Zapora- H. Dekutowski

Wojciech Kozłowski ps. „Tomek” Akcja „Zapory” pod Kożuchówką 17 lipca 1944 roku Tamten lipiec był wyjątko - pdf za darmo

4 downloads 11614 Views 213KB Size

Recommend Stories


1973 11 Ruchoma zapora
1973 11 Ruchoma zapora - pdf za darmo

1973-11 - Ruchoma zapora
1973-11 - Ruchoma zapora - pdf za darmo

1978 20 Ruchoma zapora
1978 20 Ruchoma zapora - pdf za darmo

Story Transcript


Wojciech Kozłowski ps. „Tomek” Akcja „Zapory” pod Kożuchówką 17 lipca 1944 roku Tamten lipiec był wyjątkowo pogodny i skwarny. Sady ciężkie owocem, niedojrzałym jeszcze i cierpkim, ale już soczystym, bujne były czernią dorodnych trześni. Zboża przyżółkły już. Ciężkie kłosy chyliły się ku ziemi. Złotawy pył wyschniętego lessu osiadał na butach, mundurach i twarzach. Wnikał głęboko w sekretne zakamarki precyzyjnych mechanizmów broni. To był piękny dorodny lipiec! Staliśmy tej nocy – cztery patrole chyba – na kwaterach w kolonii Kępa. Noc przespałem z kolegami w wonnym sianie w stodole przy szeroko otwartych wierzejach, gościnnie wpraszających ciepłe podmuchy wiatru. Ze świtem poderwała nas pobudka. Zaczęła się zwykła, biwakowa krzątanina, przygotowanie posiłku, nieobfitego może, ale za to sercem kraszonego. Komendant zarządził czyszczenie broni i jej przegląd. Z wozu taborowego pobraliśmy amunicję dla jej uzupełnienia. Słowem – był to niemal normalny dzień „garnizonowy”. Słońce powoli wspinało się na błękit, pokryty kłaczkami pierzastych, białych chmur. Upał narastał mimo lekkiego powiewu wiatru. Dojrzała pełnia lata. Koło 10:00 chyba na placówkę ubezpieczającą nas od strony Godowa i Opola przyszła łączniczka z Chodla „Zulka”. Jak zwykle roześmiana pełnią białych jak ser zębów w wiśniowej niemal czerwieni warg, zarumieniona upałem i zmęczeniem wlokła swój rower. Szła wprost do Komendanta. Zdążyłem uzupełnić brakujące naboje do kb. w łódkach i rozmieścić je w czterech zdobycznych ładownicach, kilkanaście sztuk luzem – nadprogram – schowałem po kieszeniach, kiedy nadbiegł goniec wzywający dowódców patroli na odprawę. Minął mnie „Kordian” (January Rusch) w swojej zawadiackiej granatowej maciejówce, smukły i ciemny, uśmiechnięty jak zwykle. Minął „Wampir” (Mieczysław Szymanowski) dopinający pas z kaburą na ciemnoszarym mundurze bez dystynkcji. „Żbik” (Stanisław Jasiński) i „Duch” (Aleksander Sochalski) szybkim krokiem dążyli do kwatery Komendanta „Zapory”. Odprawa nie trwała długo. Patrole „Kordiana” i „Żbika” osadzone na sześciu podwodach ruszyły traktem w kierunku Ratoszyna. „Wampiry” i „Duchy” marszem ubezpieczonym poszły piechotą na skróty. „Wampir” od razu nadał ostre tempo. Po pół godzinie forsownego marszu w gęstniejącym upale koszula zaczęła się kleić do grzbietu, a pot zalewał oczy. „Duch” z tyłu marudził trochę i zwlekał. Wreszcie zgubiliśmy go z oczu. „Wampir” podganiał rozwlekającą się kolumnę. Szliśmy bodaj ze trzy godziny – do małego zagłębienia terenu, otulonego krzakami tarniny, gdzie pozwolił nam wreszcie odetchnąć. Przed nami rozciągało się daleko dojrzałe żyto, sięgające aż do biegnącej we wkopie i obsadzonej drzewami drogi. Po prawej teren podnosił się nieznacznie. W odległości kilkuset metrów, za łanem zboża, rysował się dach i komin chałupy. Po lewej teren opadał nieco w dół, ku kępom drzew, olszyn chyba, rzeczce czy strudze raczej. Ostatnie dwieście metrów między żytem a olchami stanowiło kartoflisko. Byliśmy o trzy kilometry od Chodla może. Wyniosła wieża pojezuickiego kościoła, ongi parafii księdza Piotra Ściegiennego, widniała dobrze w przejrzystym, rozedrganym powietrzu. Droga przed nami, ciągnąca się w prawo, werżnięta głęboko w lessowy grunt, biegła do Ratoszyna i dalej przez Popkowice do Urzędowa. Teraz dopiero Komendant zorientował nas w sytuacji. Chodel jest obsadzony przez batalion Wehrmachtu, dobrze wyszkolony oddział frontowy, wycofany na tyły dla odpoczynku i uzupełnień. Do Popkowic, dobrym browarem sławnych, wyruszyła dziś rano po piwo na sześciu furmankach grupa aprowizacyjna – około 50 ludzi – pod dowództwem oficera. Są uzbrojeni jak na zadanie bojowe. Mają broń osobistą i maszynową, prawdopodobnie także granatnik. Wracać będą na pewno za dnia. Na nocną wyprawę nie odważyliby się żadną miarą. Zadanie nasze: zaatakować ogniem bezpośrednim i granatami od razu całą kolumnę z bliskiej odległości w zagłębionym odcinku drogi. Od czoła skrzydło lewe tzn. patrol „Kordiana” ogniem broni maszynowej blokuje dalsze posuwanie się kolumny.

