Wymyslona dziewczyna - John Irving

John Irwing Wymyślona dziewczyna A u t o b i o g r a f i a Tytuł oryginalny: The Imaginary Girlfriend P - pdf za darmo

5 downloads 14371 Views 522KB Size

Story Transcript


John Irwing

Wymyślona dziewczyna

A u t o b i o g r a f i a

Tytuł oryginalny: The Imaginary Girlfriend Przełożył: Jacek Spólny

Rok pierwszego wydania: 1996 Rok pierwszego wydania polskiego: 1998

Profesorski dzieciak

Za moich czasów w prywatnym college’u w Exeter nie znano przedmiotu „nauka twórczego pisania” - na zajęciach królował esej. Ja jednak pisałem przede wszystkim opowiadania; pokazywałem je (poza zajęciami) George’owi Bennettowi, ojcu mojego najlepszego kolegi. Nieżyjący już pan Bennett, wówczas dyrektor wydziału anglistyki, był moim pierwszym krytykiem i życzliwym doradcą - potrzebowałem jego pomocy. Oblałem egzaminy z łaciny i matematyki i musiałem kontynuować naukę przez jeszcze jeden, piąty już rok co było wydarzeniem bez precedensu w dziejach szkoły; udało mi się jednak zapisać na zajęcia zwane „angielski z P” - owo „P” oznaczało rodzaj pisania, którym chciałem się zająć. Grono wybranych, do których należałem, miało tworzyć, co udawało mi się rzadko. O ile pamiętam (a pamięć czasami mnie zawodzi), na „angielskim z P” bezwzględnie najlepszym pisarzem i najbardziej bezkompromisowym krytykiem był mój kolega z zapaśniczej maty, Chuck Krulak, o przydomku Brutal; w przyszłości miał on zostać generałem Charlesem C. Krulakiem, dowódcą korpusu piechoty morskiej i członkiem sztabu generalnego. Wśród uczniów wyróżniał się też, równie drwiący i krytyczny, co przyszły generał Krulak, kolega z piątego roku kursu angielskiego, przyszły pisarz G.W.S. Trow; wtedy mówiło się na niego po prostu George, choć był drapieżny jak łasica i bardzo bałem się jego zębów. Całkiem niedawno w rozmowie z nim dowiedziałem się, ku swojemu zdumieniu, że był w Exeter straszliwie nieszczęśliwy; zawsze sprawiał na mnie wrażenie zbyt pewnego siebie, by cierpieć - podczas gdy mój własny stan ducha charakteryzował się wówczas nieustannym zakłopotaniem. Nigdy w życiu nie dostałbym się do Exeter w normalny, oficjalny sposób; uczyłem się kiepsko - później okazało się, że mam dysleksję, ale wtedy jeszcze nikt o czymś takim nie słyszał. Niemniej jednak przyjęto mnie do college jako syna jednego z pedagogów. Mój ojciec był historykiem; ukończył literaturę i języki słowiańskie na uniwersytecie Harvarda i był pierwszym, który nauczał w Exeter historii Rosji. Ja sam doprowadziłem i tak już niezręczne stosunki wewnątrz naszej rodziny do stanu ogromnego napięcia, gdyż zapisałem się na jego zajęcia. Tata odpłacił mi za to trójką z plusem na koniec kursu. Że w Exeter szło mi ciężko, to mało powiedziane. Mnie jedynemu wymknął się spod kontroli eksperyment z muszką owocówką. Czerwone i białe punkciki krzyżowały się w takim tempie, że straciłem ich trop pokoleniowy; próbowałem pozbyć się dowodów swej nieudolności, wyrzucając je do fontanny przed laboratorium - nieświadom, że owocówki mogą jeszcze przez wiele dni żyć (i

