Zaproszenie do Prowansji - Elizabeth Adler

Adler Elizabeth Zaproszenie do Prowansji Anabelle i Ericowi To, co przeżyłem, nie należy już do mnie; Pie - pdf za darmo

8 downloads 23286 Views 1MB Size

Story Transcript


Adler Elizabeth Zaproszenie do Prowansji Anabelle i Ericowi To, co przeżyłem, nie należy już do mnie; Pierzchły ulotne chwile. Jak sny dane nam na krótko. Które potem zachowuje Tylko pamięć. John Wilmot, hrabia Rochester Love and Life (1680) Prolog Niewiele zmieniło się w miasteczku Marten de Provence. W ogródku kafejki zamiast metalowych krzeseł ustawiono plastikowe, a zielona markiza zastąpiła starą, niebieską. Ale Cafe des Colombes jest zawsze taka sama. Wciąż należy do rodziny Jarre, już od pół wieku, a proste dania w karcie nie zmieniły się od trzydziestu lat. Pod łukiem arkady, gdzie nadal jest sklepik Alliera, świeże owoce i warzywa leżą starannie poukładane w drewnianych skrzynkach, z cenami wypisanymi kredą na tabliczkach. Z fontanny z kamiennym korytkiem leniwie sączy się woda. Dwa psy wylegują się w cieniu obok starszych panów w beretach, którzy siedzą na drewnianych ławkach i, ściskając laski w sękatych dłoniach, przyglądają się, jak wokół toczy się ich niewielki świat. Drzwi do małego kościółka pokrytego łuszczącą się różową farbą są otwarte; po stopniach wchodzi kobieta w letniej żółtej sukience, z naręczem barwnych kwiatów. I jak zawsze pachnie tu kawą, pieczonymi kurczętami, tymiankiem, dojrzałymi melonami i końmi. Długi mur z omszałego kamienia otaczający chdteau biegnie wzdłuż drogi obok skweru, skąd brukowane uliczki z małymi domkami wspinają się na pobliskie skaliste zbocza. Na szczycie najwyższego, wyniosłego wzgórza rozsiadło się Saint Sylvestre, village perche, maleńka, stara

twierdza wkuta głęboko w skałę. Dziś jest rajem artystów i turystów, którzy przyjeżdżają na coroczny letni festiwal muzyczny do dawnego klasztoru stojącego wśród pól lawendy. Wielki brązowy dzwon wciąż swym biciem przypomina o upływie czasu. Drogę wzdłuż chdteau okalają topole. Gałęzie tworzą zielony szpaler, przez który błyski słońca migocząjak rozsypane złote monety. U wjazdu wciąż stoją ogromne filary; rzeźbione kamienne gryfy na szczycie mają rysy zatarte przez wiejący od stuleci mistral. Tuż za nimi, za wielką żelazną bramą zaczyna się długi, wysadzony cyprysami podjazd, który prowadzi prosto do Chateau des Roses Sauvages. Po lewej stronie ciągną się trawniki z pojedynczymi drzewami, a spoza nich połyskuje w słońcu srebrna tafla jeziora, i wreszcie ukazuje się chdteau, jak delikatny, stary fresk na tle skalistych fioletowych wzgórz. W późnym, popołudniowym słońcu dom płonie żółtawą ochrą; linia dachu opada łagodnie. Melodyjnie szemrze woda fontanny na kwiatowym tarasie ogrodu, a kasztany roztaczają zachęcający cień. Latem wielkie drzwi są zawsze otwarte, by wpuścić do domu podmuchy wiatru i, od czasu do czasu, mile witanych gości. Rafaella Marten stoi samotnie w rozświetlonym słońcem holu. Gdzieś na zewnątrz odzywa się ptak, a potem wszystko cichnie. Wsparta na lasce, wpatruje się w czarowny obraz - aleję stuletnich kasztanów wiodącą do jeziora i bajkowego japońskiego mostku, którym jeszcze jej pradziad połączył ląd z maleńką wysepką. Kiedy była młoda, przechodziła tamtędy w gorące, letnie noce, by spać nago w altance, z dala od wścibskich spojrzeń, gdzie tylko delikatna bryza owiewała jej rozgrzane ciało. Ach... młodość, myśli Rafaella i uśmiecha się do wspomnień. Tak dawno... kiedy wszystko wydawało się możliwe. Dzień jest gorący, ale deski starego parkietu przyjemnie chłodzą bose stopy. Rafaella do dziś lubi chodzić boso. Kiedy idzie, czerwona cygańska spódnica wiruje wokół kostek - to ta, którą miała na sobie w dniu, gdy spotkała mężczyznę swojego życia; oczywiście nie był to jej mąż. Smętnie przygląda się sobie w złoconych, rokokowych lustrach wiszących na ścianach holu: burza srebrzystych włosów i jakby na przekór - pełne, miękkie usta. Tylko oczy pozostały te same pod ciężkimi powiekami, niebieskie jak Morze Śródziemne, nie tak dalekie przecież. Dawno temu, w piękne letnie dni pływała w nim codziennie. Teraz Rafaella mieszka w chdteau sama; troszczy się tu o nią tylko Haigh, angielski kamerdyner, najbliższy przyjaciel i towarzysz. Haigh jest niewysoki i zadziorny jak kogut, ma patykowate nogi i mizerną twarz cwaniaczka z londyńskiego przedmieścia. Od przeszło pięćdziesięciu lat pracuje u Martenów i jest niemal tak stary,