Skrzydło prawe tzn. patrol „Żbika” ogniem CKM–u zamyka nieprzyjacielowi możność wycofania się. Środek naszej linii stanowi patrol „Wampira”. Ten ogniem bezpośrednim i granatami dąży do zniszczenia nieprzyjaciela na furmankach oraz jego ewentualnej eskorty. Patrol „Ducha”, który przybył w międzyczasie, stanowi odwód za prawym skrzydłem. Weźmie udział w ostatniej fazie walki. Nieprzyjaciel ma możliwość wycofania się w prawo od czoła w fałdziste wykopy i rozpadliny terenu, stare glinianki czy coś w tym rodzaju. W tej sytuacji walkę ogniową przejmie patrol „Kordiana”, który zaatakuje od lewego skrzydła, a „Wampir” ze środka linii tyralierskiej i „Duch” z odwodu będą dążyć do zniszczenia nieprzyjaciela walką wręcz, mając przewagę liczebną i korzystne nachylenie terenu. Punkt sanitarny sto metrów za lewym skrzydłem oddziału, w zagłębieniu terenu osłoniętym olszynami. Komendant na prawym skrzydle patrolu „Kordiana”, przy lewym skrzydle patrolu „Wampira”. Droga wycofania po akcji: prostopadle do atakowanej drogi w kierunku ogólnym na lasy godowskie. Ewakuacja rannych do wsi Godów. Kiedy „Wampir” rozmieszczał swoich ludzi w linii tyralierskiej w życie, w odległości 6–10 metrów od rowu przy drodze, patrol „Kordiana” tkwił już na swoich pozycjach w kartoflisku. Z odległości stu metrów był prawie niewidoczny, zwłaszcza gdy patrzeć nań było pod światło odchylającego się ku zachodowi słońca. Zaległem wraz z innymi w życie, wysokim w tym miejscu i gęstym, jakby stworzonym do gościnnego pomieszczenia zasadzki. Czekamy... Jest skwarnie i cicho. Lekki wiatr porusza kłosami zboża. Grają ukryte w trawach świerszcze. Słońce pali niemiłosiernie. Czekamy... Mija godzina, dwie. Czas jakby stanął w miejscu. Ot, wtuliłby się człowiek w fałdy ziemi gościnnej, oczy przymrużył do słońca, liczył chmurki niewielkie, których coraz więcej przybywa od zachodu. Układają się w figury kłębiaste, zwiewne i przemienne. Są białe jak śnieg w rozpalonym błękicie nieboskłonu. Pochylam głowę. Wargi dotykają rozpalonej w słońcu komory zamkowej karabinu – aż parzy! Granat zaczepny, typowy niemiecki „tłuczek”, ułożyłem przed sobą. Poluzowałem nakrętkę, by jeden obrót mógł sprawnie odbezpieczyć trzymany w dłoni – jak na uwięzi – grzmot. Po raz kolejny sprawdzam czy nabój tkwi prawidłowo w lufie. Poruszam skrzydełkiem bezpiecznika Mausera 0,8/15. Broń to zdobyczna, wypielęgnowana, bez plamki rdzy czy wżeru. Matowo lśni przednim oksydowaniem. Czerwona mrówka powoli i czujnie maszeruje wzdłuż bukowej kolby, gładkiej i wypieszczonej, przechodzi na pas i znika gdzieś głębiej w zielonych listkach koniczynowego poplonu. Jak dziwnie zapamiętuje się takie nieistotne, tylekroć widziane i doskonale nieważne momenty. W polu widzenia najbliższe źdźbła żyta, nieco wyżej korony drzew przydrożnych, odległe o dziesięć, nie więcej, metrów. Wyżej niebo, chmury, słońce i ... nic. Czekamy... Na drodze narasta szum. Stukot kopyt, skrzyp kół toczących się w miałkim pyle polnej drogi, gwar głosów. I nagle ... gwałtowny terkot CKM–u z prawej i jednocześnie krótkie serie RKM–u z lewej – teraz strzelają „Kordiany”. Nie czekając na rozkaz rzucam odbezpieczony granat na szosę. W tym samym momencie z rowu słyszę szczęk repetowanej broni i głośną komendę „Feuer!”. Strzelam „na głos”, bo celu nie widzę. Kule brzęczą nisko, ale te które słychać są już niegroźne. Wiem o tym, ale mimo woli jakaś siła wciska mi głowę między barki. Wysoko nad głową leci od strony drogi granat trzonkowy, rzucony sprawnie, daleko. W chwilę później huk. Słyszę za sobą jęk i przytłumiony krzyk: „O Jezu, Jezu!”, i głos spokojny, opanowany, „Wampira” chyba: „Cicho, do cholery!”. Ktoś odciąga rannego „Pingwina” do tyłu. „Myszka”? Nie wiem. Strzały z prawej i od szosy cichną. Regularna kanonada przenosi się teraz na lewe skrzydło – tam gdzie leżą chłopcy „Kordiana”. Słychać krótkie, miarowe serie LKM–ów i pojedyncze pchnięcia granatnika, podnoszące z kartofliska i zboża bure kłęby piasku. Na szosie widzę już naszych, zajmujących stanowiska na drugim brzegu drogi i kierujących ogień na lewo – w rozpadliny czy glinianki. „Żbik” z pistoletem w garści krzyczy nerwowo w tył: „Przerwij ogień, nie strzelaj!” Widać, że jest gotów pistoletem odpowiedzieć na strzał z tyłu. Nerwy. „Wampir” odpina pas z kaburą poległemu oficerowi, którego ciało głową w dół, do połowy zwisa z wozu. Na tym samym wozie zwłoki cywila – twarz ma wtuloną w słomę, moszczącą siedzenie. Przy wozie leży nieruchomy koń, rosły gniadosz, w porwanej uprzęży. „Wampir” wycofuje się powoli, utyka, jego spodnie są obficie

