Tess Gerritsen - Grawitacja (2)

Tess Gerritsen Grawitacja (Gravity) Przełożył Andrzej Szulc Podziękowania Książka ta nie powstałaby bez po - pdf za darmo

10 downloads 54894 Views 1MB Size

Recommend Stories


Tess Gerritsen 5 Autopsja
TESS GERRITSEN AUTOPSJA (Vanish) Wydanie polskie: 2007 Wydanie oryginalne: 2005 Jeszcze raz, Jacobowi - pdf za darmo

Story Transcript


Tess Gerritsen

Grawitacja (Gravity) Przełożył Andrzej Szulc

Podziękowania Książka ta nie powstałaby bez pomocy udzielonej mi przez pracowników NASA. Składam gorące podziękowania: Edowi Campionowi z działu Public Affairs NASA za to, że osobiście oprowadził mnie po fascynującym Centrum Kosmicznym Johnsona. Dyrektorom lotu Markowi Kirasichowi (stacja kosmiczna) oraz Wayne’owi Hale’owi (wahadłowiec) za pokazanie mi, na czym polega ich odpowiedzialna praca. Nedowi Penleyowi za wyjaśnienie, jak wygląda proces selekcji ładunków, które polecą w kosmos. Johnowi Hooperowi za pokazanie nowego załogowego statku ratowniczego (Crew Return Yehicle). Jimowi Reuterowi z Centrum Kosmicznego Marshalla za zapoznanie mnie z funkcjonującymi na stacji kosmicznej systemami podtrzymania życia. Lekarzom lotu Tomowi Marshburnowi oraz Smithowi Johnstonowi za szczegóły dotyczące medycyny nagłych przypadków w stanie nieważkości. Jimowi Ruhnke za to, iż udzielił odpowiedzi na moje czasami dziwaczne pytania natury technicznej. Tedowi Sasseenowi za podzielenie się wspomnieniami ze swej długiej kariery inżyniera lotniczego. Jestem również wdzięczna wielu ekspertom z innych dziedzin: Bobowi Truaxowi oraz Budowi Meyerowi, prawdziwym „rakieciarzom” z Truax Engineering za informacje z pierwszej ręki na temat rakiet wielokrotnego użytku. Steve’owi Watermanowi za informacje na temat komór dekompresyjnych. Charlesowi D. Sullivanowi oraz Jimowi Burkhartowi za konsultacje na temat wirusów atakujących płazy. Doktorowi medycyny Rossowi Davisowi za konsultację neurochirurgiczną. Bo Barber, nieocenionemu źródłu wiedzy o samolotach oraz pasach startowych. (Bo, polecę z tobą w każdej chwili!) Na koniec muszę jeszcze raz podziękować: Emily Bestler, która pozwoliła mi rozwinąć skrzydła. Donowi Cleary i Jane Berkey z Agencji Jane Rotrosen za to, że wiedzą, co składa się na wspaniałą opowieść. Meg Ruley, dzięki której marzenia stają się rzeczywistością. oraz Mojemu mężowi Jacobowi. Kochanie, tkwimy w tym razem.

