Uwolnic niedzwiedzie - John Irving

JOHN IRVING UWOLNIĆ NIEDŹWIEDZIE Tytuł oryginału: Setting Free the Bears Przełożyła: Ewa Życińska Rok pier - pdf za darmo

12 downloads 43362 Views 1MB Size

Story Transcript


JOHN IRVING

UWOLNIĆ NIEDŹWIEDZIE

Tytuł oryginału: Setting Free the Bears Przełożyła: Ewa Życińska

Rok pierwszego wydania: 1968

CZĘŚĆ PIERWSZA

SIGGY

Regularna dieta wiedeńska

Co dzień w południe można go było zastać na ławce w Parku Miejskim, siedział z pękatą torbą inspektowych rzodkiewek na kolanach i flaszką piwa w ręce. Zawsze przynosił własną solniczkę i musiał ich mieć od groma, bo nie przypominam sobie konkretnie jakiejś jednej. Nigdy nie były to żadne wymyślne solniczki i raz nawet którąś wyrzucił. Zawinął ją po prostu w torbę po rzodkiewkach i cisnął do parkowego kosza na śmiecie. Co dzień w południe i zawsze na tej samej ławce, najmniej obdrapanej, na skraju parku, od strony najbliższej uniwersytetu. Czasem przychodził z notesem, zawsze natomiast w tej samej sztruksowej kurtce myśliwskiej z ukośnymi bocznymi kieszeniami i przepastną pionową na plecach. Rzodkiewki, butelka piwa, solniczka i czasem notes, wszystko w tej głębokiej, wypchanej tylnej kieszeni. Niczego nie nosił w rękach. Tytoń i fajki utykał w bocznych, ukośnych kieszeniach kurtki. I miał co najmniej trzy różne fajki. Choć zakładałem, że tak jak ja, jest studentem, nie spotkałem go w żadnym z budynków uniwersyteckich. Wyłącznie w Parku Miejskim w południe, dzień w dzień przez całą tę wczesną wiosnę. Często siadałem na ławce naprzeciw niego, gdy jadł. Przynosiłem ze sobą gazetę i fajnie było się z tego miejsca przyglądać dziewczynom w alejce, łyskającym, białym po zimie kolanom tych cwanych dziewczyn w powiewnych bluzach i przezroczystych jedwabiach. On jednak na nie nie patrzył, siedział nad torbą z rzodkiewkami jak płochliwa wiewiórka. Przez szpary między listwami ławki słońce padało mu na kolana paskami zebry. Spotykaliśmy się w ten sposób już ponad tydzień, zanim zauważyłem jeszcze jeden jego obyczaj. Na torbie z rzodkiewkami coś bazgrał i oderwane strzępki z notatkami utykał po kieszeniach. Częściej jednak pisał w notesie. Pewnego dnia coś zrobił: zobaczyłem, że wsunął do kieszeni strzępek torby z krótką notatką, odszedł od ławki i parę kroków dalej postanowił coś sprawdzić. Wydobył ten strzępek torby, przeczytał i potem wyrzucił. A oto, co na nim zapisał: Należy fanatycznie przestrzegać dobrych obyczajów.

Dopiero później, gdy przeczytałem cały ten jego sławetny notes – Poezje, jak go zatytułował – pojąłem, że tak zupełnie tamtej notatki nie odrzucił. Tylko ją trochę złagodził: Warto przestrzegać dobrych obyczajów. Tam jednak, w Parku Miejskim, nad strzępkiem torby po rzodkiewkach, nie mogłem wiedzieć, że jest poetą i aforystą, przyszło mi tylko na myśl, że warto by go poznać.