przesiąknięte krwią. Podnoszę leżący na drodze pistolet maszynowy MP42. Próbuję dołączyć do chłopców ostrzeliwujących wyrobisko z prawej, ale pierwsza seria kończy się po trzech, czterech nabojach. Magazynek jest pusty. Drugiego nie mam. Dołączam swój pojedynczy ogień karabinowy, ale celu prawie nie widać. Mundury „Feldgrau” zlewają się z trawą. Strzelają niewiele. Co chwila widać pomykające w tył sylwetki. Nie sposób ustalić ile to wszystko trwało. Dwadzieścia minut? Godzinę? Na lewym skrzydle tymczasem ogień ucichł zupełnie, ale widać kilka sylwetek nieruchomych. Polegli „Kordian”, „Lwów” i „Sławek”. Z gorących relacji wyglądało to tak: w pierwszej chwili strzelaniny celny ogień niemieckiego LKM–u zranił leżącego w kartoflisku „Turka” – w lewe płuco i lewy obojczyk. Nieprzytomny krwawił obficie. Na wołanie „»Turek« ranny” próbował podpełznąć do niego „Kordian”. Leżał kilkanaście metrów w prawo od niego. Trafiony kolejną serią LKM–u zginął natychmiast. Na ponowne wołanie „»Kordian« trafiony” poderwał się do niego „Lwów” – lekarz kompanii. Celna kula trafiła go pod hełm, z prawej strony, za uchem. Ta śmierć była momentalna. Nie cierpiał wcale. Nic nie poczuł. Biaława tkanka mózgowa ze skąpą domieszką krwi spływała na szyję i kołnierz rozpiętego munduru. Śmierci „Sławka” nie zauważył bezpośrednio nikt. Leżał bliżej drogi na swoim RKM–ie. Magazynek „Browninga” był pusty. Kilka kul przeszyło...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.