MORZE

Rozdział pierwszy Rów Galapagos 30 stopni szerokości południowej, 90 stopni 30 minut długości zachodniej. Szybował nad skrajem otchłani. Pod nim otwierała się czarna pustka zimnego podwodnego świata, do którego nigdy nie dociera słońce, gdzie jedynym światłem jest przelotne lśnienie bioluminescentnego organizmu. Leżąc płasko w dopasowanym do ciała kokonie Deep Flight IV, z głową tkwiącą w jego stożkowatym akrylowym dziobie, doktor Stephen D. Ahearn miał wrażenie, że unosi się niczym nieskrępowany w międzygwiezdnej przestrzeni. W świetle lamp zamocowanych na skrzydłach widział deszcz szczątków organicznych, które opadały z przesyconych światłem wód daleko na górze. Martwe pierwotniaki dryfowały tysiące stóp w dół, by osiąść na cmentarzysku na dnie oceanu. Sunąc przez nieustannie osypujące się szczątki, Ahearn prowadził Deep Flight wzdłuż skraju podwodnego kanionu, po lewej stronie mając otchłań, pod sobą podwodne plateau. Chociaż osady sprawiały wrażenie jałowych, wszędzie widać było oznaki życia. Na dnie pozostały ślady stąpających po nim i pełzających stworzeń, teraz bezpiecznie ukrytych pośród osadów. Widział również ślady ludzkie – zardzewiały łańcuch oplatający urwaną kotwicę, a trochę dalej zanurzoną do połowy w szlamie butelkę po oranżadzie – upiorne pozostałości istniejącego tam, na górze, obcego świata. W polu jego widzenia ukazało się nagle coś dziwnego. Miał wrażenie, jakby znalazł się w podwodnym lesie, pośród zwęglonych pni. Były to mające dwadzieścia stóp średnicy czarne kominy, utworzone przez roztopione minerały wydzielające się ze szczelin w płaszczu ziemi. Kręcąc manetkami, łagodnie skierował Deep Flight w prawo, żeby je ominąć. – Dotarłem do źródła hydro termicznego – powiedział. – Poruszam się z prędkością dwóch węzłów. Po lewej stronie widać kominy. – Jak ci się ją prowadzi? – zatrzeszczał w słuchawkach głos Helen. – Wspaniale. Chcę dostać na własność jedno z tych cacek. Helen roześmiała się. – Musiałbyś nam wystawić czek na bardzo dużą sumę, Steve. Zauważyłeś już nodule? Powinny być wprost przed tobą. Ahearn milczał przez chwilę, wpatrując się w mrok. – Widzę je – stwierdził w końcu. Nodule manganu wyglądały jak rozrzucone na dnie oceanu bryły węgla. Dziwnie,

prawie nienaturalnie gładkie, uformowane przez minerały krzepnące wokół kamyków oraz ziaren piasku, były wysoko cenionym źródłem tytanu i innych szlachetnych metali. Ahearn zignorował je jednak. Szukał czegoś o wiele cenniejszego. – Schodzę w dół, do kanionu – oświadczył. Sterując manetkami, minął skraj plateau. Kiedy prędkość pojazdu zwiększyła się do dwóch i pół węzła, skrzydła, zaprojektowane, by wywołać efekt odwrotny niż w przypadku skrzydeł samolotu, zaczęły ściągać batyskaf w dół. – Tysiąc dwieście metrów – poinformował. – Tysiąc dwieście pięćdziesiąt... – Uważaj przy schodzeniu. To wąski rów. Kontrolujesz temperaturę wody? – Zaczyna się podnosić. Wynosi teraz pięćdziesiąt pięć stopni. – Do źródła jeszcze daleko. Znajdziesz się w gorącej wodzie dwa tysiące metrów niżej. Jakiś cień przemknął nagle tuż obok jego twarzy. Ahearn cofnął się mimowolnie i szarpnął manetką, przechylając Deep Flight w prawo. Batyskaf walnął o ścianę kanionu i przez kadłub przeszła potężna fala uderzeniowa. – Jezu! – Co się stało? – zapytała Helen. – Co się stało, Steve? Ahearn łapał kurczowo powietrze, przerażone serce tłukło mu się w piersi. Kadłub. Czy zniszczyłem kadłub? Poprzez pulsującą w uszach krew nasłuchiwał skrzypienia pękającej stali i szumu wody. Znajdował się trzy tysiące sześćset stóp pod powierzchnią wody; wynoszące sto atmosfer ciśnienie ściskało go ze wszystkich stron niczym żelazna pięść. Jedna szczelina w kadłubie i zmiażdży go woda. – Odezwij się, Steve! Całe ciało miał zlane zimnym potem. – Przestraszyłem się – wykrztusił w końcu. – Zderzyłem się ze ścianą kanionu. – Są jakieś uszkodzenia? Wyjrzał przez kopułę. – Nie potrafię powiedzieć. Uderzyłem chyba o skałę przednim sonarem. – Czy jesteś w stanie nadal manewrować? Poruszył manetkami i łódź skręciła w lewo. – Tak. Tak. – Odetchnął głęboko. – Chyba nic mi się nie stało. Coś przepłynęło tuż obok kopuły. Wystraszyłem się. – Coś? – Minęło mnie tak szybko! Zupełnie jakby skoczył na mnie wąż. – Czy to coś miało rybią głowę i ogon węgorza? – Tak. To chyba to. – W takim razie zobaczyłeś węgorzycę. Thermarces cerberus. Cerber, pomyślał, wzdrygając się. Trójgłowy pies pilnujący bram piekła. – Lubi wysokie temperatury i siarkę – powiedziała Helen. – Zobaczysz ich więcej, kiedy zbliżysz się do źródła. Niech ci będzie. Ahearn miał bardzo blade pojęcie o morskiej biologii. Mijające