Kłopoty

Przy Josefsgasse, za budynkiem Parlamentu, znajduje się warsztat znany z szybkich, podejrzanych obrotów używanymi motocyklami. Odkrycie tego warsztatu zawdzięczam doktorowi Fichtowi. U niego to oblałem egzamin, co mnie wprawiło w stosowny nastrój, by się wyłamać z już przyjętego zwyczaju spędzania południa w parku. Pod rzędem niskich, cuchnących bagnem podcieni, obok piwnicznych sklepów ze spleśniałymi ubraniami zaszedłem do dzielnicy warsztatów, sklepików z oponami i częściami samochodowymi, w których faceci w wyszmelcowanych kombinezonach szczękali wytaczanym na chodnik towarem. Znalazłem się znienacka przed brudnym oknem wystawowym z zatkniętą w rogu szyby tekturową wywieszką „Faber”. Poza tym żadnej innej reklamy, wyjąwszy hałas buchający z otwartych drzwi. Kłęby ciemnego dymu jak burzowe chmury, ścinający z nóg terkot seryjnych wystrzałów, a za szybą wystawy ledwie widoczni dwaj mechanicy przedmuchujący przepustnice dwóch motorów. Motorów na podeście pod samym oknem było więcej, ale te stały ciche i lśniące. Na całej cementowej posadzce przy wejściu walały się niewyraźne w dymie spalin różne narzędzia, zakrętki od baków, kawałki szprych, obręczy, błotników i kabli, a pośród tego stali ci dwaj mechanicy, pochyleni i wsłuchani jak muzycy strojący instrumenty przed występem. Nabrałem w płuca tego, co wiało z drzwi. Tuż za drzwiami stał i przyglądał mi się siwy facet w marynarce z szerokimi, wytłuszczonymi połami. Najbardziej matowe w niej były guziki. Przy nim, oparte o drzwi, leżało wielkie zębate koło łańcuchowe: upadły księżyc ze spiłowanymi zębami, tak oblepiony smarem, że skupiał światło i raził mnie jego odblaskiem. – Herr Faber we własnej osobie – przemówił facet szturchając się kciukiem w pierś. I wyprowadził mnie z drzwi z powrotem na ulicę. Kiedy wyszliśmy z tego łoskotu, przyjrzał mi się z ledwie widocznym, złoto plombowanym uśmiechem. – Ach – westchnął. – Uniwersytet? – Daj Boże – powiedziałem. – Ale chyba nic z tego. – Chwilowe kłopoty – stwierdził Herr Faber. – A jaki masz motor na myśli?

– Niczego nie mam na myśli. – O – stwierdził Faber – nie ma łatwych decyzji. – Mam mętlik w głowie – wyznałem. – O, przecież wiem, jak to jest. Trafia się czasem motor jak żywe zwierzę, słowo daję, prawdziwa bestia! Dokładnie taki niektórzy mają na myśli. Właśnie tego szukają! – W głowie się kręci na samą myśl – wyznałem. – Pewnie, pewnie – przyznał Herr Faber. – Dokładnie wiem, o czym mówisz. Musisz pogadać z Herr Javotnikiem. To student... tak jak ty! I zaraz wróci z obiadu. Herr Javotnik potrafi pomóc niezdecydowanym. To cudotwórca, wirtuoz! – Zdumiewające. – Jest mi radością i pociechą – dodał. – Sam się przekonasz. Herr Faber przechylił śliską głowę i czule się wsłuchał w pyrkanie motorów w środku.

Dosiadam bestii

Herr Javotnika poznałem po tej sztruksowej kurtce myśliwskiej ze sterczącymi z ukośnych bocznych kieszeni fajkami. Wyglądał jak młody człowiek wracający z obiadu, po którym mu został piekący, słony smak. – Ach! – zawołał Herr Faber i wykonał dwa kroczki w bok, jakby chciał dla nas zatańczyć. – Herr Javotnik, ten młody człowiek musi podjąć decyzję. – Więc to tak – powiedział Javotnik – dlatego nie było cię w parku. – Ach, ach – pisnął Herr Faber. – Wy się już znacie? – Bardzo dobrze – przyznał Javotnik. – Można powiedzieć, że bardzo dobrze. To będzie decyzja jak najbardziej osobista, zapewniam pana, Herr Faber. Jeśli nas pan zostawi. – Cóż, dobrze – zgodził się Herr Faber. – Świetnie, świetnie – i wycofał się, wracając w spaliny w drzwiach. – To przecież prostak – powiedział Javotnik. – Masz w ogóle zamiar coś kupić? – Nie – przyznałem. – Zaszedłem tu przypadkiem. – Dziwnie było w parku bez ciebie. – Mam kłopot – wyznałem. – U kogo zdawałeś? – U Fichta. – Ba, Ficht. Mogę ci o nim to i owo powiedzieć. Gniją mu dziąsła, między jednym a drugim wykładem stosuje szczotkowanie... Wciera w dziąsła maść z brunatnego słoika. Oddechem mógłby zwarzyć pokrzywę. Sam ma kłopoty.