jak Rafaella. Wie o niej wszystko. Znał ją młodą i pełną życia, rządzącą swym małym królestwem i winnicami. Był tu w dobrych i złych czasach. Rafaella nie ma przed nim tajemnic. Kiedyś dom rozbrzmiewał śmiechem dzieci, z basenu dochodziły pluski i krzyki, na ceglastym korcie stukały piłki tenisowe, a w koktajlowych szklaneczkach podzwaniały kostki lodu. Ogniste słońce zachodziło nad białymi, skalistymi wzgórzami. Teraz drzwi pozamykano, w pokojach spuszczono żaluzje, a piękne stare meble przykryto pokrowcami. Rodzina już dawno się rozjechała, rozsypała po świecie, rozbita po skandalach wywołanych przez pieniądze, kobiety i pewną tajemniczą śmierć. Rafaella, wsparta na lasce, wsłuchuje się w dźwięki przeszłości. Tyka zegar dziadka. Brzęczy pszczoła uwięziona w oknie. W powietrzu unosi się zapach dzikich róż, od których chdteau wziął swoją nazwę. I z każdego kąta wyziera samotność. Rafaelli zdaje się, że dom umiera. Potrzebna mu młodość, energia, miłość, śmiech. I rodzina, która przezwycięży duchy przeszłości i przywróci go do życia. Rafaella podejmuje decyzję i zawraca w głąb domu. Gwizdaniem przywołuje psy. Pędzą, drapiąc pazurami po chłodnym parkiecie: potężny, brązowobiały owczarek berneński, którego nazwała Louis, bo obwisłe uszy i smętne spojrzenie upodobniały go do dawnych francuskich królów; i Mimi, czarna, miniaturowa pudliczka. Stara się za nim nadążyć; przy Louisie wygląda jak drobinka. Przeliczając na ludzkie lata, oba psy są niemal tak stare jak Rafaella. - Idziemy, dzieci - mówi do nich z uśmiechem, bo traktuje zwierzęta jak najbliższe istoty, a one odpłacają jej miłością, jakiej nigdy nie zaznała ze strony własnego potomstwa. - Pora wziąć się do roboty. Wchodzi do swego pokoju i siada przy biurku. Louis, dysząc, pada z łoskotem obok. Mimi, zaintrygowana frywolnie polakierowanymi na czerwono paznokciami stóp swojej pani, zaczyna lizać jej palce. Rafaella wyjmuje z szuflady duże, prostokątne karty kremowego papieru z ciemnoniebieskim napisem CHATEAU DES ROSES SAUVAGES, MARTEN DE PROVENCE, sięga po pióro i nieco drżącą już dłonią zaczyna pisać. Część 1 Zaproszenia Namiętność to choroba. To ciemność. Stajesz się zazdrosny o wszystko.

