacielu. Dzisiejszej nocy Zły galopuje po tej ziemi. Gerard się przeżegnał, jakby chciał się uchronić przed klątwą. – Jazda, zanieście te listy – ponaglił Konrad. – I proście Pana, żeby dał nam siłę. Po czym, mimo intensywnego chłodu, ponownie stanął przy oknie i otworzył okiennice. Musiał wyjrzeć na zewnątrz, poszukać w ciemnościach. Do komnaty wdarł się ze świstem wiatr i zgasił płomyk świecy. Wszystko utonęło w mroku nocy, gęstym niczym smoła.

CZĘŚĆ PIERWSZA ZNAK STRZELCA

Nie będzie trzeba się bać nawet diabła. W rzeczywistości on jest Strzelcem uzbrojonym w płonące strzały, który w każdej chwili tchnie strach w serca rodzaju ludzkiego. Zenon z Werony, De duodecim signis ad neophytos

1

PARYŻ, NOC 26 LUTEGO Suger ponownie obejrzał się za siebie. Ktoś za nim szedł. Była to potężna postać okutana obszernym płaszczem. Zauważył ją parę chwil wcześniej, jak schodziła ze Wzgórza Świętej Genowefy w kierunku Cité. Obawiając się zaś napaści z jej strony, postanowił przyspieszyć kroku. Poza nią po drodze nie spostrzegł żywej duszy, jedynie miotające się szczury i sterty rupieci. Wszędzie brud, w sporej części pozostałości po karnawałowych hulankach. Podniósł kaptur, aby się osłonić przed zimnem, i za zakrętem znów się obejrzał. Mężczyzna w płaszczu był coraz bliżej… Gdyby tylko opat klasztoru Świętego Wiktora go nie wezwał! Suger wykładał w studium jako magister medicinae, nie był wszakże wystarczająco bogaty, aby zrezygnować z odwiedzin u chorych po zmroku, zwłaszcza jeśli pacjenci dobrze płacili. Poza naparem z cząbru i kataplazmem na spuchnięte stopy stary opat poprosił o sporą dawkę cierpliwości. Suger nie znosił skarg starców, toteż za każdym razem, gdy trafiał na osoby tego rodzaju, żałował, że nie obrał zawodu ojca, który przez ponad czterdzieści lat robił witraże w katedrach. Mężczyzna w płaszczu nie dawał za wygraną, wlókł się z uporem, ciągnąc prawą nogą. Medyk przypuszczał, że jest ranny, zorientowawszy się następnie, że tamten daje mu znaki, by się zatrzymał, przeczuwał najgorsze. Ogarnięty trwogą skręcił w lewo i przemierzył błotnisty zaułek, aż dotarł do winnicy. Przemykał między szpalerami, dopóki się nie upewnił, że zgubił pościg, po czym wyszedł na otwartą przestrzeń i pobiegł w stronę Grande Rue. Dobrze znał te osady. W razie potrzeby pomogliby mu teologowie z klasztoru Świętego Jakuba. Ledwie jednak znalazł się w pobliżu budowli, uzmysłowił sobie, że niebezpieczeństwo minęło. Mężczyzna w płaszczu zniknął. Suger zwolnił kroku i oparł się o mur, łapiąc wielkie hausty powietrza. Miał spocone czoło i miękkie kolana, nie biegał już całe wieki. Bezustannie oglądał się za siebie w obawie, że dał się zwieść. Tymczasem nie, naprawdę go zgubił. Mógł spokojnie iść dalej do własnego domu. Westchnął i pognał przez Grande Rue w kierunku Sekwany, przemykając między świecącymi pochodniami przymocowanymi do murów, gdy tymczasem droga stawała się coraz szersza i czystsza....

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.