rozmnażać się) w rurach doprowadzających wodę. Gdy ogłoszono, że niezdatna do użytku fontanna jest „zanieczyszczona” - dosłownie roiło się w niej od wilgotnych muszek - nie wiedząc, gdzie podziać się ze wstydu, przyznałem się do winy. Biolog uczący genetyki, pan Mayo-Smith, darował mi, bo byłem jedynym wśród jego uczniów miejscowym (czyli mieszkańcem Exeter), który posiadał broń; potrzebował mnie, a konkretniej - mojego karabinka. Uczniom z internatów, rzecz jasna, zabroniono posiadania broni palnej. Ale ja, jako rdzenny mieszkaniec New Hampshire - a na naszych tablicach widnieje maksyma: „Bądź wolny lub umieraj” - dysponowałem całym arsenałem; na prowadzone przez pana Mayo-Smitha zajęcia wstępne z biologii przynosiłem gołębie, do których zwykle strzelałem z dachu jego stodoły. Na szczęście mieszkał spory kawałek za miastem. Jednak pana Mayo-Smitha zawiodłem nawet jako snajper. Chciał, żeby gołębie zabijać zaraz po tym, jak się najadły; dzięki temu uczniowie, którzy dokonywali sekcji ptaków, mogliby zbadać zawarte w ich wolach pożywienie. Dlatego pozwalałem gołębiom na jedzenie ziarna z pola pana Mayo-Smitha. Kiedy je stamtąd zganiałem, głupie zawsze leciały na dach stodoły. Był ułożony z gontów; gdy je trafiałem - używałem karabinka z celownikiem 4X i nabojów kaliber 22, starając się nie strzelić w wole - zsuwały się po jednej ze stron. Pewnego dnia przestrzeliłem dach i odtąd pan Mayo-Smith ani na chwilę nie dawał mi spokoju, ponieważ dach stale przeciekał. Muszki owocówki w fontannie to kłopot dla szkoły, ale ja przecież podziurawiłem stodołę samego pana od biologii, „własność prywatną ze wszystkimi tego konsekwencjami” - jak lubił mawiać mój ojciec podczas zajęć z historii Rosji. Przestrzelenie stodoły pana Mayo-Smitha było mniej upokarzające niż lata poświęcone terapii językowej. W Exeter nie znano powodów pisania z błędami, to znaczy niewiele na ten temat wiedziano. Przyczyną była naturalnie dysleksja, ale takiej diagnozy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych nikt nie umiał postawić. Zajmujący się moim tajemniczym przypadkiem terapeuta uznał moje kłopoty za problem natury psychologicznej. (Upośledzenie językowe nie ułatwiło mi pokonania trudności, jakie miałem w college’u). Kiedy stwierdzono, że kolejne seanse terapii językowej nie mają praktycznie żadnego wpływu na moją zdolność odróżniania alegorii od alergii, skierowano mnie do szkolnego psychiatry. Czy nienawidzę szkoły? - Nie. (Przecież się w niej wychowałem!) Dlaczego nazywam ojczyma „ojcem”? - Bo go kocham i jest to jedyny „ojciec”, jakiego znam. Czemu przyjmuję „postawę obronną”, kiedy ludzie nazywają mojego ojca ojczymem?

- Bo go kocham i jest to jedyny ojciec, jakiego znam - więc dlaczego nie miałbym tak reagować? Czemu się złoszczę? - Bo nie umiem pisać ortograficznie. Ale dlaczego nie umiem pisać bez błędów? - Nie mam pojęcia. Czy to, że mój ojczym... ojciec mnie uczy, jest dla mnie „krępujące”? - Uczył mnie przez rok. Do tej szkoły chodzę i piszę, jak piszę, już od pięciu lat. Ale dlaczego się złoszczę? - Bo nie umiem pisać bez błędów i muszę do pana chodzić. - Denerwujemy się, bardzo się złościmy, prawda? - dociekał psychiatra. - Oczywiście, że się złuszczymy - odpowiedziałem. (Próbowałem z powrotem skierować rozmowę na moje kłopoty z ortografią).