I nie ma jasności ani harmonii. Gcorgc Simenon Rozdział 1 F ranny Marten nawet nie zauważyła zaproszenia, które miało zmienić jej życie. Kiedy pojawiło się w skrzynce na listy na zadrzewionej Santa Monica Street w ostatnim dniu lipca, była zbyt zaabsorbowana Marcusem, swoim chłopakiem, który dojeżdżał do niej z daleka. Umówili się na wieczór. Powiedział, że „muszą porozmawiać”. - No to słucham - rzuciła pogodnie do słuchawki, ale Marcus stwierdził, że to nie jest dobry moment, a poza tym musi się z nią zobaczyć. Zastanawiała się z niepokojem, czy jego słowa nie wróżą czegoś niedobrego. Zamykając za sobą szklane drzwi kliniki weterynaryjnej, w której pracowała, jak zawsze odwróciła głowę, tylko po to, by sprawdzić, czy jej nazwisko wciąż jest na tabliczce. Za każdym razem, kiedy patrzyła na zdobyty ciężką pracą dopisek mówiący, że jest lekarzem weterynarii, specjalistą chirurgiem, czuła satysfakcję, a jednocześnie ukłucie żalu, że ojciec nie może tego zobaczyć. Byłby taki dumny, widząc, jak radzi sobie po jego śmierci, gdy w wieku siedemnastu lat została sama na świecie. Dumny z jej walki o ukończenie college’u i studiów medycznych. Podejmowała się różnych zajęć, żeby związać koniec z końcem - bywała sprzątaczką, opiekunką do dzieci, kelnerką - tak naprawdę nigdy niepewna, czy się uda. Franny wyglądała jak typowa, jasnowłosa Kalifornijka, ale w głębi serca wciąż była dziewczyną z małego miasteczka w Oregonie. Minęło dziesięć lat od dnia, kiedy w poszukiwaniu nowego życia przyjechała tu wzdłuż wybrzeża starym gruchotem, ze świeżutkim dyplomem lekarza weterynarii w pustej kieszeni. To wymarzone życie miało oznaczać sukces zawodowy, oczywiście miłość i małżeństwo, a potem dzieci i rodzinę. Zwłaszcza rodzinę, bo nigdy jej nie miała. Westchnęła na myśl o swoich marzeniach. Na razie spełniło się tylko to o karierze. A z drugiej strony, jedna rzecz na cztery to już i tak nieźle. Otworzyła drzwi zakurzonego explorera sport i natychmiast cofnęła się, gdy z wnętrza buchnęła fala nagrzanego powietrza. Zawyła klimatyzacja, ryknęło radio, Franny uruchomiła silnik i ruszyła w stronę Main Street. Korki były okropne, ale do tego już przywykła. Stojąc na światłach, opuściła lusterko i popatrzyła na siebie. Zgrzana, nieumalowana, z włosami byle jak splecionymi w gruby warkocz. Pod podłużnymi, wąskimi oczami, niebieskimi jak woda, bo odziedziczonymi po matce Norweżce, widniały sine smugi zmęczenia. Wyglądała okropnie. Wiedziała, że Marcus to zauważy i skomentuje, bo taki właśnie jest - zawsze wynajduje jej słabe punkty. Właściwie poza jasnoniebieskimi oczami, blond włosami i imieniem - matka była entuzjastyczną wielbicielką J.D. Salingera Franny niewiele jej zawdzięczała. Matka po prostu ich zostawiła, kiedy Franny miała trzy lata, bo trafiła jej się „lepsza okazja”. Zmarła kilka lat później i wtedy mała, samotna Franny nie poczuła nic;

dopiero gdy trochę podrosła, przyszło poczucie winy za obojętność. Ale nigdy nie znała matki, a ta z kolei nigdy nie chciała poznać córki. Inaczej było, gdy umarł ojciec. Franny załamała się. Był przyjacielem, wsparciem, opoką, na której składała cały ciężar swego życia; i nagle, w wypadku samochodowym, straciła wszystko. Jakoś znalazła siły, by iść dalej drogą, którą razem zaplanowali, bo tego oczekiwałby od niej ojciec. Miła, jasnowłosa pani weterynarz z małego miasteczka mogła zwieść wielu ludzi delikatną powierzchownością, pod którą kryła się silna, stalowa osobowość, zahartowana w ciężkich czasach. Konieczna, żeby przetrwać w wielkim, bezwzględnym świecie. Westchnęła i pomyślała o pięknym owczarku niemieckim, którego życie - za...

Life Enjoy

When life gives you a hundred reasons to cry, show life that you have a thousand reasons to smile

Get in touch

Social

© Copyright 2016 - 2019 AZPDF.PL - All rights reserved.