akrylową kopułę stworzenia były dlań przedmiotami zaledwie przelotnego zainteresowania, żywymi znakami, wskazującymi drogę do celu. Trzymając pewnie obie manetki, kierował Deep Flight w głąb otchłani. Dwa tysiące metrów. Trzy tysiące. Co będzie, jeśli uszkodził kadłub? Cztery tysiące metrów. Miażdżące ciśnienie wody rosło linearnie w miarę, jak się zanurzał. Woda była teraz czarniejsza, zabarwiona tryskającymi niżej pióropuszami siarki. Boczne światła prawie nie przenikały tej gęstej mineralnej zawiesiny. Oślepiony wirami osadów popłynął dalej i widoczność się poprawiła. Opadał w dół po prawej stronie hydrotermicznego źródła, obok pióropusza ogrzanej magmą wody, lecz mimo to temperatura na zewnątrz wzrastała. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza. W polu jego widzenia ponownie coś się poruszyło. Tym razem mocno trzymał w dłoniach przyrządy. Zobaczył kolejne, podobne do tłustych węży węgorzyce, zwisające głowami w dół, jakby unosiły się w międzyplanetarnej przestrzeni. Tryskająca ze źródła woda była bogata w ogrzany tlenek siarki, toksyczny związek niszczący wszelkie żywe organizmy. Lecz nawet w tych czarnych, zatrutych wodach życie kwitło, przybierając fantastyczne, piękne kształty. Do ścian kanionu przywarły kołysząc się długie na sześć stóp robaki Riftia, ze szkarłatnymi piórami na głowach. Widział kiście wielkich małży w białych skorupach, z których wystawały czerwone aksamitne języki. I kraby, upiornie blade, uwijające się między szczelinami. Mimo włączonej klimatyzacji zrobiło mu się gorąco. Sześć tysięcy metrów. Temperatura wody wynosiła osiemdziesiąt cztery stopnie. W samym ogrzanym przez gotującą się magmę pióropuszu sięgała na pewno trzystu. To, że życie mogło istnieć nawet tutaj, w skrajnym mroku, w tych zatrutych i gorących wodach, graniczyło z cudem. – Sześć tysięcy sześćdziesiąt metrów – powiedział. – Nadal tego nie widzę. Głos Helen z trudem przebijał się przez trzaski: – Ze ściany kanionu wystaje półka. Powinieneś ją zobaczyć na głębokości sześciu tysięcy osiemdziesięciu metrów. – Rozglądam się. – Zwolnij tempo zanurzania. Zaraz się pojawi. – Sześć tysięcy siedemdziesiąt, nadal się rozglądam. Tu na dole wszystko wygląda jak zupa fasolowa. Może jestem w złym miejscu. – ...Odczyty sonaru... runęła nad tobą! Jej słowa zagłuszyły trzaski. – Nie słyszę cię dobrze. Powtórz. – Ściana kanionu wali się w dół! Skały sypią się na ciebie. Uciekaj! Uderzające w kadłub kamienie sprawiły, że ogarnięty paniką Ahearn przesunął manetki do przodu. Potężny głaz przeciął mrok tuż przed nim i odbił się od półki kanionu, strącając w otchłań świeży grad skalnych okruchów. Coraz częściej trafiały go kamienie. A potem rozległ się ogłuszający huk. Ahearn miał wrażenie, jakby

oberwał pięścią w głowę. Wyrżnął szczęką w kokon. Czuł, że łódź przechyla się na bok, i usłyszał przyprawiający o mdłości zgrzyt metalu, gdy prawe skrzydło otarło się o wystające skały. Batyskaf płynął dalej, wlokąc za sobą wir osadów. Ahearn pociągnął za dźwignię awaryjnego wynurzania i szarpnął obie manetki, kierując łódź w górę. Deep Flight skoczył naprzód, szorując metalem o skałę, a potem niespodziewanie stanął, przechylony na prawą burtę. Ahearn gorączkowo manipulował manetkami, włączając pełen ciąg. Batyskaf nie reagował. Ahearn przerwał na chwilę, czując, jak wali mu serce, i próbując opanować rosnącą panikę. Dlaczego nie płynął w górę? Dlaczego łódź nie reagowała? Ze strachem spojrzał na d...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.