W parterze

W college’u było jedno miejsce, w którym zawsze udawało mi się zachować spokój ducha; nigdy nie denerwowałem się w sali zapaśniczej, a to zapewne dlatego, że nie czułem się tam kimś gorszym. Sam się dziwię, że uprawianie zapasów przychodziło mi z taką łatwością. Nigdy nie wyróżniałem się wyjątkową tężyzną fizyczną. Nie znosiłem rozgrywek Małej Ligi w baseballu. (Urazę tę przeniosłem na wszystkie inne dyscypliny, w których ma się cokolwiek do czynienia z piłką). Nieco mniej głęboką niechęcią darzyłem narciarstwo i łyżwiarstwo. (Jako tako znoszę zimno). Miałem za to niewytłumaczalną skłonność do fizycznego kontaktu, do zastrzyku adrenaliny związanego z obijaniem się o przeciwników. Na piłkę nożną byłem jednak za niski - poza tym w grę znów wchodziła piłka. Kiedy człowiek coś pokocha, jest zdolny zanudzić każdego wyjaśnianiem powodów swojej fascynacji, wszystko jedno jakich. W zapasach, tak samo jak w boksie, zawodników dzieli się na kategorie wagowe i w ten sposób sportowcy obijają (się o) ludzi podobnych wymiarów. Można walić w nich bardzo mocno, ale na ziemi ląduje się wcale miękko. Istnieją również bardziej uporządkowane aspekty agresywności tego sportu walki. Zawsze podziwem napełniała mnie reguła, że zawodnik, który uniesie przeciwnika w górę, ma obowiązek zatroszczyć się o jego „miękkie lądowanie”. Ale moją miłość do zapasów najlepiej chyba wyjaśnia fakt, że tutaj po raz pierwszy osiągałem jakiekolwiek sukcesy. A całe swoje, koniec końców, umiarkowane powodzenie w tym sporcie

zawdzięczam pierwszemu trenerowi, Tedowi Seabrooke’owi. Swego czasu był on mistrzem Wielkiej Dziesiątki ligi amerykańskich zapasów i dwukrotnym mistrzem Stanów Zjednoczonych w Illinois; miał o niebo za wysokie kwalifikacje na trenera zapasów w Exeter: prowadzone przez niego zespoły szkół średnich przez wiele lat królowały na matach Nowej Anglii. Jako wicemistrz wagi do 155 funtów w zawodach Amerykańskiego Stowarzyszenia Zapaśników Szkół Średnich, Ted był przystojny; ja go pamiętam, gdy przekroczył już dwieście funtów. Siadał na macie i szeroko rozsuwał nogi; ręce zgięte w łokciach zakładał na piersi, wyciągając je w stronę ćwiczącego z nim zawodnika. Nawet w tej niedogodnej pozycji umiał się bronić - nie było takiego, któremu udałoby się zajść go od tyłu. Siedząc na pupie, poruszał się błyskawicznie jak krab: podcinał nam nogi, chwytał nogami w kleszcze, rękami unieruchamiał dłonie albo zginał kark. Zdobywał przewagę, siadając na tułowiu rywala albo chwytając go za prawą rękę i lewą nogę (chwyt poprzeczny); obchodził się jednak z nami delikatnie i zawsze zdawało się, że niewiele trudu kosztuje go krzyżowanie naszych zamiarów. (Wiele lat później zachorował na cukrzycę, a potem na raka. Podczas mszy żałobnej nie byłem w stanie wygłosić nawet połowy mowy pochwalnej, jaką ułożyłem, gdyż zdawałem sobie sprawę, iż wygłaszając niektóre zdania, nie potrafiłbym powstrzymać się od płaczu). Ted Seabrooke nie tylko nauczył mnie zapasów, lecz - co ważniejsze przestrzegł, że nigdy w życiu nie będę więcej niż „poprawnym” zawodnikiem; wynikało to z mojej ograniczonej sprawności. Na długo zapamiętałem jego radę: jeśli chcę nadrobić braki, muszę się solidnie przyłożyć do treningu i zostać sumiennym adeptem zapasów. „Z reguły przecenia się rolę talentu - mawiał Ted. - Przeciętne uzdolnienia jeszcze o niczym nie przesądzają”. Na poziomie szkoły średniej walka zapaśnicza trwa sześć minut i dzieli się na trzy dwuminutowe rundy, między którymi nie ma przerw. Pierwszą rundę obydwaj zawodnicy rozpoczynają, stojąc w pozycji neutralnej, w której żaden nie ma przewagi nad konkurentem. W drugiej rundzie jeden z rywali mógł w tamtych czasach wybrać pozycję górną lub dolną; w trzeciej wybór należał do drugiego z zawodników. (Obecnie zwiększono liczbę możliwości i można dodatkowo wybrać pozycję neutralną, a zapaśnik wybierający w d...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.