– Dobrze wiedzieć. – Ale motory cię nie interesują? – zapytał. – Mnie tak. Zaraz bym wskoczył na któryś i gwizdnął na to miasto. Wiosna w Wiedniu to nie to, słowo ci daję. Tylko że, oczywiście, mógłbym wysupłać nie więcej niż na połowę jednego z tych tutaj. – Tak jak i ja. – Tak? Jak się nazywasz? Powiedziałem mu: – Graff. Hannes Graff. – Hm, Graff. Jeżeli ci chodzi po głowie przejażdżka, mają tu jeden całkiem fajny. – Cóż, nie zebrałbym więcej jak na połowę, wiesz, a ciebie, zdaje się, trzyma tu praca. – Nic mnie nigdy nie trzyma – oświadczył Javotnik. – Ale mogłeś nabrać takiego zwyczaju – przypomniałem mu. – No wiesz, ze zwyczajami nie ma żartów. A on na chwilę wrósł w ziemię, wydobył z kurtki fajkę i postukał nią o zęby. – Popieram też ciekawe zachcianki – oświadczył. – Na imię mi Siggy. Siegfried Javotnik. I chociaż wtedy tego nie zanotował, później miał tę myśl włączyć do swego notesu pod poprawioną sentencją o obyczajach i fanatyzmie. Tę nową maksymę też ujął inaczej: Daj się prowadzić szczerym odruchom i szczęśliwej drogi! Lecz wtedy, tamtego dnia po południu, na tym chodniku nie miał chyba notesu ani strzępka tej torby po rzodkiewkach i musiał czuć ponaglające sygnały, jakie wysyłał Herr Faber, który zerkał na nas tak niespokojnie, że jego głowa wysuwała się z zadymionego warsztatu jak język węża. – Za mną, Graff – powiedział Siggy. – Posadzę cię na bestii. Przeszliśmy więc przez śliską posadzkę warsztatu do drzwi w ścianie w głębi, drzwi z tarczą do gry w strzałki. I drzwi, i tarcza wisiały krzywo. Tarcza zupełnie jak pogryziona, jej środek ginął bez śladu wśród skołtunionych ogryzków korka, jakby stuknięci mechanicy, zamiast rzucać w nią strzałki, szarpali ją kluczami albo darli zębami. Wyszliśmy w zaułek za warsztatem. – Zaraz, Herr Javotnik – powiedział Herr Faber. – Naprawdę chce pan? – Absolutnie – potwierdził Siegfried Javotnik. Przykryty lśniącym czarnym brezentem, stał oparty o ścianę warsztatu. Tylny błotnik grubości mojego palca: tęgi kawał chromu, szary po wierzchu, gdzie przejął kolor od grudek błota. Na tylnej oponie głęboki bieżnik. Opona, bieżnik, a między nimi idealny odstęp. Siggy ściągnął brezent. Motor był stary, wyglądał groźnie, żadnej miękkości linii czy obudowy, każda część osobno i luka w miejscu, gdzie jakiś śmieciarz próbowałby wcisnąć

skrzynkę na narzędzia, druga niewielka trójkątna luka między silnikiem a bakiem. Bak, gładka czarna łza, tkwił jak przymała głowa na zwalistym ciele. Był piękny, jak piękna bywa czasem broń palna dzięki tej oczywistej, kłującej w oczy funkcjonalności swych głównych części. I co tu gadać, robił wrażenie, wyglądał, jakby wciągnął brzuch, jak chudy pies zaczajony w wysokiej trawie. – Ten chłopak to wirtuoz! – wykrzyknął Herr Faber. – Radość i pociecha. – Brytyjski – powiedział Siggy. – Royal Enfield sprzed kilku lat, kiedy tak jeszcze je montowali, by każdy widział, do czego co służy. Siedemset centymetrów sześciennych. Nowe opony i łańcuchy, przerobione sprzęgło. Jak nowy. – Ten chłopak kocha tego grata! – mówił Herr Faber. – Sam go robił w swoim wolnym czasie. Jak nowy! – Zgadza się, jest nowy – szepnął Siggy. – Ściągnąłem z Londynu... nowe sprzęgło i zębate koło łańcuchowe, nowe tłoki i pierścienie... a on myślał, że to do innych motocykli. Nawet nie wie, stary złodziej, ile to warte. – Wsiądź! – zachęcał Herr Faber. – O, tylko wsiądź i poczuj pod tyłkiem tę bestię! – Pół na pół – s...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.